Film

Pasażerowie

dnia

Filmy kameralne z obsadą składającą się z raptem kilku twarzy zawsze wywołują mój niepokój. Są one dużo bardziej ryzykownym przedsięwzięciem ponieważ ciężar sukcesu spoczywa na barkach mniejszej liczby osób, które reżyser i producenci muszą dobierać z dużo większą ostrożnością. “Pasażerowie” są filmem nakręconym z ogromnym rozmachem, przez co słowo “kameralny” wydaje mi się dziwnie nie na miejscu, a jednak trudno wątpić w tę kameralność, kiedy przez ekran przewija się jedynie pięciu aktorów, z czego tylko dwoje z nich to bohaterowie pierwszoplanowi. Kiedy zasiadłam do seansu (odbywającego się w zaciszu domowym) byłam już po lekturze kilku recenzji tej produkcji, które były skrajnie różne, co w sumie mnie ucieszyło, bo nie zasugerowały jednoznacznej odpowiedzi, w kwestii moich oczekiwań. W chwili kiedy piszę ten tekst jestem już pod dwukrotnym seansie i z ręką na sercu mogę zapewnić, że to nie koniec, i że na pewno wrócę jeszcze na statek kosmiczny wiodący swoich (nie)śpiących pasażerów w podróż po nowe życie, na planetę odległą od Ziemi o kilkaset lat świetlnych…

W taką podróż wybrał się Jim Preston (w tej roli Chris Pratt). Niestety, w wyniku usterki, która nie miała prawa się zdarzyć, Jim budzi się z kriogenicznego snu i z rozpaczą odkrywa, że nigdy nie osiągnie celu podróży, gdyż statek dotrze do nowej planety za niewiele mniej niż 100 lat. Początkowo próbuje znaleźć sposób by znowu zasnąć lub skontaktować się z Ziemią, jednak próby te kończą się fiaskiem. Przeżywa też etap “życia pełną piersią” korzystając z uciech dostępnych na statku. Jednak w końcu dopada go samotność. Pewnego dnia natrafia na kapsułę ze śpiącą Aurorą Lane (Jennifer Lawrence). [UWAGA SPOILER] Początkowo stara się dowiedzieć o niej jak najwięcej i dniami wysłuchuje jej opowieści o sobie, nagranych i dostępnych w materiałach dotyczących pasażerów. Jednak z czasem przestaje mu to wystarczać, a rozpacz popycha go do dramatycznego kroku… Jim otwiera kapsułę Aurory i budzi dziewczynę ze snu.

Byłaby to wspaniała, nowoczesna historia o Śpiącej Królewnie, gdyby nie to, że podejmując ten krok bohater skazuję swoją platoniczną ukochaną na taki sam los, jaki miał spotkać jego. Teraz nie był już samotny. Teraz stali się samotni razem… Być może jednak to wszystko co ich spotkało miało sens? [KONIEC SPOILERA]

Pasażerowie” stanowią bardzo ciekawą mieszankę gatunkową. Morten Tyldum odpowiedzialny m.in. za “Grę tajemnic”, oraz obraz “Kumple” dał się poznać jako reżyser różnorodny, ale przez to także mało charakterystyczny. Jednakże cechą wspólną jego filmów jest doskonałe prowadzenie swoich aktorów, którzy z miejsca stają się gwiazdami danej produkcji. Tak też jest w tym przypadku. Lawrence, Pratt oraz przeuroczy Michael Sheen przyćmiewają nawet najbardziej przekombinowane efekty specjalne tego filmu, choć i one mogą robić wrażenie.

Inna sprawa, że gdyby zastanowić się nad relacją głównych bohaterów to można by dojść do mało romantycznych wniosków, ale z drugiej strony jest to właśnie ta cudowna magia ekranu. Jakoś Bruce Willis ratujący świat po raz siedemsetny jest wciąż godny zaufania i stał się ostatecznie postacią kultową. Czy więc powinnam zastanawiać się nad realnymi pobudkami, które pchnęły tę zagubioną dwójkę w swoje ramiona? Moim zdaniem nie. I wam też to odradzam bowiem “Pasażerowie” są świetnie skonstruowanym filmem, który zawiera mnóstwo pasujących do siebie elementów tworzących wspólnie dzieło nie tyle wybitne, co raczej wyjątkowe. Pamiętajcie jednak, że jest to czysty produkt popkulturowy. Jeśli jesteście w stanie to przełknąć to gratuluję Wam. Przed Wami dwie godziny naprawdę świetnego kina.

5 Stars

Recenzentka: Żaneta „Fuzja” Wiśnik

Pasażerowie
Tytuł oryginalny: Passengers
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Morten Tyldum
Obsada: Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Laurence Fishburne
Dystrybutor: Imperial – Cinepix
Żaneta
Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także