Film

Ostatnia klątwa

dnia

Simon Rumley nie jest w Polsce zbyt dobrze znanym reżyserem. Jego najnowszy film „Ostatnia klątwa” raczej nie przyniesie mu rozgłosu. Nie chodzi o to, że ten film jest totalnie kiepski, bo to nie prawda. Problemem jest raczej jego rozczarowująca przeciętność. „Ostatnia klątwa” nie wyróżnia się niczym na tle innych średniej jakości produkcji grozy. Podstawa tej historii jest naprawdę świetna bowiem ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Sprawa Johnnego Franka Garretta odbiła się szerokim echem w mediach, natomiast źródłem dla opowieści snutej w „Ostatniej klątwie” jest film dokumentalny nakręcony przez Jesse’a Quackenbusha „The Last Word”. Z jednej strony filmy grozy kręcone na podstawie faktów przyciągają widzów, jak miód misie ale w tym przypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to w jakiś sposób żer na tragedii, jakiej doświadczyli ludzie związani z tą sprawą. Gdzieś po drodze twórcy zapomnieli o dobrym smaku i prawdzie, którą taki film powinien ukazywać. Przez co ostatecznie produkcja ta wydaje się być miałkim filmem, traktującym o niczym. Żaden element tej opowieści nie został wystarczając rozwinięty. Ale o tym za chwilę.

Młody Teksańczyk zostaje skazany na karę śmierci za zgwałcenie i zamordowanie 80-cio letniej siostry zakonnej. Pośród ławników był jeden człowiek, który nie był przekonany o winie oskarżonego, jednak uległ presji. Po 10 latach wyrok zostaje wykonany, ale prawdziwe piekło dopiero się rozpętuje…

„Ostatnia klątwa” łączy w sobie kino spirytystyczne z dramatem sądowym, jednak ani pierwszy, ani drugi „gatunek” nie został tutaj wyczerpany w stopniu zadowalającym. Choć początek filmu zapowiada się naprawdę dobrze bowiem oto twórcy postanowili poświęcić prawie piętnaście minut na ukazanie procesu oraz egzekucji oskarżonego, to jednak następujące dalej sceny są raczej schematyczne.

Teksas jest jednym z najbardziej konserwatywnych i bogobojnych stanów Ameryki, choć biorąc inne przykłady z życia, podobne rzeczy miały miejsce chociażby w Arkansas (sprawa „Trójki z West Memphis”). Odwołania do Biblii, Boga, Szatana i ogólnej walki Dobra ze Złem są głównymi elementami tego filmu, jednak jak już wspomniałam wcześniej i one zdają się być dość płytkie i powierzchowne. Szkoda, że reżyser nie pokusił się o rozwinięcie tych elementów, dzięki temu film nabrałby powagi, której sprawa jak ta wymagała.

Sean Patrick Flanery w roli bezwzględnego prokuratora wypada mało przekonująco. Wielka szkoda, że jego kariera po „Świętych z Bostonu” nie rozwinęła się w zadowalającym kierunku, w którym obecnie zmierza kariera jego ówczesnego ekranowego partnera Normana Reedusa. W roli reszty postaci obsadzono mało znanych aktorów – niestety żaden z nich nie wybił się ponad przeciętność.

Jedyne co w tym filmie tak naprawdę spełnia całkowicie wymagania to świetne ujęcia oraz naprawdę klimatyczna muzyka. Jednak nie są to elementy, które są w stanie sprawić, że film odniesie sukces. Niestety. Pisałam już, że nie jest to film kiepski, ale jeszcze bardziej nie jest dobry…

Myślę też, że zanim zasiądziecie do tego seansu, dobrze byście zapoznali się z wyżej wspomnianym dokumentem dotyczącym sprawy Garretta.

Recenzentka: Żaneta Fuzja Wiśnik

Ostatnia klątwa
Tytuł oryginalny: Johnny Frank Garrett’s Last Word
Kraj: Kanada, USA, Wielka Brytania (2016)
Reżyseria: Simon Rumley
Obsada: Mike Doyle, Sean Patrick Flanery, Devin Bonnee
Dystrybutor: Kino Świat

Żaneta
Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także