Literatura

Robert J. Szmidt – Szczury Wrocławia, tom 1: Chaos

dnia

poczecie

To książka, którą Robert Szmidt potwierdza, że doskonale potrafi promować swoją twórczość, angażując w sprytny sposób ponad dwieście osób, by mówiły/pisały/publikowały materiały nt. jego książki. Ale czy to źle? Według mnie jest to pomysł doskonały w swej prostocie, łączący sprawne wykorzystanie social media i świetny kontakt z czytelnikami (których uśmiercając, notabene… unieśmiertelnił) oraz furtka, przez którą wyszedł do głównych mediów (nie pozostając jedynie w kręgu zainteresowań branżowej prasy fantastycznej). Bo przecież o „Szczurach Wrocławia” pisali przez chwilę wszyscy.

Ale promocja promocją, wiemy dobrze, jak to bywa. Niekoniecznie wybujały marketing serwuje nam rzecz wartą uwagi i tak wartościową, jaką ją okrzyknięto. Miałem obawy, co do tej powieści, bowiem wpakować do książki ponad dwieście postaci (sam jestem jedną z nich) przeznaczonych do eksterminacji i nie zrobić z tego suchej wyliczanki (ci już giną, reszta w kolejnych scenach, ustawiamy się czwórkami, kolejno odlicz…) wydawało mi się niemożliwe.

A jednak.

Szmidt dał się poznać jako sprawny rzemieślnik oraz mistrz powieści w stylu „co by było, gdyby…”. Już w postapokaliptycznej „Samotności Anioła Zagłady” czy „Apokalipsie wg Pana Jana” autor relacjonuje nam hipotetyczny rozwój wydarzeń dzień po dniu, scena po scenie. We wspomnianych powieściach punktem wyjścia była wojna nuklearna, a w „Szczurach Wrocławia” jest to epidemia ospy, jaka faktycznie miała miejsce w 1963 roku we Wrocławiu. Punktem wyjścia jest dla autora pytanie: jak rozwijałaby się epidemia zombie w czasach PRL (z specyfiką i ograniczeniami tamtej epoki) w dużym mieście – począwszy od pacjenta 0, dzień po dniu, godzina po godzinie? I to właśnie jest konstrukcyjne sedno powieści.

Sprawna warsztatowo, bez przesadnej egzaltacji i epatowania emocjami, relacja Szmidta z przedstawianych zdarzeń jest wręcz reporterska. Autor pokazuje nam rozprzestrzeniającą się zarazę, a także samo miasto – jego mieszkańców oraz tamtejsze służby porządkowe i ratownicze próbujące opanować sytuację i zrozumieć, z czym w ogóle mają do czynienia.

Akcja pędzi jak oszalała, bowiem bohaterów epizodycznych jest mnóstwo, a my przemieszczamy się wraz z nimi w coraz to nowe punkty na mapie Wrocławia. Ale skoro teatrem działań autor uczynił miasto tej wielkości, co Wrocław i pokazuje nam je z różnych perspektyw, z różnych punktów, to i było gdzie upchnąć te wszystkie postaci. Spokojnie, nie ma tłoku.

„Szczury Wrocławia” to – jak wspomniałem – reporterska relacja, ale też to pełne spektrum ludzkich postaw w obliczu katastrofy. Mamy tutaj tchórzy i bohaterów, mamy przypadkowe ofiary i tych, którym tylko cudem udaje się przetrwać. Mamy takich, co walczą tylko o siebie i takich, co starają się bronić innych, za wszelką cenę. Nawet swojego życia. Nie wszyscy bohaterowie są pozytywni. Niektórzy (jak opozycjoniści) przyczyniają się do złego nieświadomie, przez swoje zaślepienie i tendencyjne trzymanie się ideowych założeń. Niewątpliwie czarnym charakterem jest tu sam system komunistyczny, w wielu scenach bezlitośnie piętnowany przez Szmidta. Ale, co warto podkreślić, sporo też jest postaci działających w strukturach władz komunistycznych, które nie są jednoznacznie negatywne. To ludzie uwikłani w rozgrywki polityczne, niekoniecznie miłujący system, ale starający się w nim jakoś znośnie funkcjonować.

Z powieści nie dowiemy się (przynajmniej w pierwszym tomie) co było genezą epidemii zombie. Owszem, bohaterowie podejmują próby wyjaśnienia tej zagadki, jednak są one bezskuteczne. Co – paradoksalnie – dodaje całej historii realizmu. Tutaj nic nie jest łatwe, nie ma gotowych, leżących za pierwszym zakrętem rozwiązań, a każdy, dosłownie każdy, może w dowolnej chwili zginąć, stając się ofiarą rozszalałych, krwiożerczych hord lub zwykłego, niekorzystnego biegu zdarzeń. Pierwszy tom „Szczurów…”, noszący podtytuł „Chaos”, nie wyłania również żadnego głównego bohatera. Owszem, niektórzy oficerowie są zaakcentowani silniej (żyją dłużej), jednak nie na tyle, by zdominować fabułę powieści. I to też jestem skłonny policzyć książce za plus. Nawet jeśli zaczynając sympatyzować z którymkolwiek z bohaterów, nie mamy pewności, że przetrwają oni z nami do ostatniej strony…

Wiem, że podchodzę do tej książki bardzo subiektywnie (bądź co bądź, jako jeden z jej bohaterów) ale to naprawdę dobra rzecz: nieprzesadnie skomplikowana powieść o żywych trupach w odświeżonej konwencji i w interesującej scenerii. Bez fajerwerków fabularnych, jednak to nie ich tu oczekiwałem. Powieści o zombie trudno zrewolucjonizować gatunek, jednak udało się Szmidtowi dobrze wpisać w konwencję i obronić pozycje. To dobry punkt wyjścia do uniwersum w stylu „Metra 2033” (do czego autor chyba się trochę przymierza), ale wszystko rozstrzygnie się w kolejnym tomie. Czy będzie równie intrygujący i nowatorski w ujęciu jak część pierwsza? Czy raczej podzieli los „Metra 2034”, a więc będzie wtórne w stosunku do pierwowzoru? Trzymam kciuki, by było jak najlepiej.

Na zakończenie autor przygotował niespodziankę – debiutanckie opowiadanie Artura Olchowego pt. „Horda”. Całkiem niezły kawałek prozy, doskonale wpisujący się w powieściową tematykę i stanowiący kontynuację redaktorskiej pracy Szmidta, który zawsze chętnie promował młodych, zdolnych autorów.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Robert J. Szmidt – Szczury Wrocławia, tom 1: Chaos
Wydawca: Insignis Media (2015)
Liczba stron: 544
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także