Literatura

Robert Cichowlas – Upiorna uczta

Opublikował

dnia

patronat

„Odrażające, brudne, złe” (w sensie etycznym, nie artystycznym): tak w skrócie można — odwołując się do tytułowej formuły z leksykonu Piotra Sawickiego, poświęconego filmom gore (2011) — opisać zawartość najnowszego tomu opowiadań Roberta Cichowlasa. I nie ma żadnej przesady w takim określeniu „Upiornej uczty”. Podobnie jak nie można traktować, jedynie w kategoriach gestu marketingowego, wykorzystania w charakterze elementu graficznego okładki znaczka zabraniającego lektury osobom poniżej osiemnastego roku życia. Decyzja o zamieszczeniu sygnału dotyczącego kryterium wieku odbiorców, jest w tym wypadku zresztą dość szczególna. Bowiem dzięki niej nie tylko pojawia się sugestia, że tomu powinni unikać czytelnicy nieletni (w sensie prawnym), ale też i ci, którzy nie dorośli — niezależnie od tego, ile mają lat w metryce — do koncepcji fantastyki grozy, zaproponowanej przez Cichowlasa. Ta bowiem dalece odbiega, nie tylko od konwencjonalnych opowieści z dreszczykiem, ale i eksperymentów „głównonurtowych”.

Oczywiście pisarz nie proponuje estetyki całkowicie odrębnej, toteż miłośnicy współczesnego horroru z pewnością łatwo rozpoznają zarówno fantasmagorie spod znaku bizarro fiction, jak i ekstremalnie „podkręcone” motywy cielesne inspirowane twórczością Grahama Mastertona, bądź Clive`a Barkera. Już teraz należy jednak zaznaczyć, iż jest to w wykonaniu Cichowlasa splatterpunk przeistaczający się we własny pastisz estetyczny. Nagromadzenie przemocy i rekwizytorni znamiennej dla nurtu body horror nie pozwala bowiem czytać poszczególnych opowieści w sposób „naiwny”, jako próby powrotu w sposób „serio” do estetyki lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to — dzięki przekładom — rodzimy czytelnik dopiero poznawał nowe zjawiska z kręgu fantastyki grozy. Znamienna pod tym względem jest choćby lektura „Pokuty”, definiowanej przez samego autora, jako utworu reprezentatywnego dla nurtu porno-horroru.

Nie zabrakło jednakże w „Upiornej uczcie” miejsca również dla bardziej tradycyjnych formuł opowieści z dreszczykiem, jakkolwiek i one zostają potraktowane instrumentalnie, jako okazja do artystycznego eksperymentu, pozwalającego wyznaczyć ich gatunkową pojemność, ale i nośność problemową. Odczytywane z zaproponowanej tu perspektywy „Nawiedzone mieszkanie” okazuje się humoreską, korespondującą nie tylko tematycznie z „Willą Greisera”; oba utwory — jeśliby rozpatrywać je jako przejaw „powinowactwa z wyboru” — okazują się artystycznymi wariacjami na ten sam temat: niemożności uwolnienia się bohaterów od przeszłości. Pamięć miejsca i jego poprzednich lokatorów sprawia, że minione czasy powracają, rozdzierając tkankę współczesności; pod tym względem szczególnie interesujący jest „Szkieletowy Poznań” .

Frapujące jednakże pozostają nie tylko same utwory, lecz również dołączone do nich autokomentarze, niekiedy wyjaśniające genezę poszczególnych historii, innym razem ukierunkowujące ich lekturę. Notki te pozwalają też zrozumieć sposób myślenia autora (niekiedy równie pokrętny, jak decyzje bohaterów jego twórczości). Co więcej, to dzięki jednemu z owych dopowiedzeń dowiadujemy się, pod czyj adres kierować podziękowanie za „Nawiedzone mieszkanie” (s. 141); niniejszym zatem dziękuję.

Tom opowieści Cichowlasa, z pewnością — w myśl reklamowej notki z czwartej strony okładki — stanowi propozycję lekturową adresowaną do najbardziej twardych miłośników literackiego horroru. Przede wszystkim jednak do tych, którym niestraszna mała czcionka i paginacja na wewnętrznym marginesie stron. Ponadto, z niezrozumiałych powodów, w nagłówkach nie pojawiają się tytuły poszczególnych utworów, a jedynie całości zbioru. Są to oczywiście pomniejsze utrudnienia, jednakże umniejszają one lekturową satysfakcję.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Robert Cichowlas – Upiorna uczta
Wydawca: Phantom Books (2018)
Liczba stron: 222
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także