Recenzja

Revolution, sezon 1

Opublikował

dnia

Ręka do góry kto wciąż jeszcze tęskni za serialem „Zagubieni”. Tak, tak – sam też podnoszę choć tak naprawdę tęsknię przede wszystkim za poczuciem tajemnicy z pierwszego sezonu, a nie wszystkimi tymi zwariowanymi zwrotami akcji z późniejszych serii. I powiem to od razu: najnowsza produkcja J.J. Abramsa, czyli głównego twórcy sukcesu „Zagubionych”, zatytułowana „Revolution” do pewnego stopnia mnie w tej tęsknocie utuliła.

Jest tak: niebezpieczne eksperymenty kilku genialnych amerykańskich naukowców sprawiły, że na całym świecie wywaliło korki. Tyle że permanentnie – a przynajmniej na to wygląda. Ameryka bez prądu zmienia się nie do poznania: ulice wielkich miast zawalone są wrakami samochodów, ludzie poruszają się pieszo albo konno, a pożywienie muszą sobie upolować za pomocą noża albo łuku. Czyli oto nagle mieszkańcy Stanów zgodnie przyjmują ascetyczny styl życia Amiszów. Choć może nie do końca bo jednak nie zachowują ich pokojowego nastawienia do bliźnich. Tu co chwilę ktoś kogoś napada, okrada, tłucze po mordzie, torturuje, porywa albo zabija. No ale bez tego nie mielibyśmy serialu fantastyczno-sensacyjnego, tak?

Przez cały pierwszy sezon „Revolution” przyglądamy się staraniom psychotycznego Sebastiana Monroe (David Lyons), aby zawładnąć Ameryką. By osiągnąć swój cel, zimnooki chłopina wspiera się oddziałami bezwzględnej milicji, ale wie, że tak naprawdę istnieje tylko jeden, jedyny sposób, aby pokonać konkurencję: trzeba znów włączyć prąd. I to oczywiście tylko u siebie – tak żeby można później szybko porobić naloty wojskowymi helikopterami na innych żądnych władzy i sprawnie powycinać ich w pień. A jak tego dokonać? Okazuje się, że wbrew pozorom jest na to sposób. Otóż pewien poczciwiec imieniem Ben Matheson (Tim Guinee) jest w posiadaniu tajemniczego medalionu, który potrafi na krótki czas przywracać energię w najbliższym zasięgu. Gdyby nad tym popracować i zbudować odpowiednie „wzmacniacze”, Monroe mógłby uzyskać dokładnie to, co sobie wymarzył. Wysyła więc jednego ze swoich najwredniejszych ludzi, Toma Neville’a (Giancarlo Esposito, czyli demoniczny Gus z serialu „Breaking Bad”), aby schwytał naukowca i doprowadził go do jego głównej siedziby. Monroe nie przewidział jednak, że rodzina Bena ma znaczne talenty wojownicze i po interwencji milicji, natychmiast wyruszy z akcją odwetową. A pomagał jej będzie pewien nieulękniony twardziel ze słabością do alkoholu – Miles Matheson (Billy Burke) – który z różnych powodów należy do wąskiej grupy ludzi, z którymi Monroe wolałby się nie mierzyć…

Jeśli wydaje się Wam, że z naukowego punktu widzenia „Revolution” nie ma zbyt wiele sensu, to… prawdopodobnie macie rację. Ja na szczęście nigdy nie uważałem na lekcjach fizyki i jestem w stanie mniej więcej przełknąć serwowane nam tutaj teorie, a w związku z tym – cieszyć się całym serialem. Przy czym zaznaczam, że należy go potraktować jako rzecz komiksowo przerysowaną, a nie realistyczną – bo nawet kiedy zdarzają się momenty brutalniejsze i bardziej krwawe, to są one przedstawione w wystarczająco ugrzeczniony sposób, aby nie traktować ich stuprocentowo poważnie. Żadne koszmary nie powinny Was więc po seansie „Revolution” dręczyć. Za to w zdecydowanej większości przypadków znakomicie dobrano głównych aktorów (na szczególne brawa zasługuje Billy Burke jako dzielny choć niechętny wojak z mroczną przeszłością, ponętna Tracy Spiridakos jako mściwa córka naukowca i oczywiście emanujący złem Giancarlo Esposito jako główny koleżka od brudnej roboty), zadbano o dobre tempo akcji (każdy odcinek to inna zaskakująca i trzymająca w napięciu „misja”) i opatrzono całość klimatyczną muzyką (momentami mocno kojarzącą się ze ścieżką dźwiękową „Zagubionych”, o co nie mam jednak pretensji). I choć w okolicach finału robi się czasami niebezpiecznie „filozoficznie”, to na szczęście nie do tego stopnia żeby całkowicie zmienić atmosferę serialu, jak miało to miejsce we wspominanym tu już przypadku innego telewizyjnego dzieła J.J. Abramsa. A jeśli po kilkunastu godzinach serialu wciąż mam ochotę na więcej, to znaczy, że coś musi w nim być…

Wśród dodatków na płytowym wydaniu „Revolution” znajdziecie m.in. całkiem sporo scen niewykorzystanych (niektóre z nich są całkiem ciekawe choć zwykle sprowadzają się do tzw. „budowania postaci” i nie posuwają do przodu akcji), a także niezłe materiały zakulisowe, zbiór mało zabawnych gagów i kilka krótkich odcinków internetowych.

4 Stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Revolution
Tytuł oryginalny: Revolution
Kraj: USA (2012)
Twórca: Eric Kripke
Obsada: Billy Burke, Tracy Spiridakos, Giancarlo Esposito, Elizabeth Mitchell
Dystrybutor: Galapagos

Polecamy także