Artykuł

Powiało grozą

Opublikował

dnia

Powiało grozą. O horrorach zrealizowanych na Dolnym Śląsku i niesamowitym potencjale regionu

Kino grozy na Dolnym Śląsku

Horrory nigdy nie były specjalnością polskiego kina. Chociaż
w dwudziestoleciu międzywojennym pojawiały się obrazy wskazujące na zafascynowanie niesamowitością jak „Syn szatana” (B. Bredschneider, 1923) czy „Kochanka Szamoty” (L. Trystan, 1927), to koszmar drugiej wojny światowej i założenia ideowe nowych władz, przyczyniły się do rozpowszechnienia konwencji realistycznych, w których nie było miejsca dla fantastyki grozy. Co więcej, przez prawie cały okres PRL-u nie emitowano zachodnioeuropejskich i amerykańskich horrorów, oprócz przypadków gdy dany film mógł spełniać funkcje propagandowe. Nieznaczne ożywienie w zakresie eksploatacji gatunku na obszarze rodzimego kina można zauważyć w latach 60., kiedy reżyserzy tacy jak Janusz Majewski, Witold Lesiewicz czy Stanisław Lenartowicz, w ramach cyklów „Opowieści Niesamowite”, „Świat Grozy” i „Opowieści Niezwykłe”, realizowali filmy dla telewizji.

Z kolei filmy kinowe, produkowane w latach 70. i później, wykorzystywały formułę horroru jako pretekst do opowiadania o polityce, społeczeństwie czy moralności. W latach 90. pojawiło się niewiele obrazów nawiązujących do modelu kina grozy. Obecnie zainteresowanie horrorem wydaje się rosnąć, jednak konwencje gatunkowe pozostają jedynie elementem widowiska, jego specyficzną dekoracją. Wobec braku tradycji filmowego horroru na ziemiach polskich, rodzimi twórcy przyjmują wzorce i schematy wypracowane przez zachodnie kinematografie. Tym co wydaje się szczególnie istotne w adaptowaniu horroru dla potrzeb polskiego kina jest fakt, że autorzy horrorów wykorzystują motywy znane z lokalnego folkloru. Właśnie w tej strategii prawdopodobnie tkwi klucz do ewentualnego sukcesu rodzimej fantastyki grozy. Poznawszy „niesamowity” czy też „grozogenny” potencjał regionu, można eksplorować go na najróżniejsze sposoby, w oparciu o konwencje udoskonalone przez kino amerykańskie. Warto zatem prześledzić, w jaki sposób miejscowe legendy i wierzenia znalazły swoje urzeczywistnienie w filmach nakręconych na Dolnym Śląsku. Co więcej, prezentowany region wydaje się szczególnie interesujący pod względem możliwości kreowania aury niesamowitości i grozy. Lokalizacje takie jak zamek Czocha, zamek Książ czy też sztolnie w Osówce wyjątkowo sprzyjają tworzeniu horrorów. Omówię zatem filmy odwołujące się do lokalnych wierzeń i miejsc owianych tajemnicą: „Porę mroku” (G. Kuczeriszka, 2008), „Legendę” (M. Pujszo, 2005) oraz zagadkowy projekt „Świt wampirów” (P. Anioł, F. Płucisz, 2013). Zanim jednak przejdę do szczegółowego opisu kolejnych produkcji, chciałabym zwrócić uwagę na kilka dzieł istotnych zarówno dla polskiego, jak i dolnośląskiego horroru: „Rękopis znaleziony w Saragossie” (W. J. Has, 1964), „Diabeł” (A. Żuławski, 1972) oraz „Dom Sary” (Z. Lech, 1985). W przypadku tych obrazów istotny jest fakt, że zrealizowano je w dolnośląskich plenerach. Artyści wykorzystali przede wszystkim walory estetyczne miejsc, w jakich wykonano zdjęcia oraz charakterystyczną dla nich aurę niesamowitości, nie odwołując się jednak bezpośrednio do lokalnych legend. Po dokonaniu przeglądu dolnośląskiego kina grozy, przedstawię krytyczne wnioski dotyczące funkcjonowania horroru w polskiej sztuce filmowej, dyskursie naukowym i publicznej debacie.

Nazi Angst

Jednym z ważniejszych motywów grozy, charakterystycznym dla Dolnego Śląska, są legendy i fakty związane z działalnością nazistów. Traumatyczne doświadczenia wojenne, zbrodnia ludobójstwa i mrożące krew w żyłach eksperymenty na ludziach to wydarzenia składające się na najciemniejszą z kart historii. Zbiorową wyobraźnię rozbudza również tajemniczy projekt Riese – nieukończony system bunkrów i budowli podziemnych wydrążonych w Górach Sowich. W tej mrocznej lokalizacji zrealizowano „Porę mroku”. Zdjęcia wykonano w Osówce, Kotlinie Kłodzkiej (m.in. w Ścinawce Średniej), Modlinie oraz – prawdopodobnie dzięki dofinansowaniu przez PiSF – Buenos Aires. Film opowiada o grupie młodzieży, która wybrała się na spływ kajakowy. Uczestnicy wycieczki nie stronią od alkoholu i narkotyków. Dobrą zabawę zakłóca jednak makabryczna śmierć tajemniczego przybysza, który dołączył do rozkoszujących się używkami bohaterów, oraz atak nieprzychylnie nastawionego prowincjusza. W tym samym czasie do miejscowego szpitala psychiatrycznego w charakterze asystentów trafiają podopieczni zakładu poprawczego. Dwoje z nich znika w niejasnych okolicznościach. Karolina, zaniepokojona zaginięciem swoich towarzyszy, próbuje z pomocą zaprzyjaźnionego pacjenta, Zolo, rozwikłać zagadkę ponurego szpitala. Losy dziewczyny i bohaterów przedstawionych we wcześniejszej części filmu łączą się w fabryce, gdzie przeprowadzane są okrutne eksperymenty na ludziach i z którą ściśle współpracuje personel kliniki. Młodzież musi stawić czoła demonicznym lekarzom, owładniętym żądzą wiecznego życia nazistom oraz wrogim mieszkańcom dolnośląskiej prowincji.

„Pora mroku” nawiązuje do konwencji kina gore, znajdziemy w niej mnóstwo scen ociekających krwią i epatujących przemocą. Miejscami film Grzegorza Kuczeriszki korzysta z zabiegów typowych dla podgatunku torture porn, na przykład motywu sadystycznych eksperymentów wykonywanych dla chorej satysfakcji. Ponadto „Pora mroku” prezentuje prawdziwą mnogość tematów i toposów: doświadczenia na ludziach, budzący grozę szpital psychiatryczny, wiara w wędrówkę dusz, krwawe morderstwa oraz przerażające legendy związane z nazistami. Chociaż zestawienie wszystkich wyżej wymienionych wątków wydaje się zdumiewająco ciekawym pomysłem, to jego realizacja rozczarowuje. Mimo bardzo dobrych zdjęć uwypuklających mroczną atmosferę filmu i miejsc, w jakich został stworzony, nie można nie zauważyć nielogiczności i niekonsekwencji w prowadzeniu fabuły. Najprawdopodobniej sprawne połączenie wielości motywów okazało się zbyt trudnym zadaniem. Zawodzi również gra aktorska, choć najbardziej problematyczne w odbiorze „Pory mroku” wydaje się zastosowanie nieszczególnie wyrafinowanych efektów specjalnych (dość nachalnych i przerysowanych), które raczej budzą rozbawienie, niż strach. Mimo niedoskonałości produkcji, warto docenić tę próbę stworzenia iście dolnośląskiego filmu. Wyłania się z niego niezwykle interesujący wizerunek mieszkańców regionu. Zostali oni sportretowani jako nieprzyjazne, zdeformowane ofiary nazistowskich eksperymentów. Niewykluczone że wizja miejscowej ludności zaprezentowana w „Porze mroku” rozbudzi też wyobraźnię turystów.

Nowa legenda

Zamek Czocha, miejsce obfitujące w opowieści o duchach i ukrytych skarbach, przyciąga filmowców, którzy zafascynowani jego niesamowitą aurą, zrealizowali w nim między innymi zdjęcia do „Wiedźmina” (2002), „Tajemnicy twierdzy szyfrów” (2007), „Doliny szczęścia” (K. Nowak-Tyszowiecki, 1983) czy „Dwóch światów” („Spellbinder”, 1995). Podobnie stało się w przypadku Mariusza Pujszo, aktora, scenarzysty, reżysera i producenta. Zamek dwukrotnie pojawia się w jego filmografii, najpierw nakręcił w nim „Polisz kicz projekt” (2003), następnie, odwołując się do budzących grozę lokalnych podań, „Legendę” (2005). Film przedstawia historię sześciu kobiet, które postanowiły spędzić wieczór panieński jednej z nich w średniowiecznej warowni. Podekscytowane miejscowymi wierzeniami, namawiają dozorcę – człowieka zdziwaczałego i niezbyt życzliwego wobec gości – by opowiedział im o mrocznej przeszłości zamku. Ten przytacza tytułową legendę na temat żony jednego z włodarzy Czocha, księcia Wacława, która pod nieobecność męża trwoniła jego majątek i dopuściła się zbrodni dzieciobójstwa. Na wieść o okrutnej śmierci własnego dziecka, Wacław krwawo zemścił się na wszystkich mieszkańcach warowni, łącznie ze zdemoralizowaną małżonką. Tego samego dnia został pojmany i zgładzony, przed śmiercią zdążył jednak rzucić klątwę na wszystkich, którzy ośmielą się sprofanować jego własność. Od tego czasu jego duch karze jakiekolwiek zachowania, które uzna za hańbiące. Cyklicznie wybiera najbardziej uczciwą i niewinną osobę, by wcielić się w nią i za jej pośrednictwem mordować. W czasie rozwoju fabuły, gdy w niejasnych okolicznościach giną kolejni bohaterowie, okazuje się, że legenda opowiedziana przez dozorcę ma inną, rzekomo autentyczną wersję. Według zapisków znalezionych w zamkowej bibliotece, prawdziwym tyranem okazuje się Wacław – hulaka i rozrzutnik, który zasztyletował swoją córkę pod nieobecność żony, Elżbiety. Od czasu tragicznych wydarzeń duch kobiety wraca, przyjmując ciało najmniej grzesznej kobiety przebywającej akurat w zamku, by oczyścić swój dom z wszelkich przejawów rozwiązłości. Bohaterki będą musiały stawić czoła nadprzyrodzonym mocom, dozorcy zwabiającemu kolejne nieświadome zagrożenia ofiary klątwy oraz własnym lękom, potęgowanym przez mroczną atmosferę komnat i lochów.

„Legenda” odwołuje się do środków charakterystycznych dla kina gore, takich jak epatowanie przemocą i pornografią. W przypadku tego typu horroru, trudno mówić o przekroczeniu granic dobrego smaku, gore w swych założeniach kwestionuje przecież wszelkie wartości, a makabra i obsceniczność to elementy jego języka. Jednak momentami widz – zwłaszcza ten zaznajomiony z tradycją amerykańskiego horroru – może odczuwać lekkie zażenowanie. Nie wynika ono z samej konwencji gore, ale z niewprawności w jej zastosowaniu. Dzieje się tak chociażby w przypadku dość naturalistycznej sceny erotycznego zbliżenia między dwójką bohaterów i zestawionej z nią muzyki, która nie ma żadnego logicznego związku z wydarzeniami obserwowanymi na ekranie. Rozczarowują też efekty specjalne, które rażą przerysowaniem. Jeżeli przyjmie się, że celem twórców „Legendy” nie było wywoływanie śmiechu, film nie spełnia oczekiwań, jakie wiążą się z prawami rządzącymi gatunkiem. Jednak Mariusz Pujszo niejednokrotnie posługiwał się kiczem jako środkiem wyrazu, dlatego też trudno dokonać jednoznacznej oceny niniejszej produkcji.

„Legenda” odwołuje się do wierzeń związanych z zamkiem Czocha, łączy w sobie elementy podgatunków gore, ghost story i slashera (stopniowe eliminowanie kolejnych bohaterów, tajemnicza postać mordercy, ujęcia POV), a nawet found footage (bohaterowie nagrywają kamerą siebie i rozgrywające się w ich otoczeniu zdarzenia). Próba połączenia lokalności i globalnych trendów nie zyskała jednak pozytywnego odbioru. Zamek Czocha nadal oczekuje na filmowców, którzy lepiej spożytkują jego „niesamowity” potencjał.

Film widmo

Kolejny, dość zagadkowy, projekt związany z eksploatowaniem folkloru i zachodnich wzorców to „Świt wampirów”. Zdjęcia do filmu ruszyły 9 września 2013 roku, podobnie jak intensywna akcja promocyjna. Z doniesień prasowych, a także z wideo zapowiedzi zamieszczanych na oficjalnym profilu spółki POLISH HORROR COMPANY w serwisie YouTube można dowiedzieć się, że dolnośląscy twórcy zajęli się realizacją „pierwszego polskiego horroru z prawdziwego zdarzenia”. Scenariusz nawiązuje do wierzeń Słowian – zamieszkujących tereny wokół owianej aurą tajemnicy Ślęży – dotyczących aktywności wampirów (a właściwie wąpierzy). Zdjęcia zrealizowano na przełęczy Tąpadła, nad Jeziorem Mietkowskim, na szlakach w okolicy Ślęży i Raduni oraz w prosektorium w Świdnicy, XIX-wiecznym browarze w Sobótce i dawnym augustiańskim klasztorze na Ślęży. Jak zapewnia producent, zaprezentowanie wyżej wymienionych lokalizacji na dużym ekranie miało przyciągnąć do kin mieszkańców Dolnego Śląska. Wspomniane folklorystyczne inspiracje twórców, jak również przedstawianie filmu jako propozycji mającej spełniać oczekiwania lokalnych społeczności, to przesłanki godne podziwu. Jednak projekt sprawia wrażenie nastawionego wyłącznie na zysk, a popularyzowanie słowiańskich wierzeń wypada blado w porównaniu z budzącymi niesmak akcjami promocyjnymi. Co więcej, obsadzenie w jednej z ról internetowej celebrytki Barbary Kwarc to kolejna zauważalna próba przyciągnięcia inwestorów i widzów. Premiera filmu miała odbyć się 10 stycznia 2014 roku, jednak zadeklarowanej w mediach dacie zdają się przeczyć klipy promocyjne zamieszczane w serwisie YouTube przez POLISH HORROR COMPANY w maju tego samego roku.
W materiałach prasowych nie ma żadnej wzmianki na temat dalszych losów „Świtu wampirów”. Brak aktywności twórców w mediach i dezaktywacja fanpage’a filmu na Facebooku świadczy najprawdopodobniej o klęsce projektu, w tym niemożności znalezienia odpowiedniego dystrybutora. Fascynujące ludowe podania kolejny raz nie znalazły odpowiednich środków wyrazu a bogate zasoby mitów wciąż czekają na godne ich realizacje.

Tajemniczy Dolny Śląsk

Region nawiedzonych zamków, tajemniczych kultów i zagadkowych skarbów nazistów rozbudza wyobraźnię twórców kina grozy. Hasła pojawiające się spotach promocyjnych, takie jak „tajemniczy Dolny Śląsk” lub „dotknij tajemnicy” mogą stanowić dodatkowy impuls do eksplorowania lokalnych mitów i wierzeń. Inspirują do opowiadania intrygujących historii, odwołując się do miejsc emanujących aurą niesamowitości, jak zamek Czocha. Warto pracować nad doskonaleniem polskiego – nie tylko dolnośląskiego – horroru. Chociaż w jego historii, oprócz arcydzieł na miarę „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, zdarzały się niezbyt udane obrazy, podważające sens tworzenia kina grozy w oparciu o rodzime zasoby, filmowcy nie powinni składać broni. Nawet szereg niepowodzeń może ostatecznie prowadzić do odniesienia artystycznego i komercyjnego sukcesu. Słowa te kieruję nie tylko do reżyserów, scenarzystów i innych praktyków sztuki filmowej. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że horror to gatunek niedoceniany. Media masowe – prawdopodobnie właśnie ze względu na programową masowość – rzadko informują o związanej z nim problematyce, skupiając się wyłącznie na jego walorach estetycznych i zdolności do wywierania wpływu na ludzkie emocje. Mówiąc prościej: chwalą lub ganią horrory za umiejętność wywoływania strachu i przykładowo za to, czy występujący w nich psychopatyczny morderca zabija swoje ofiary w dostatecznie finezyjny sposób. Obrana strategia upraszcza faktyczną złożoność zjawisk kulturowych i społecznych związanych z kinem grozy, a także buduje jego negatywny wizerunek. Parafrazując polskie przysłowie: horror nie jest taki straszny, jak malują go media i eksperci z dziedziny pedagogiki, przedstawiający go głównie w kontekście niekorzystnego oddziaływania na odbiorców. Tym, co wydaje się przerażać bardziej niż nawiedzone zamki i tajemne kulty jest fakt, że również środowiska akademickie często bagatelizują temat szeroko pojmowanej grozy. Wciąż powstaje stosunkowo niewiele naukowych publikacji poświęconych horrorowi. Niniejszy tekst to z jednej strony próba popularyzacji niezbyt poważanego gatunku, z drugiej – inspiracja do dalszych poszukiwań. Przedstawiłam „niesamowity” potencjał Dolnego Śląska, a także filmy, które z niego czerpały. Wskazałam również produkcje wykorzystujące interesujący nas region jako miejsce realizacji zdjęć. Wciąż tropię wszelkie dolnośląskie wątki związane z filmowym horrorem. Wypatruję też nowych. Dlatego zachęcam twórców: eksploatujcie rodzime tajemnice, korzystajcie z dostępnych zasobów: wierzeń, mitów, legend miejskich. Szukajcie niesamowitości nie tylko w zamkach i sztolniach, ale też w swoim najbliższym otoczeniu. Te same słowa kieruję do wszystkich miłośników szeroko pojętej grozy. Warto byłoby podjąć pracę nad zredagowaniem przewodnika po Dolnym Śląsku, który uwzględniałby wątki związane z wciąż niezbyt bogatą historią polskiego horroru. W ten sposób powstałby unikatowy informator dbający o potrzeby pasjonatów i filmowców szukających inspiracji. Innym ciekawym pomysłem może być utworzenie specjalnie oznakowanych tras turystycznych. Gdyby pośród zwiedzających pojawił się zagraniczny producent lub reżyser, który zafascynowany aurą danego miejsca, zdecydowałby się zrealizować w nim swój film, dolnośląskie kino grozy zyskałoby nową siłę. Jednak podobna historia wydaje się równie rzeczywista, co szanse na odnalezienie Złotego Pociągu.

Autorka: Marcelina Kulig

Polecamy także