Literatura

Oblicza Grozy

dnia

Oblicza_grozy_300dpi

patronat

„Oblicza grozy” to najnowsza antologia polskiego horroru (z jednym zagranicznym gościem). Mocno reklamowana – ze zrozumiałych względów – zarówno przez autorów, którzy się w niej znaleźli, jak i samo wydawnictwo. Ma na celu pokazać różnorodność na rodzimej scenie literackiego horroru, i z pewnością to właśnie pokazuje. Z jednym małym „ale”: po prostu nie wszystkie oblicza są warte pokazania.

Mam problem z ostateczną oceną tej antologii. Nie jestem w stanie jednoznacznie uznać jej za złą, czy dobrą, ani też w jakikolwiek sposób zdefiniować ją, zaszufladkować czy przyporządkować. Jest tu dużo dobrych nazwisk, jednak nie zawsze nazwisko gwarantuje oczekiwaną jakość. Czasem świetni pisarze przyparci do muru deadline’em piszą cokolwiek, by danego terminu dotrzymać – a teksty pisane na siłę wychodzą bez polotu i nijakie.

„Oblicza grozy” borykają się więc z tym samym problemem, co większość antologii. Jest tu wiele świetnie rokujących nazwisk, które jednak w kilku przypadkach dają z siebie stanowczo za mało. Jacek M. Rostocki serwuje nam w swoim „Hudzie” quasi-mitologiczny wątek w sprawnej, ale niczym niezaskakującej historyjce. Mimo wrażenia „ale to już gdzieś było…”, czyta się to jednak nieźle. W sam raz na otwarcie i oswojenie czytelnika. Zaskoczyło mnie opowiadanie  „Vade-mecum” Łukasza Radeckiego – bo to zupełnie nie jego styl, nie jego klimat. Jest ono mocno lovecraftowskie, a za to mało krwawe. Jednak czyta się je dobrze, jest klimatyczne, mocno przesiąknięte atmosferą typową dla Samotnika, a jednocześnie flirtuje mocno z twórczością i legendą jednego z najbardziej niedocenionych polskich poetów C.K Norwida.

Łukasz Orbitowski też mnie zaskoczył, ale raczej negatywnie, bo trudno te kilka zdań w „Szkle” uznać za opowiadanie. Zwykle dłuższe (i ciekawsze) są jego posty na FB. I owszem – da się na dwóch stronach napisać opowiadanie grozy, które zdepcze człowieka swą genialną prostotą, a jakości nie mierzymy ilością znaków (tu przytoczę „Szafki” Mathesona w II tomie „Wielkiej Księgi Horroru”) jednak ten tekst nijak do mnie nie trafia. Z kolei Krzysztof Maciejewski w swoim „Kieszonkowym demonie” pokazuje wyłącznie sprawne operowanie słowem i jego tekst jest przykładem opowiadania pisanego na siłę. Bez konceptu niestety, a szkoda, bo patrząc na twórczość Krzysztofa wiem, że potrafi on pisać niezwykle sugestywnie i z polotem.

U Pawła Matei we „Fałszywym wspomnieniu” wychodzą na wierzch literackie fascynacje Machenem, Ligottim czy Blackwoodem. Opowiadanie jest mocno liryczne, bez zbyt szybkiego tempa. To raczej senna, snująca się leniwie fantasmagoria – tekst interesujący, ale z pewnością nie trafi do wszystkich. „Zombie Love” Karoliny Kaczkowskiej to niestety jedno z najsłabszych ogniw całej antologii. Makabryczne i mocno obrzydliwe, jednak bez szerszego pomysłu. Ja rozumiem makabrę, rozumiem obrzydliwości – ale jako wyraz czegoś więcej, jako środek przekazu, a nie idea sama w sobie. „Armia ocalenia” Roberta Cichowlasa to natomiast historia, która mogła być najmocniejszym elementem zbioru. Opiera się ona na przewrotnej wizji postapokaliptycznego świata opanowanego nie przez do bólu już wyeksploatowane przez wszelkie media zombie, ale przez dinozaury. Niestety, autor nie do końca udźwignął własny pomysł, serwując czytelnikom trywialne i tendencyjne rozwiązanie problemu – Obcych. Z kolei „Dom na końcu drogi” Piotra Mirskiego to opowieść o kuszeniu do złego, o przekraczaniu granicy grzechu zza której nie ma odwrotu. Dobre, choć mało odkrywcze jest to opowiadanie. Sprawnie napisany tekst i tyle. A chciałoby się przeczytać coś więcej…

Dawid Kain – jak to on – serwuje nam w tekście „Jak szelest liści w jesienną noc” najbardziej chyba oniryczny tekst w całej antologii. Jego proza jest zwyczajowo dziwna i niepokojąca. Lubię ją bo potrafi poruszać ukryte głęboko lęki, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Irracjonalność, jaką epatuje jego proza jest fasadą, zza której autor „Za pięć rewolta” robi nam w głowach rewolucję. Miłe zaskoczenie również ze strony Pawła Waśkiewicza, którego rzadko widuję w polskich antologiach. „Przewoźnicy” to historia, jaką lubię: starannie napisana, pełna podskórnego napięcia i tajemnicy, która nie zostaje do końca całkiem odkryta. Te same plusy odnaleźć można w opowiadaniu „Miłości zaklętej w kamieniu” Łukasza Henela. I to kolejny z mocnych punktów zbioru.

Tomasz Siwiec i Tomasz Czarny to autorzy kojarzeni raczej z horrorem gore. U Siwca w „Rozumiesz, Skarbeńku” znajdziemy dobrą, mocną i sugestywną opowieść. Brutalna prawda, bez ułagodzeń – i to chyba przeraża tutaj najbardziej. Czarny natomiast mocno trąci w swoim tekście stylem charakterystycznym dla Johna Eversona – i nie jest to wcale przytyk. Tomek zawsze podkreśla swoje literackie wzorce, a w „Nieczasie” styl wspomnianego autora jest mocniej niż widoczny, co jednak działa na korzyść tekstu. Wszak powinno się uczyć od najlepszych…

„Twoje martwe skronie” Jacka Piekiełko to kolejny tekst w stylu wspomnianych już Henela i Waśkiewicza. Świetne, mroczne i z mistrzowskim, przewrotnym zakończeniem. To właśnie jest forma grozy, jaka trafia do mnie najbardziej.

„Klatka” Michała Stonawskiego to opowiadanie broniące się przede wszystkim świetnym pomysłem. Co nie znaczy, że jest źle napisane! Co to, to nie. Ale pomysł zasługuje na brawa, bowiem jest jednym z nielicznych powiewów oryginalności w całej antologii. Tak jak Cichowlas nie zdołał wykorzystać do końca potencjału swojego pomysłu, tak Stonawski zrobił to wyśmienicie.

Krzysztof T. Dąbrowski z kolei to zwyczajowy prześmiewca. W opowiadaniu „ŻyczeNIE” powracają starzy znajomi: Hubi i Wikary (kto zna wcześniejszą twórczość Dąbrowskiego, ten wie kim są). Jakoś nie do końca przyswajam grozę humorystyczną – bo jak się śmieję, to już nie groza, no nie? – ale tym razem czytało mi się ten test naprawdę fajnie, uśmiech sam wpełzał ukradkiem na twarz, by już tam pozostać. No i poza tym, to kolejne oblicze polskiej grozy…

Sylwia Błach to autorka, która lubi zaskakiwać. Rozmiłowana w quasi-gotyckich dekoracjach (wspominając jej powieść „Bo śmierć to dopiero początek”), w „Adamie i Ewie” czerpie garściami z subkulturowych społeczności emo. I powstaje z tego naprawdę intrygująca historia…

Zakończeniem zbioru jest opowiadanie „Wendigo” autorstwa jedynego zagranicznego gościa w zbiorze – Grahama  Mastertona. To tekst dla Mastertona typowy: mocny, dynamiczny, czerpiący z mitologii i wierzeń indiańskich. Niby nic nowego, ale czyta się nieźle. Choć dla mnie wendigo zawsze będzie kojarzyć się z Algernonem Blackwoodem, to Masterton tez sobie nieźle z tą tematyką poradził.

Reasumując, zaskakują i nowe, mało znane nazwiska i „starzy wyjadacze”, którzy pojawiali się już w wielu antologiach, zresztą nie tylko z Repliki. I nie zawsze zaskakują w ten sam sposób… „Oblicza grozy” to nie jest antologia zła. I na warto ją poznać. Może nie jest to arcydzieło, jednak spełnia ważną rolę: nie tylko pokazuje oblicza grozy, jak miała na celu, ale też dobitnie pokazuje, że polski horror nie ma się tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli. I jeszcze wiele pracy przed autorami, fanami i całym środowiskiem, by wywindować go na naprawdę wysoki poziom. Do idealnego zbioru brakuje mi tu kilku nazwisk – choćby Stefana Dardy, czy Aleksandry Zielińskiej (która wzmocniłaby skromną reprezentację kobiecą w niniejszej antologii).

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Różni autorzy – Oblicza grozy
Wydawca: Wydawnictwo Replika (2014)
Liczba stron: 352
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także