Film

Resident Evil – Ostatni rozdział

Opublikował

dnia

Kiedy człowiek zaczynał już tracić nadzieję, że w serii „Resident Evil” może się jeszcze wydarzyć cokolwiek interesującego, scenarzysta/reżyser Paul W.S. Anderson spiął się i zamknął cykl całkiem solidnym „Ostatnim rozdziałem”. Choć czy rzeczywiście jest on taki ostatni – to się jeszcze okaże.

Poprzedni film – „Resident Evil: Retrybucja” z 2012 r. – stawiał na odrealnione wizualne atrakcje i fabularny chaos, w którym bohaterowie, z pociągającą Alice (Milla Jovovich) włącznie, byli bezwolnymi pionkami w rękach odurzonego możliwościami techniki cyfrowej Andersona. Tym razem pan i władca serii uznał chyba, że warto by jednak na koniec powrócić do formuły, która sprawdziła się w pierwszym i trzecim filmie stworzonym pod szyldem „RE” – i postawił nie tyle na wybuchy i akrobacje, co właśnie na bohaterów i na scenariusz, który połączyłby najważniejsze wątki z poprzednich filmów i stworzyłby parę trzymających w napięciu scen. Spokojnie, wciąż nie jest to kino moralnego niepokoju, a akrobacji oraz wybuchów i tu nie brakuje, ale jak na standardy cyklu jest zaskakująco „po ludzku” – co osobiście przyjmuję z prawdziwą wdzięcznością.

Tym razem Alice wraz ze skleconą na szybko drużyną – w skład której wchodzi zarówno znana nam z poprzednich odcinków Claire Redfield (Ali Larter), jak również parę krzepkich świeżych nabytków (całkiem dzielnie radzą sobie z tymi drugoplanowymi rolami charyzmatyczni młodzieńcy: Ruby Rose i Eoin Macken) – musi przedostać się do miejsca, gdzie rozpoczął się cały ten horror: do „Ula” w zgliszczach Raccoon City. To tutaj korporacja Umbrella spreparowała niegdyś wirusa, który miał się stać na panaceum na najstraszniejsze choroby, a ostatecznie doprowadził do przemienienia ludzkości w hordy krwiożerczych zombi. Droga do „Ula” jest oczywiście najeżona śmiercionośnymi pułapkami, które skutecznie przetrzebią ekipę Alice, a do tego tuż za bohaterami będzie podążał złowieszczy doktor Isaacs (wyraźnie rozkoszujący się graniem przerysowanego drania Iain Glen), ale zanim przez ekran przejadą napisy końcowe główna bohaterka zdąży rozwiązać wszystkie najważniejsze tajemnice, jakie ciągnęły się za nią od filmu #1.

Ciekawe czy Milla Jovovich – nie świecąca tym razem na ekranie ultrasmukłymi sutkami (wszystkich zainteresowanych przepraszam za spojler), ale ponownie nasycająca swą postać sporą dawką erotyzmu – czuła po ukończeniu „Ostatniego rozdziału” przede wszystkim ulgę czy smutek? Bo z jednej strony – ile lat można ogrywać tę samą, dość przecież płaską rolę?; z drugiej natomiast – każdy nowy film wywoływał jednak na koncie aktorki potężny przypływ gotówki, niezależnie od tego czy był udany czy nie, a jakość filmów spoza serii, w których zdążyła przez ten czas zagrać świadczy o tym, że dobrymi ofertami raczej się jej nie zasypuje. Ja w każdym razie po obejrzeniu „Ostatniego rozdziału” czułem właśnie potężną ulgę – że oto jest kolejny „Resident Evil”, do którego będzie można od czasu do czasu wracać; że wywołana działaniem wirusa apokalipsa prezentuje się tutaj znacznie bardziej przekonująco niż w dwóch ostatnich filmach; i że po prostu udało się z klasą zamknąć ten cykl – tak kiedyś oczekiwany, a potem zamieniony w pozbawioną charakteru karuzelę z efektami. Kto wie, być może uwolniony od tego trzepiącego gigantyczną kasę tasiemca Anderson nakręci jeszcze film, który mógłby się równać z jego największym dotychczasowym dziełem, „Ukrytym wymiarem”?

Jeśli natomiast komuś z Was chce się płakać, że taka piękna seria, taka seksowna Milla, a tu już koniec – nie zapominajcie ile „Piątków 13-go” powstało po części zatytułowanej „Ostatni rozdział”. No więc.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Resident Evil – Ostatni rozdział
Tytuł oryginalny: Resident Evil – The Final Chapter
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Obsada: Milla Jovovich, Iain Glen, Ali Larter, Ruby Rose
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także