Literatura

Pokłosie

Opublikował

dnia

poklosie

patronat

Stephen King przez długi czas należał do grona moich ulubionych pisarzy. Każda jego powieść, każdy zbiór opowiadań traktowałem z niemal nabożną czcią. Ta fascynacja skończyła się gdzieś po powieści „Ręka mistrza”. Nie wiem czemu – nowe książki Stephena Kinga podobają mi się, ale nie aż tak bardzo jak te wcześniejsze: „Smętarz dla zwierząt”, „To”, „Szkieletowa załoga” czy „Bastion”. Te mógłbym czytać na okrągło. I właśnie to jest powód, dla którego „Pokłosie” tak bardzo mi się podobało – bo to hołd złożony twórczości tego dawnego Kinga, tego, którego uwielbiałem. Dodając do tego fakt, że wstęp napisał Stefan Darda (i z każdym słowem z tego wstępu się zgadzam), a okładkę zrobił niezastąpiony Darek Kocurek, od razu widać, że Wydawnictwo Gmork poważnie podeszło do tematu.

Kiedy w październiku 2014 na Kfasonie usłyszałem po raz pierwszy o inicjatywie wydanie zbioru opowiadań napisanych w hołdzie Kingowi, miałem lekkie obawy. Mimo tego, że autorzy potrafili ciekawie opowiadać o Kingu, widać, że jego twórczością są zafascynowani, to jednak napisanie opowiadania w takim klimacie jest na pewno bardzo trudne. Po pierwsze, łatwo pójść w przekalkowanie i bezsensowne próby pisania jak mistrz. Po drugie, jeśli uda się już napisać ciekawe i trzymające się kupy opowiadanie, to musi być ono atrakcyjne nie tylko dla fanów Stephena Kinga. Autorom „Pokłosia” udało się uniknąć jednak pułapek i napisać własne historie, w których rzeczywiście widać kto był ich natchnieniem, jakie wątki z klasycznych opowieści czarodzieja z Bangor przemycili w swoich opowieściach. Jednocześnie napisane jest to wszystko tak fajnie, że nawet jak o Stephenie Kingu nigdy nie słyszałeś i nic jego autorstwa nie czytałeś, to i tak będziesz się naprawdę dobrze bawił przy tej lekturze.

Pięcioro autorów prezentuje nam opowiadania bardzo różnorodne, każde na wysokim poziomie, dwa naprawdę mistrzowskie. Nie chcę Wam za bardzo opisywać tych opowiadań, byście sami mieli frajdę z ich poznawania i odkrywania bardzo licznych odniesień do uniwersum S.K. Dlatego tylko po kilka słów na zachętę: rozpoczynający zbiór Marek Zychla w opowiadaniu „Chyba” porusza temat, który niejeden raz przewijał się w twórczości Kinga, a robi to w sposób naprawdę udany – jest mrocznie i psychodelicznie. Zresztą ten sam autor w kończącym zbiór opowiadaniu „Fhabhtanna” (w jęz. irlandzkim: pluskwa) także wpada w mocną psychodelię – ale tym razem na wesoło. Czytając tę historię zastanawiałem się jak autor wybrnie z tego co wymyślił… i wybrnął całkiem dobrze, o czym sami się przekonacie. Kolejny autor, Kacper Kotulak, prezentuje nam dwie opowieści: „To nie TO” – zaczynające się jak rasowy horror, a potem mocno ironiczne spojrzenie na los klauna w Polsce. Bardzo miła lektura – naprawdę się ubawiłem. Druga jego opowieść to „Death metal” – rzecz o perypetiach… pewnej gitary. Jedyny zarzut, jaki mogę mieć jest taki, że opowiadanie jest po prostu za krótkie! Naprawdę chciałbym przeczytać dłuższą wersję tej historii. Kolejny autor – Jarosław Turowski – przedstawia nam „Cierniowy Dwór”: bardzo klimatyczne i oczywiste nawiązanie do cyklu Mrocznej Wieży i kilku innych dzieł Kinga. „Cierniowy Dwór” to bardzo dobrze napisana, przejmująca rzecz, która spokojnie się broni jako samodzielna historia.

No i zostają dwa opowiadania, dwoje autorów, którzy wspięli się na szczyt. O ile wszystkie opowieści w „Pokłosiu” są bardzo dobre, to te dwa są po prostu genialne. Najpierw Paulina J. Król ze swoim „Status quo”. Opowiadaniem najmniej oczywistym jako hołd dla Stephena Kinga, bardziej obyczajowo-fantastycznym niż horrorem. A jednak jeśli ktoś zna dobrze twórczość Kinga, to w opowiadaniu Pauliny znajdzie sporo subtelnych nawiązań. To opowiadanie ma też jednak zupełnie inną zaletę – pokazuje, że Paulina Król znakomicie się sprawdza w wielu różnych gatunkach. Ta autorka spokojnie jest w stanie napisać zarówno bestseller obyczajowy, jak i historię więzienną. A jednocześnie tak zakończyła swoje opowiadanie, że byłem po prostu zły na nią i długo mi chodziło ono po głowie. To chyba miara wielkich umiejętności Autora (świadomie napisałem to z dużej litery): sprawić, by opowiadanie wywołało takie emocje, przemyślenia… Brawo, Paulina! A na koniec mój niekwestionowany Król tego zbioru – Juliusz Wojciechowicz w opowiadaniu „Świniak”. Zarówno jako opowiadanie w klimacie typowym dla Kinga, jak i samodzielna opowieść – „Świniak” wygrywa. Wyobraźcie sobie wszystko to, co najlepsze u amerykańskiego mistrza, ubrane w Polskę z czasów późnego PRL-u, napisane z wielkim nerwem i znajomością tematu. Juliusz Wojciechowicz sprawił, że cofnąłem się do czasów własnego dzieciństwa – które może nie było aż tak dramatyczne i horrorystyczne, jak w jego opowiadaniu, ale również pełne przygód z ferajną z podwórka. Naprawdę – wielkie dzięki za to opowiadanie!

I tak dotarliśmy do końca. Czy było warto? Jak najbardziej. Gorąco polecam „Pokłosie”. To jeden z ciekawszych zbiorów, jakie ostatnio wpadły mi w ręce i do opowiadań w nim zawartych na pewno jeszcze niejeden raz wrócę. A do autorów, mam tylko nieśmiałą prośbę: piszcie jak najwięcej, bo robicie to naprawdę dobrze i szkoda byłoby zmarnować te wszystkie fajne historie, które chodzą Wam po głowach.

5 out of 6 stars

Recenzent: Bogdan Ruszkowski

Różni autorzy – Pokłosie
Wydawca: Gmork (2015)
Liczba stron: 352

Polecamy także