Literatura

Robert J. Szmidt – Szczury Wrocławia. Kraty

Opublikował

dnia

patronat

Już od dłuższego czasu można w rodzimej literaturze (zresztą nie tylko fantastycznej, bo i kryminalnej, zwłaszcza retro) zauważyć szczególne upodobanie do osadzania powieściowych fabuł we Wrocławiu. Miasto to jawi się jako przestrzeń naznaczona piętnem zbrodni, której nie sposób uniknąć. Labirynty zaułków zamieszkanych przez podejrzane postacie, duszna atmosfera i przerażające zdarzenia sprawiają, że trudno uwierzyć, by stolica Dolnego Śląska nadawała się do funkcjonowania pośród miast polskich w sposób inny, niż jako osobny park survivalowy, którego klientami mogliby stać się domorośli detektywi — zwłaszcza rozmiłowani w czasach, gdy Wrocław istniał jako Breslau — oraz zwolennicy mocnych wrażeń, jakich dostarczyć mogłaby jedynie fantastyka grozy, bądź postapokaliptyczna (pomysł ten ma zresztą literackie źródło — kto ciekaw, niechaj sięgnie do „Miasteczka z ludzką twarzą” Marka Sierpawskiego, 2002). Do obrazu Wrocławia-labiryntu grozy nawiązuje w najnowszej powieści Robert J. Szmidt. Trudno zresztą, aby było inaczej bowiem „Szczury Wrocławia. Kraty” (2019) to ciąg dalszy powieści z 2015 roku: „Szczurów Wrocławia. Chaosu”, o czym przypomina „Wprowadzenie”.

Obie powieści są nierozerwalnie złączone ze sobą nie tylko postaciami bohaterów, ale i czasem akcji, toteż najnowszą odsłonę cyklu należy traktować jako bezpośrednią kontynuację poprzedniego tomu. Wciąż zatem pozostajemy w roku 1963, w mieście ogarniętym epidemią. Tym razem jednak nikt nie ma wątpliwości, że to nie dżuma stanowi największe zagrożenie lecz plaga zombie, której nie są w stanie zaradzić ani radykalne decyzje komitetów kryzysowych, ani tym bardziej deklaracje partyjnych ideologów (ci zresztą, wraz z najbliższym otoczeniem zniknęli już w poprzednim tomie, w czeluściach przeciwatomowego schronu). W najnowszej odsłonie cyklu o specyfice choroby nękającej już nie tylko Wrocław, nie trzeba przekonywać żadnego z bohaterów. Zarazem jednak rozpoznanie specyfiki nowej jednostki chorobowej stawia przed bohaterami opowieści nietypowe wyzwania natury innej niż logistyka, bądź medycyna. W sztafażu łatwo rozpoznawalnych dla współczesnego odbiorcy wątków i motywów łatwo bowiem zapomnieć o czasie i miejscu akcji; najbardziej oczywistym przecież punktem odniesienia dla autorskiej propozycji Szmidta jest komiks i serial „Żywe trupy”. Tymczasem w „Szczurach Wrocławia” konieczne jest dostosowanie amerykańskich realiów postapokaliptycznych do rodzimej rzeczywistości i jednoczesne przełożenie ich na zrekonstruowaną na potrzeby opowieści mentalność lat sześćdziesiątych XX wieku. Konsekwencją owej historyczno-kulturowej adaptacji są rozterki jednego z bohaterów, związane z metafizycznym aspektem epidemii zombie. Jest to wątek marginalny, jednak o tyle godny uwagi, że świadczy o ambicjach pisarza, by czynnik akcji nie zdominował snutej historii kosztem wewnątrzpowieściowego realizmu. Wydaje się jednak, że Szmidt potraktował owe rozterki jednego z bohaterów dość powierzchownie, bez dostatecznego pogłębienia konsekwencji rozważań bohatera dla dokonywanych przez niego wyborów. A szkoda bowiem, nawet jeśli miałoby to zostać przyjęte przez wielu czytelników niezbyt przychylnie, warto byłoby zaryzykować, aby ukazać wielowymiarowość kreacji postaci. Te zresztą są dość sprawnie zarysowane, z dbałością o rys indywidualizmu, wyrażający się przede wszystkim w ich językowym sposobie bycia.

Do pewnego stopnia może drażnić maniera uśmiercania większości postaci, dla których nawet niezbyt dobrze zorientowany w życiu fandomu czytelnik potrafi odnaleźć pozafikcyjne odpowiedniki. Obranie takiej strategii jest jednakże konsekwencją „zabawy w zabijanie” na kartach powieści tych, którzy zechcieli stać się jej bohaterami. I tak zresztą — w relacji do poprzedniego tomu cyklu — pisarz przestał hojnie szafować ich życiem, toteż podczas lektury „Szczurów Wrocławia. Krat” nie mamy wrażenia, iż czyni to z osobliwą satysfakcją. Niemniej, Szmidt nie ustrzegł się tu pewnych potknięć — być może zresztą nie do uniknięcia. Wrażenie niespójności jest szczególnie rażące w wypadku samozwańczego generała — majora Biedrzyckiego. Odbiorca w pełni poprawnie rozpoznaje w nim powieściowy odpowiednik Bartka Biedrzyckiego, autora powieści „Kompleks 7215” (2014); aby nie było pod tym względem wątpliwości, w opowieści pojawia się wspomniany obiekt wojskowy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż taka aluzja zakłóca wspólnotę lekturowych doświadczeń czytelnika. Wrażenie niespójności wynika z faktu osadzenia historii Biedrzyckiego (realnie istniejącego autora) w odmiennym uniwersum, które nie może zostać uzgodnione z opowieścią Szmidta. Toteż jeśli Biedrzycki (bohater „Szczurów Wrocławia) wspomina swoją wizytę pod Warszawą, jest to przywołanie dość wątpliwe. Owszem, można byłoby uznać, że jednostka wojskowa z powieści Szmidta i Biedrzyckiego to dwa różne obiekty, jednak przeczą temu realia „Kompleksu 7215”.

Niemniej, mimo sygnalizowanej tu niespójności, trudno odmówić powieści Szmidta lekturowych walorów. Dość obszerny utwór czyta się szybko za sprawą potoczystego języka, a napięcie udaje się stale utrzymać, dzięki przeplataniu się kolejnych wątków fabularnych związanych z losami głównych bohaterów. Dodatkową zaletą jest współistnienie na kartach opowieści historii opowiedzianej słowem i obrazem; dołączony komiks nie pełni jednak wyłącznie funkcji ornamentacyjnych; zachodzące między nim i powieścią relacje podporządkowane są przekładowi intersemiotycznemu, dzięki któremu bohaterowie, wraz ze swoimi perypetiami, stają się nam bliżsi. Tym bardziej, że to, co w powieści zostało umieszczone w epilogu odnosić się może nie tylko do rysunkowej historii.

Do powieści dołączone zostało (podobnie jak w poprzednim tomie) opowiadanie autorstwa początkującego twórcy. Gest ten — skądinąd zasługujący na osobną uwagę (nie mówiąc o naśladownictwie) — umotywowany został wprowadzeniem Szmidta, kreślącego w dość minorowej tonacji szanse debiutantów w realiach współczesnego rynku książki. Można się z tezami pisarza nie zgadzać, niemniej należy docenić inicjatywę. Toteż warto lekturę „Szczurów Wrocławia. Krat” zakończyć dopiero wraz z finałem „Szkodników” Piotra T. Dudka. Temu ostatniemu życzmy sukcesów na miarę jego poprzednika z tomu „Szczury Wrocławia. Chaos”, sobie zaś — rychłej kontynuacji opowieści o losach mieszkańców dolnośląskiej aglomeracji.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Robert J. Szmidt – Szczury Wrocławia. Kraty
Wydawca: Insignis (2019)
Ilość stron: 612

Polecamy także