Film

Ouija: Narodziny zła

Opublikował

dnia

Dobra wiadomość: druga część „Ouija” zdecydowanie przewyższa supermarną „jedynkę”. Zła wiadomość: mimo to nie mamy tu do czynienia z arcydziełem kina grozy, a jedynie z cieszącym oko retro-horrorem, który szczególnie spodoba się tym, którzy lubią wracać do pierwszych części „Amityville”.

A przecież nadzieje na coś dobrego były spore, bo za „Ouija: Narodziny zła” zabrał się nie jakiś nieznany nikomu trzeciorzędny twórca, tylko Mike Flanagan, który parę lat temu zjednał sobie szerokie rzesze horrorfanów stylową opowieścią o przeklętym lustrze pt. „Oculus”. Producenci nowego „Ouija” pomyśleli sobie pewnie: „Skoro potrafi chłop nakręcić porządny film na temat lustra, to pewnie nie gorzej poradzi sobie z filmem o planszy do wywoływania duchów”. A kiedy już zaczął kręcić, to – zakładam – postanowili popsuć wykonaną przez niego robotę.

Flanagan wyraźnie miał pomysł na tę kontynuację: już najazd starej czołówki Universalu wywoła dreszcz sympatii u wielbicieli kina grozy sprzed pół wieku, a potem jest jeszcze lepiej: przez ekran przetaczają się oldschoolowe napisy tytułowe i okazuje się, że właśnie znaleźliśmy się w Los Angeles z połowy lat 60. XX w. i obserwujemy jak atrakcyjna wdowa (Elizabeth Reaser) z pomocą swoich córek (Lulu Wilson i Annalise Basso) stara się przyrobić trochę grosza udając, że rozmawia ze zmarłymi. Tak naprawdę nie robi jednak nic szczególnie karygodnego: urządza seanse spirytystyczne z przekonująco opracowanymi efektami specjalnymi i zwykle pociesza odwiedzające ją osoby, że ich bliscy mają się po śmierci dobrze. Kiedy kobiecie wpada jednak w ręce robiąca właśnie furorę wśród młodzieży plansza Ouija, okazuje się, że wrota do świata umarłych faktycznie można dzięki niej odrobinę uchylić… i kto wie, może udałoby się też w ten sposób z nieżyjącym mężem, za którym dziewczynki tak strasznie tęsknią?

W miarę trwania seansu bardzo dobre wrażenie, jakie robiło samo otwarcie filmu (udana stylizacja na retro horror, całkiem niezłe aktorstwo, łagodnie dawkowana groza, odrobina humoru) powoli się rozwiewa, w finale zostawiając nas już sam na sam z nerwowo porozrzucanymi efektami cyfrowymi (ile razy można patrzyć na groteskowo rozdziawiające się usta jednej z bohaterek?) przypominającymi te, które zastosowano w nieszczęsnej części pierwszej. Zupełnie jakby producenci zobaczyli, że Flanagan stara się podejść do tematu zbyt delikatnie, bez wymaganej powagi i aby jakoś temu zaradzić wyciągnęli zza pazuchy parę dodatkowych dolców na niby-przerażające wstrząsy wizualne, które tak dobrze sprzedały poprzedni film. W rzeczywistości cały misternie budowany nastrój grozy bezpowrotnie wali się wówczas w gruzy i losy sympatycznych bohaterek oraz próbującego im pomóc księdza (w tej roli Henry Thomas, przed laty opiekun kosmity w „E.T.”) zupełnie przestają nas obchodzić.

Szczerze mówiąc, chciałbym wierzyć, że to producenci popsuli ten film, a nie sam Flanagan – dawałoby to nadzieję, że kiedyś reżyserowi uda się jeszcze stworzyć coś na miarę wspomnianego „Oculusa”. Nienajlepiej wróży jednak fakt, że dzieła, jakie stworzył od czasu tego filmu („Hush” o niesłyszącej kobiecie broniącej się przed psychopatą i „Zanim się obudzę” o snach małego chłopca, które stają się rzeczywistością) są niemal dokładnie takie jak „Ouija: Narodziny zła”: intrygująco się zaczynają, a potem w którymś momencie zaczynają nudzić i razić sztucznością. A przecież teraz przed Flanaganem ekranizacja „Gry Geralda” według Stephena Kinga, w związku z czym – mimo dotychczasowych rozczarowań – mocno trzymam kciuki.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Ouija: Narodziny zła
Tytuł oryginalny: Ouija: Origin of Evil
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Mike Flanagan
Obsada: Elizabeth Reaser, Lulu Wilson, Annalise Basso, Henry Thomas
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także