Film

Obecność 2

Opublikował

dnia

Zacznę kontrowersyjnie: fanem pierwszej „Obecności” nie jestem, nie byłem i nie zanosi się, bym kiedykolwiek został. Wszystko przez to, że oglądałem ten film i bez przerwy… czekałem. Wszak horror o tak entuzjastycznych ocenach musi być jakimś przełomem. Innowacją. Nowym wymiarem filmowej grozy. No więc ja czekałem na choć jeden jego moment, który mógłby o tym świadczyć i się nie doczekałem. Wszystko to już było, wszystko to już widzieliśmy. Nawiedzony dom, łowcy duchów, opętanie, a na koniec egzorcyzmy (uwaga – bezczelny spoiler – udane!), podczas których zasnąłem jedenaście razy. No i jump sceny. Duuużo jump scen.

Film oceniłem jako „niezły”, ponieważ pomimo kulejącej treści, forma trzymała poziom. Nie zmienia to faktu, że Jamesa Wana uważam za kozaka nad kozakami i jednego z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszego twórcę horrorów wszech czasów. Zapracował u mnie na to miano swoją wcześniejszą twórczością („Piła”, dwie pierwsze części „Naznaczonego” i najmniej znana – a szkoda, bo według mnie jak do tej pory najlepsza w jego CV – „Martwa cisza”), przy której bawiłem się przednio. Tak czy inaczej, do drugiej „Obecności” podchodziłem z pesymizmem, który po seansie zamienił się w rozczarowanie. Pozytywne, rzecz jasna!

Mamy tu do czynienia z sequelem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ci sami główni bohaterowie, ci sami aktorzy, ten sam klimat wizualny oraz… ten sam rozmach. Ed i Lorraine Warren właśnie zakończyli głośne śledztwo w Amityville. Kobietę-medium dręczą przerażające wizje śmierci męża, a na domiar złego podejrzanie często ukazuje jej się w nich demon pod postacią zakonnicy. Zaniepokojona tą złowieszczą zapowiedzią, namawia Eda do porzucenia ich dotychczasowego zajęcia. Niestety – los zsyła im kolejną sprawę do rozwiązania. Tym razem pewnej londyńskiej rodziny, którą (a jakże!) nawiedza jakiś wyraźnie zły byt.

Wspomniany przeze mnie wcześniej pesymizm na początku seansu tylko przybrał na sile. Pojawiające się już na starcie ograne schematy (zapowiedź śmierci Eda, tanie techniki straszenia typu – bohaterka rozgląda się dwa razy, by za trzecim odkryć, że ktoś przy niej… BU!) irytowały przeokrutnie, ale… im dalej w las, tym było lepiej! Musiałbym być naprawdę złośliwy, by nie docenić licznych zalet, jakie ten film niewątpliwie posiada. A największy chichot losu polega na tym, że zalety te też są w pewnym sensie powieleniem schematów. Kalki te jednak wybaczam z prostego powodu – James Wan skopiował je bowiem od… Jamesa Wana. Otrzymałem więc kolejny produkt w jego stylu, z wyraźnym, charakterystycznym stemplem jego jakości.

James Wan quality© to, po pierwsze, typowa dla niego, dopieszczona warstwa wizualna filmu. Chorobliwa wręcz dbałość o pracę kamery. Uwielbienie do perfekcyjnej symetryczności obrazu, kiedy to niemal zawsze podążamy za bohaterami idealnie środkiem korytarza albo robimy na nich zbliżenie równo pomiędzy antenkami wystającymi z telewizora. Można by tych przykładów wymienić jeszcze całe mnóstwo. Wszystko to wychodzi obrazowi na dobre, choć obiektywnie – jeszcze lepiej pod tym względem było w obu „Naznaczonych” i „Martwej ciszy”, ale te zawiesiły poprzeczkę naprawdę wysoko.

James Wan quality© to, po drugie, wyrazista, zapadająca w pamięć swoim wyglądem, mistrzowsko ucharakteryzowana postać ucieleśnienia filmowego zła – w tym wypadku demon-bluźnierca pod postacią zakonnicy. Choć zwiastun mógł sugerować, że czeka nas coś zgoła odmiennego – na ekranie dawkowano nam go bardzo oszczędnie. Na tyle, by poczuć w związku z tym pozytywny niedosyt.

James Wan quality© to, po trzecie, brutalnie wciągająca fabuła, a spędzone z nią ponad dwie godziny (niespotykana długość jak na horror) mijają jak z bicza strzelił. Doceniam wierne oddanie scenerii i wyglądu bohaterów żywcem wziętych z prawdziwej historii Hodgsonów. A skoro już jesteśmy przy postaciach – niewątpliwie wzbudzają naszą sympatię, kreacje dzieci nie irytują, a obok momentów strachu, twórcy nie stronią też od tych krzepiących, takich jak ukazanie w pełnej krasie bezgranicznej miłości Eda i Lorraine. Osobny temat to zaskakujący twist w punkcie kulminacyjnym. Naprawdę dobry pomysł scenarzystów!

Choć w gatunku horroru obecnie naprawdę trudno jest nas czymkolwiek zaskoczyć, obok krytykowanych przeze mnie jump scen otrzymaliśmy tu też całą masę innych, tym razem udanych, wzbudzających napięcie motywów. Mam tu na myśli zwłaszcza scenę z cieniem zbliżającym się do malowidła oraz najlepszą w całym filmie sekwencję pierwszej rozmowy Eda z demonem w ciele dziewczynki. Moment ten to istne mistrzostwo świata, a ukłony po nim należą się całej ekipie – reżyserowi, kamerzyście, aktorom, scenarzyście i… specowi od efektów specjalnych.

Otrzymaliśmy też typowy dla filmów Wana bonusik, a więc multum ukrytych postaci, ważnych przedmiotów i motywów, które zauważamy gdzieś w tle dopiero gdy oglądamy film za którymś razem z kolei. Taki horrorowy odpowiednik „gdzie jest Wally”. Na przykład – tutaj w jednej z początkowych scen mogliśmy doszukać się nawet odpowiedzi na największą zagadkę w filmie, jaką jest imię demona. Zabawa tego typu to kolejny powód do obejrzenia, a obraz zyskuje dzięki temu dodatkowy wymiar.

Wady? Są. Można doszukać się na siłę, ale… po co? Wszystkie je wybaczam, bowiem od czasu, gdy tak dobrze bawiłem się na filmie grozy, upłynęło w Wiśle naprawdę sporo wody. Porządny kawał rozrywki z dreszczykiem. Polecam z czystym sumieniem!

5 out of 6 stars

Recenzent: Artur Urbanowicz

Obecność 2
Tytuł oryginalny: The Conjuring 2
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: James Wan
Obsada: Patrick Wilson, Vera Farmiga, Madison Wolfe, Frances O’Connor
Dystrybutor płyt DVD/Blu-ray: Galapagos

Polecamy także