Komiks

Radioactive Cross – Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów

Opublikował

dnia

Radio

Łukasz Kowalczuk żyje w Dniu Świstaka. Urodził się w latach 80. i pozostał w nich na zawsze, ale systematycznie wysyła do świata zewnętrznego kolejne świadectwa piękna tamtej epoki. Myślicie, że potrzebuje waszej pomocy? Nic bardziej mylnego, wystarczy zlustrować „Radioactive Cross”, by zapragnąć powrotu do przeszłości.

Na trzeciej stronie dostajemy zwięzły opis komiksowych realiów oraz jego obszerne zilustrowanie. Mamy rok 1987, odpalone zostają bomby atomowe, widzimy Wujka Sama, rosyjskiego wojskowego, księdza, muzułmanina, eleganckiego magnata o fryzurze przypominającej nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, a dalej nawet pozbawiony oka księżyc z filmu Georges’a Mélièsa. Żeby nie było jednak zbyt normalnie, na kolejnej stronie pojawiają się bogowie z radioaktywnych ruin oraz człekokształtne dinozaury. Jeszcze tylko przedstawienie kilku skrajnie stereotypowych postaci i wchodzą napisy początkowe… A przynajmniej powinny wejść, bo rytm „Radioactive Cross” przypomina jeden z tych seriali animowanych, gdzie pół-ludzie, pół-zwierzęta stawali w szranki ze złem wcielonym, którego jedynym celem było przejęcie kontroli nad całym światem.

radio 1

Scenariusz aż promieniuje od schematów. Grupa rebeliantów z obowiązkowym zdrajcą prowadzącym ją wprost w sidła ewidentnie zbyt łatwą drogą to klasyka gatunku. Mamy tu także turniej przeobrażający niewinny sport (tym razem tenis) w brutalne rozgrywki organizowane ku uciesze atawistycznego pospólstwa; jest „nagły” zwrot akcji w momencie, gdy bohaterowie zdają się być na straconej pozycji; jest nawet łzawe zakończenie działalności ich drużyny. Oczywiście nie będzie zaskoczeniem, jeżeli w kolejnym zeszycie dojdzie do pojednania, ale te wszystkie fabularne klisze wbrew pozorom nie odstraszają, to właśnie na nie świadomy czytelnik czeka. Wyobraźcie sobie, że słuchacie punk rockowego albumu i niespodziewanie dostajecie w jednym z utworów pięciominutowe solo gitarowe w stylu „Steve Vai musi sprawdzić nowe struny”. Dla nikogo nie może to brzmieć wiarygodnie i na podobnej zasadzie działa „Radioactive Cross”, którego autor z punk rockiem jest zresztą za pan brat.

Wprawione oko odnajdzie w „Radioactive Cross” wiele hołdów złożonych śmieciowej kulturze lat 80. Na dole szóstej strony widać postacie do złudzenia przypominające Hawka i Animala, zapaśników federacji WWF (obecnie WWE), którzy zasłynęli jako jeden z najbardziej efektownych tag teamów w historii – The Road Warriors. O przypadku nie ma mowy, jeżeli autorem komiksu jest ta sama osoba, która wcześniej opublikowała „Vreckless Vrestlers” i jawnie propaguje klasykę wrestlingu w Polsce. Wystarczy przerzucić stronę, aby ukazała się nam informacja o spotkaniu czarnych charakterów w centrum handlowym Chopping Mall, co jest oryginalnym tytułem legendy VHSów – „Robotów Śmierci”. Dalej poznajemy Gulldozera, nazwa może niewiele mówi, ale fryzura, strój i przede wszystkim „TM” dopisane do każdej nazwy własnej związanej z tą postacią nie pozostawiają złudzeń – duch He-Mana jest z nami.

radio 3

Jak to przeważnie u Kowalczuka – akcja w poszczególnych kadrach jest bardzo gęsta. Niemal każdy z nich w całości wypełniają postacie lub bliżej nieokreślone wzory (strona dwudziesta szósta to gwarantowany oczopląs), choć zdarzają się perełki, jak na przykład rozbryzgany na połowę strony mózg. Prawdopodobnie dla niektórych – zwłaszcza dla oddanych czytelników Marvela i DC Comics – będzie to środowisko skrajnie nienaturalne, a już sama nierealistyczne kreska poważnie utrudni przemierzanie kolejnych kartek. W dodatku autor nie bawi się w dozowanie napięcia, tempo wydarzeń jest zawrotne. O ile jednak nie należycie do grupy osób szczycących się certyfikatami z kursów szybkiego czytania, dla której priorytetem jest odhaczania lektur na nigdy niekończącej się liście „klasyków”, przyglądanie się poszczególnym grafikom może sprawić wam wielką frajdę. To nie jest twórczość, w której można by się doszukiwać oszałamiającej techniki, niemniej liczba detali, niecodziennych onomatopei i drugoplanowych historii sprawia, że nawet te zaledwie trzydzieści dwie strony robią znacznie większe wrażenie, gdy przegląda się je powoli.

Akcja „Radioactive Cross” rozgrywa się w Antyutopii – tym samym świecie, w którym doszło do wydarzeń z „Violent Skate Bulldogs”, „Vreckless Vrestlers” oraz „Tylko Wrestling Jest Prawdziwy”. Tworzenie własnego uniwersum to pokusa dla wielu współczesnych twórców (chociażby dlatego, że łatwiej w ten sposób przyciągnąć czytelników), Kowalczuk jest jednak w komfortowej sytuacji, bo żaden Stan Lee nie zbierze za niego laurów i splendoru. To od początku do końca autorska wizja zainspirowana sentymentem, ale będąca także jego karykaturą. Nie ma tu prób naśladowania, jest natomiast potrzeba kreowania nowej jakości wewnątrz kodu zrozumiałego tylko dla specyficznej, odżywiającej się szlamem i pizzą publiczności.

4 Stars

Recenzent: Jarosław Kowal

Radioactive Cross – Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów
Scenariusz: Łukasz Kowalczuk
Rysunki: Łukasz Kowalczuk
Wydawca: Studio Lain (2016)
Liczba stron: 32

Polecamy także