Film

Obcy: Przymierze

Opublikował

dnia

Rzadko się zdarza, żeby reżyser kręcący filmy od kilkudziesięciu lat utrzymywał stale wysoki poziom, nie ma więc co się dziwić i narzekać, że Ridley Scott obok genialnego „Gladiatora” nakręcił „Królestwo niebieskie”, że obok „Thelmy i Louise” wyreżyserował „Hannibala”, obok „Łowcy androidów” – „G.I. Jane”. Wciąż jednak nie mogę zrozumieć, po co sięgnął do stworzonego przez siebie uniwersum obcego i zniszczył je tworząc „Prometeusza”.

Zacznijmy od tego, że nie uważam „Prometeusza” za film zły sam w sobie. To sprawnie zrealizowany, pragnący udawać ambitne kino, film science-fiction. Niestety, największy jego szkopuł tkwi w tym, że został zapowiedziany jako prequel legendarnego „Obcego: ósmy pasażer Nostromo”, jako dzieło, które odpowie na liczne pytania postawione kilka dekad temu. Od początku cisnęło mi się na myśl pytanie – po co? Geniusz oryginalnego „Obcego” tkwił w gotyckim wręcz ujęciu przestrzeni oswojonej, która zmieniała się w sferę zagrożenia za sprawą niesamowitego i tajemniczego stworzenia. Każda kolejna odsłona odzierała klasyka z niezwykłości, ale trzeba przyznać, że jeszcze w trzeciej udało się to zrobić z godnością, w drugiej dla odmiany udowadniając, że klimat zagrożenia można przenieść ze statku kosmicznego na całą planetę, pod warunkiem, że obcych będzie mnóstwo. I choć czwarta część była rozczarowaniem (dla równowagi broniąc się wyśmienitą obsadą), a o łączeniu uniwersum „Obcego” z „Predatorem” nawet nie warto wspominać, to widzowie chcieli więcej. Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bo „Obcy: Przymierze” zapowiadany jako sequel „Prometeusza” miał nas przybliżyć do tej oryginalnej serii. Znów. I znów się okazało, że to tylko jedna z kolejnych odsłon, bo wyjaśnione nie zostało nic, a wszystkie wydarzenia jakie tu się rozegrały rozwijają jedynie postać Davida – androida świetnie odegranego przez Michaela Fassbebdera. Fabuła nie oferuje żadnych zaskoczeń, poza jednym – widz patrzy i nie wierzy, że naprawdę próbuje mu się wcisnąć ten cały fabularny kit. A zdziwiony Ridley Scott twierdzi, że słaby odbiór tej części jest spowodowany faktem, iż widzom opatrzył się już sam obcy, dlatego w kolejnej odsłonie (oczywiście mającej zazębić się z tą oryginalną), będzie znacznie mniej ksenomorfów. Genialne, prawda?

Odrzućmy jednak na bok sentymenty i tęsknoty, a przede wszystkim fakt, kto stoi za kamerą tego filmu. Co wówczas otrzymamy? Bardzo sprawnie zrealizowany horror science-fiction opierający się na kilku znanych schematach, ale podziurawiony logicznymi błędami, które nie tylko odzierają serię z wszelkiej dramaturgii, ale kompletnie nie zazębiają się z późniejszymi odsłonami (niby obcy jest tutaj pierwowzorem tych późniejszych, a jest od nich zdecydowanie bardziej wytrzymały) Efekty specjalne trzymają wysoki poziom i trzeba przyznać Scottowi, że dotrzymał słowa w jednym względzie – jest krwawo, można powiedzieć, że najbardziej w historii serii. Czy to wystarczy, by zadowolić fanów? Jako jeden z nich stwierdzam, że nie, ale w obliczu porażki, jaką był „Prometeusz”, „Obcy: Przymierze” wypada znacznie lepiej. W odniesieniu do całości raczej średnio, ale i tak lepszy taki obcy, niż żaden. Polecam szczególnie dodatki na DVD, gdzie oprócz klasycznych scen usuniętych i rozszerzonych zamieszczono krótkometrażowy, niespełna dziesięciominutowy, film „Phobos” opowiadający o testach, jakie przeszli członkowie załogi „Przymierza” nim wyruszyli na przedstawioną w filmie misję. Szkoda, że tych scen zabrakło w głównym obrazie – pozwalają nieco inaczej spojrzeć na większość bohaterów, a przede wszystkim, poczuć do nich odrobinę empatii. Która przyda się i samemu filmowi.

Recenzent: Łukasz Radecki

Obcy: Przymierze
Tytuł oryginalny: Alien: Convenant
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Ridley Scott
Obsada: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Łukasz Radecki

Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także