Literatura

Peter May – Na gigancie

dnia

Thrillery z przeplataną czasowo narracją zawsze wydają mi się ciekawe. Uwielbiam zapomniane historie, które dawno już pokrył kurz. Być może właśnie dlatego tak bardzo uwielbiam serial „Dowody zbrodni”, w którym detektywi rozwiązują sprawy morderstw sprzed lat. W książce „Na gigancie” zbrodnia zostaje popełniona współcześnie, ale okazuje się że aby ją rozwiązać, trzeba będzie cofnąć się w czasie o pięćdziesiąt lat, gdyż właśnie wtedy wydarzyły się sprawy, których konsekwencje ujawniły się teraz. 

Jest rok 1965. Jack mieszka w Glasgow i jest typowym, spragnionym wrażeń nastolatkiem, którego przyszłość rysuje się w szarych, nudnych barwach. Chłopak nie ma jednak zamiaru do tego dopuścić. Namawia grupkę rówieśników na ucieczkę z domu, w poszukiwaniu właściwej drogi do rozwoju, w ich mniemaniu, pewnej kariery muzycznej. Chłopcy pakują się wraz ze swoim sprzętem do vana i ruszają w drogę, jednak nic nie idzie po ich myśli, a wielki świat okazuje się równie rozczarowujący, co ekscytujący. Pięć dekad później Jack ma sześćdziesiąt siedem lat i nadal brakuje mu odwagi by zmierzyć się z tym co zdarzyło się wiele lat temu. Jednak przeszłość go dogoniła i teraz nie ma już odwrotu. 

Peter May miał pozornie doskonały pomysł na fabułę. W historii o uciekających z domu, w pogoni za marzeniami, chłopakach pozornie mogło się zdarzyć wszystko. Sam fakt zderzenia młodych idealistów z brutalnością świata dorosłych ludzi biznesu był ekscytujący i obiecywał bardzo dużo, jednak ostatecznie nie tego się spodziewałam. Rozwiązanie całej historii było bardzo słabe i naciągane. W zasadzie po zakończeniu lektury zaczęłam zastanawiać się, jaki był sens powstania tej książki, bo ani ona porywająca, ani specjalnie interesująca. Bohaterowie okazali się mało ciekawymi jednostkami, o których w zasadzie można powiedzieć tyle, że w ich życiu muzyka była bardzo ważna. Jednak każdy z osobna okazał się zupełnie nieprzygotowany na tytułowego „giganta”. Żaden z nich nie miał cech lidera, dlatego zastanawiam się jak udało im się dogadać choćby w kwestii ucieczki z domu… 

Dużo w tej historii naciąganego sentymentalizmu, który niestety nie spełnia swojej roli i w pewnym momencie zaczyna jedynie mocno irytować. Głównym wątkiem okazują się rozterki sercowe bohatera oraz dylematy quasi moralne, z którymi muszą się zmierzyć prawie dorośli uciekinierzy. Połączenie wątków z teraźniejszości i przeszłości, to już naciągactwo najwyższych lotów, irytujące równie silnie co wspomniany już sentymentalizm. Trudno znaleźć w tej książce coś ciekawego, czym można by zachęcić do jej przeczytania. Być może niektórym spodoba się taka dramatyczna, obyczajowa opowieść o „niewiadomo czym”, ale moim zdaniem na tę książkę naprawdę szkoda czasu. A najsmutniejsze jest to, że początkowe rozdziały obiecują naprawdę wiele, tak samo jak opis znajdujący się na czwartej stronie okładki. Chyba właśnie ta obietnica jest największym rozczarowaniem czytelnika sięgającego po „Na gigancie”, i tego nie mogę wybaczyć takiemu pisarzowi jak Peter May. Komu, jak komu ale człowiekowi odpowiedzialnemu za powstanie cyklu „Wyspa Lewis”, nie powinien się zdarzyć taki przeciętny koszmarek, jak „Na gigancie”.

Recenzentka: Żaneta Fuzja Krawczugo

Peter May – Na gigancie
Tytuł oryginalny: Runaway
Tłumaczenie: Jan Kabat
Wydawca: Albatros 2017
Ilość stron: 4oo
Żaneta

Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także