Muzyka

Nile – What Should Not Be Unearthed

Opublikował

dnia

Nile What Should Not Be Unearthed recenzja

O Karlu Sandersie jako muzyku i jego wkładzie w rozwój sceny metalowej można mówić wiele. Dość powiedzieć, że pierwsze kroki na niej stawiał w 1983 roku pod szyldem Morriah, zachwycając samego Treya Azagtotha z Morbid Angel. Gdy dziesięć lat później założył Nile, nikt już prawie o nim nie pamiętał, ale w 1998 r. za sprawą fenomenalnego „Among The Catacombs of Nephern-Ka” wstrząsnął death metalowym światkiem wytyczając nowe kierunki muzyczne i skłaniając dziesiątki młodych obszarpańców do zainteresowania się historią Starożytnego Egiptu. Trzeba przyznać, że po przesłuchaniu debiutu Nile można się było poczuć jak przygnieciony przez piramidę, a wyśrubowane umiejętności muzyków budziły zachwyt, albo chociaż uznanie. Tak było kiedyś, a co serwuje Sanders z ekipą dziś?

Wielu fanów było mocno rozczarowanych poprzednim albumem, „At The Gates of Sethu”. Że niby zespół za bardzo chciał zrobić coś nowego, brzmiał zbyt sterylnie… Jasne. Mnie rozczarowały wszystkie albumy nagrane po „Black Seeds of Venegance”. Nie dlatego, że były słabe. Zdecydowanie były bardzo mocne. Zdecydowanie muzycy pokazywali, że opanowali umiejętności gry na instrumentach w taki sposób, że musiał za tym stać jakiś pakt z Przedwiecznymi Bóstwami. Problem w tym, że wraz z wyśrubowanymi umiejętnościami i natężeniem dźwięków na sekundę przekraczających ilość ziaren piasku w sandałach beduina, na drugiej płycie doszli do ściany. Nie odczułem, że próbują potem zrobić coś nowego. Notorycznie miałem wrażenie, że mnie w ten egipski mur próbują wprasować swoją ścianą dźwięków. W efekcie wszystko wychodziło mi bokiem. „What Should Not Be Unearthed” to nie tylko powrót do prymitywnych dźwięków i brzmień z początków kariery. To także album, na którym znalazła się przestrzeń i miejsce na muzykę w równych proporcjach rozłożoną z kanonadą blastów i palcołomnych riffów. Nile kiedy trzeba rzeczywiście łoi jak obłąkany, ale często łamie rytmy, zwalnia, wręcz wlecze się potężnym walcem, tak cudownie przypominającym najlepsze czasy Morbid Angel. Pokręcone akordy przeplatają się z solidnymi, ciętymi riffami, a nad wszystkim unosi się świetny zmysł kompozycyjny w miejsce wyuzdanego instrumentalnego onanizmu. W takim „Liber Stellae – Rubaeae” całość gna wściekle do przodu, ale blasty są równoważone ciętymi riffami, a końcówka to już mistrzowskie zwolnienie. W świetnym „Rape Of The Black Earth” dzika sieczka znajduje miejsce na umiarkowane rytmy perkusyjne, które wybornie wyważają całą kompozycję. „Call to Destruction” zaczyna się wysypem kartofli na centralę, ale później kompozycja posępnie kroczy do przodu niczym obłąkany Nyharuthotep. „In The Name Of Amun” oprócz klasycznego łojenia egipską piramidą zaskakuje świetnymi thrashowymi riffami i bardzo dobrą, upiornie melodyjną i rozbudowaną solówką, by w finale zaserwować apokaliptyczne dwie minuty zwolnienia. No i moja osobista perełka, „Evil To Cast Out Evil”: znakomicie połamany riff na otwarcie, niezagłuszony przez zmyślnie grającą perkusję, potem galopada w stylu wczesnego Nocturnusa i znów thrash metal z tak pięknym solem, jakiego w życiu bym się po tej grupie nie spodziewał.

Fanów Nile nie będę przekonywał. Łykną całość bez popitki, razem z sarkofagiem. Ja zaś powiem jak neofitom i niedowiarkom – znowu im wierzę. Tego chce się słuchać. Najlepsza płyta Nile od dobrych kilkunastu lat.

5 Stars

Recenzent: Łukasz Radecki

Nile – What Should Not Be Unearthed
Label: Nuclear Blast (2015)
Dystrybutor: Mystic Production
Łukasz Radecki
Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także