Film

Pierwszy śnieg

Opublikował

dnia

Jo Nesbø to cholerny szczęściarz: nie dość, że potrafi pisać świetne kryminały, to jeszcze filmowcy nie psują mu ich podczas ekranizacji… – tak sobie pomyślałem zaraz po seansie „Pierwszego śniegu”, Dopiero potem sprawdziłem co świat ma do powiedzenia na temat tego filmu i pozwoliłem by przysypała mnie lawina wściekłego internetowego hejtu.

Nie żebym zupełnie tej cyber-nienawiści nie rozumiał: „Pierwszy śnieg” ani nie jest szczególnie wierną adaptacją powieści Nesbø (można narzekać i na spłycenie wątku kryminalnego, i na nieodpowiednio dobranych aktorów, i na zmieniony finał, i na wiele innych nieścisłości względem papierowego pierwowzoru), ani też nie jest standardowo przyciętym thrillerem, w którym każda scena ładnie przylega do poprzedniej, a główny bohater w genialny sposób łączy kolejne tropy, aby w końcu widowiskowo rozprawić się z mordercą. Reżyser Tomas Alfredson (znany dotąd z dwóch ogólnie uwielbianych adaptacji: „Pozwól mi wejść” według powieści Johna Ajvide Lindqvista i „Szpiega” opartego na dziele Johna le Carré) nie boi się iść pod prąd względem oczekiwań wielbicieli Nesbø i dokonuje wielu śmiałych cięć fabularnych (z których część była podobno wymuszona problemami czasowo-finansowymi) ale moim zdaniem nie dopuszcza się kastracji oryginalnej historii. Jasne, żal wielu detali, które wbijały się głęboko w pamięć podczas lektury książki i nadawały jej specyficznego, „chorego” charakteru, ale tego wszystkiego po prostu nie dałoby się zmieścić w dwugodzinnym filmie, który musi też przecież opowiedzieć jakąś kryminalną historię.

A Alfredson dba o to żeby jakoś nam te braki zrekompensować – a to wspaniale budując atmosferę niesamowitości (w czym pomaga również znakomita ścieżka dźwiękowa niezawodnego Marco Beltramiego), a to akcentując drobne dziwaczności filmowych postaci (tańczący pracownik firmy odgrzybiającej, lekarz z pomalowanymi paznokciami u stóp itd.); w efekcie jego film toczy się co prawda w zupełnie innym tempie niż powieść i nie posiada równie jak ona złożonej zagadki kryminalnej, ale za to hipnotyzuje warstwą dźwiękowo-wizualną, zręcznie wykorzystując mroźną porę roku i narzucone przez powieść lokalizacje (m.in. dwa kontrastujące ze sobą miasta: medialne, tętniące życiem Oslo i senne, odcięte od reszty świata Bergen).

A aktorzy? Michael Fassbender przekonująco wciela się w rolę zapijaczonego, sypiającego w parkach i chętnie paradującego z reklamówką policjanta Harry’ego Hole’a, któremu przyjdzie rozpracowywać sprawę seryjnego mordercy uaktywniającego się gdy spada pierwszy śnieg; Rebecca Ferguson grająca młodą, dociekliwą policjantkę Katrine Bratt zgrabnie łączy niewinność z przebiegłością i tajemniczością, a kiedy trzeba – potrafi błysnąć podobnym seksapilem jak za czasów „Mission: Impossible – Rogue Nation” (pamiętacie jej długonogą snajperkę z opery, Ilsę Faust?); nie rozczarowują też znani aktorzy, którym dano mniej czasu ekranowego: Charlotte Gainsbourg (jako seksowna eks-żona Harry’ego), J.K. Simmons (jako nie gardzący perwersją propagator świetności Oslo), Chloë Sevigny (jedna z potencjalnych ofiar mordercy) czy pamiętna Saga Norén z serialu „Most nad Sundem”, Sofia Helin (dręczona przez kochanka matka z prologu i późniejszych retrospekcji).

No i jest jeszcze Val Kilmer: odtwarzający ważną postać w retrospekcjach, a wyglądający jak żywy trup po drogiej operacji plastycznej i z lekkością żywego trupa się wysławiający (sytuację pogarsza jeszcze tragicznie położony dubbing, przez co dźwięk nie bardzo trafia w ruchy warg; jest to tłumaczone trwającą w czasie zdjęć rekonwalescencją aktora po poważnym zabiegu medycznym). Według niektórych recenzentów to fatalna rola, która bezpowrotnie grzebie cały film, nadając mu posmak dzieła amatorskiego; moim zdaniem to po prostu kolejny ekstrawagancki element tego nietypowego thrillera – fakt, Val Kilmer nie wygląda już tak jak kiedyś, a wypowiadanie kwestii sprawia mu tutaj wyraźną trudność… ale także dzięki temu jego postać się zapamiętuje, a film zyskuje dzięki niej nowy, dziwniejszy wymiar.

Czy nie zbyt dużo filmowi Alfredsona wybaczam? Możliwe, że tak, ale nie bez powodu: „Pierwszy śnieg” to mimo pewnych niedociągnięć coś, na co od dłuższego czasu bezskutecznie czekałem: thriller policyjny z rewelacyjnym klimatem i niesparaliżowany odfajkowywaniem gatunkowych konwencji. Fabularnie do poziomu powieści Nesbø nie dorasta – bo żeby dorosnąć musiałby być kilkunastogodzinnym serialem – ale wynagradza nam to wykreowaniem niebanalnego świata, który nawet tym, którzy na film narzekają niełatwo będzie po seansie wygonić z pamięci.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Pierwszy śnieg
Tytuł oryginalny: The Snowman
Kraj: Szwecja, Wielka Brytania, USA (2017)
Reżyseria: Tomas Alfredson
Obsada: Michael Fassbender, Rebecca Ferguson, J.K. Simmons, Val Kilmer
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także