Literatura

Robert McCammon – Magiczne lata

dnia

magiczne lata

„(…) patrzyliśmy w niebo i rozmawialiśmy o Zephyr i ludziach, którzy tam mieszkają. Wszyscy przyznaliśmy, że jest to czarodziejskie miasto. My też byliśmy zaczarowani, bo urodziliśmy się w nim.”

Dziś, w dobie obrazków, migawek i skrótów rodem z Twittera, w złotej erze seriali i VOD, proponuję Wam literacką historię w odcinkach, napisaną z pasją, niezwykle złożoną i pełną głębi opowieść o entuzjastycznej celebracji pomysłowego, usłanego zagadkami dzieciństwa. Proponuję lekko się wyłamać i tym razem wybrać ten „literacki serial”, o którym sam jego autor mówi tak: „To coś więcej niż powieść; to coś, co nazywałbym sfabularyzowaną biografią z domieszką fikcji. W pewnym sensie to historia o mnie i o tym, dlaczego zostałem pisarzem, a w innym ujęciu wierzę, że jest to uniwersalna opowieść o uświadomieniu sobie przez chłopca istnienia mrocznych sił w otaczającym go świecie”. To książka dla każdego z Was.

Jednak nim przejdziemy do brutalnego morderstwa, będącego impulsem do rozpakowania całej tej barwnej historii, musimy poznać zarówno miejsce akcji, jak i głównego bohatera. Przenieśmy się do Zephyr – małego miasteczka w południowej Alabamie – gdzie czeka już na nas dumny posiadacz „czarodziejskiej skrzynki” oraz biurka z „siedmioma magicznymi szufladami”; nasz protoplasta: syn, kumpel, detektyw i utalentowany pisarsko jegomość – Cory Jay Mackenson. Nic dziwnego, że książki telefoniczne są tu tak anemiczne, skoro Zephyr liczy półtora tysiąca mieszkańców. I zmaga się w 1964 r. z przestępczością oraz nielegalnym handlem alkoholem. W miasteczku tym, położonym w sąsiedztwie bazy lotniczej oraz usytuowanej w dole rzeki „dzielnicy Bruton, gdzie mieszkali wszyscy Murzyni”, spotkamy plejadę osobliwych postaci: od fryzjera, czarnoskórej szamanki (Damy) i mleczarza, przez rzekomego eksrewolwerowca, na swobodnie przechadzającym się ulicami golasie kończąc. Wszyscy się tu znają, często dzieląc ze sobą w dobrej komitywie zarówno radosne święta, jak i nieuniknione tragedie. Małe Zephyr rzeczywiście tętni życiem: wchodząc do fryzjera czy innego lokalu natrafimy na ożywioną rozmowę, innym razem przemknie obok na swoim rowerze Cory, pędząc do kinoteatru „Lirycznego” na spotkanie z kumplami.

Jak już wspomniałem, książka zaczyna się od brutalnego morderstwa, które odkrywają Cory wraz z ojcem. Zarówno sprawca, jak i ofiara pozostają kompletnie nieznani. Ciało denata wpada do głębokiego zbiornika wodnego, jednak brak wzmianki, aby ktoś z miejscowych zaginął, w związku z czym brak podejrzanych. Mieszkańcom przyjdzie długo pozostawać w niepewności, gdyż śledztwo grzęźnie w niewiadomych, a „sprawa zabójstwa wciąż wisi nad miastem”. Kto zabił? Kto był ofiarą? Pytania te rzucają cień na następny rok życia miasteczka, wypełniony tak ziemskimi cudami (powódź, strzelanina), jak i tymi magicznymi (leśny i wodny potwór; wkraczające w rzeczywistość koszmary czy wizja życia po śmierci). Jednak najgorsze w tym wszystkim jest to, że „to może być ktoś, kto […] siedzi z nami w jednej ławce w kościele. Ktoś, u kogo kupujemy żywność lub ubranie. Kogo znamy przez całe życie… a raczej wydaje nam się, że znamy. Boję się. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bałem. Wiesz dlaczego? […] Bo jeśli tu nie jest bezpiecznie, to nie ma już bezpiecznych miejsc na tym świecie.”

„Magiczne lata” to hybryda gatunkowa pełną gębą, a żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na mnogość, a przede wszystkim różnorodność, zastanych tu wątków, które, dzięki wysiłkom autora, tak udanie się przenikają, tworząc niebanalną, wielokolorową prozę, której zdecydowanie bliżej do miana świadectwa tamtych czasów aniżeli zwykłej, jednowymiarowej i wyegzaltowanej historii o małych chłopcach i tuzinie potworów. To nieklasyfikowana mieszanka gatunków tak odmiennych, jak Biludngsroman, realizm magiczny, horror, powieść historyczna czy kronika społeczno-obyczajowa.

Wątków mamy mnóstwo. Oczywiście ten kluczowy to dojrzewanie oraz wszelkie powiązane z nim akcenty inicjacyjne. Cory doświadcza premierowego zadurzenia, pierwszego biwaku z dala od domu i, co najważniejsze, z każdego doświadczenia wyciąga naukę, by stawać się coraz to lepszą osobą w procesie Bildungsromanu. Uczy się bycia mężczyzną, a śmierć, która już w pierwszym rozdziale odciska piętno na fabule, pomaga mu dojrzewać. Jest też kwestia przemijania, podana naprawdę spektakularnie (!), gdzie Cory dowiaduje się, że wszystko ma swój początek i koniec, terminy istnień są nieubłagane, a śmierć i życie to moce tak potężne, że nie warto się im przeciwstawiać. Zmarłym trzeba pozwolić odejść do innego świata, na „drugi brzeg rzeki” – jak mawiała Dama.

AMERYKAŃSKIE ZEPHYR. To nie tylko historia osadzona na Południu USA, ale też głęboko zakorzeniona i wykorzystująca jego dziedzictwo i tradycje. McCammon użył go jako bazy do opowieści. Jest rok 1964. Choć od wojny secesyjnej minęło 100 lat, w Zephyr nadal unosi się duch batalii i jej głębokich podziałów. W gablotach instytucji miejskich ciągle znajdują się pamiątki po Konfederatach, w tym mundury. Nadal utrzymuje się system dyskryminacji rasowej. Stan Alabama należał przecież do Konfederatów, stąd nie lubi się tu czarnoskórych, są niemile widziani, obowiązuje separacja: biali zamieszkują główną część miasta, zaś Murzynom pozostaje podmiejska dzielnica (Bruton). Nierówność rasowa jest tematem tej powieści może nawet bardziej niż cokolwiek innego, a epizod zamachu w książce wyraźnie symbolizuje gniew i uprzedzenia, definiujące napięcia tamtego okresu.

To też opowieść o starym Południu, które zaczyna umierać, ze swoimi zwyczajami włącznie, a jego ocalali przedstawiciele szamoczą się już, tylko by pozostać przy życiu. Na Zephyr odznaczają się również przemiany gospodarcze, na które nie jest jeszcze gotowe: pierwszy supermarket – symbol zmiany – przynosi zarówno korzyści, jak i spustoszenie, podkreślając tylko zastany tu kontrast: postęp vs. zacofanie.

BRADBURY. I OJCIEC. McCammon, w swojej prawdopodobnie najlepszej książce, udanie nawiązuje do prozy Bradbury’ego (jednego z idoli McCammona), a co najważniejsze – nie tylko słowem, ale i czynem. Miłośnik małomiasteczkowości będzie miał z czego wyciskać życiodajny sok z liter, zwłaszcza gdy inne wątki chwilowo zbledną. Jest tu wystarczająco dużo warstw, aby każdy znalazł przynajmniej jedną dla siebie. Niech za najlepszą laurkę dla McCammona posłuży fakt, iż dosłownie po kilkudziesięciu stronach lektury tego dzieła, nabiera się ogromnej ochoty na prozę Bradbury’ego.

To też historia definiowania się i pogłębiania relacji ojciec-syn, warto śledzić ten wątek, który może nie jest tak spektakularny, jak u Bradbury’ego w „Jakiś potwór tu nadchodzi”, ale i tak udany. Ciekawie wypada sama postać ojca Cory’ego, bo autor, inaczej niż zwykle, rozłożył obciążenie swych bohaterów. Wszystkie powodzenia i niepowodzenia nie są dziełem samego tylko Cory’ego, ale i jego ojca; to tę postać nękają zarówno rozterki przyziemne, namacalne, jak i ten niezwykłe. Obaj oni ewoluują, tyle że w inny sposób.

ŚLEDZTWO. Zamordowanie nieznanego człowieka powoduje, że życie Cory’ego eksploduje kalejdoskopem wskazówek i pogłębiających się zagadek. Jego dążenie do zrozumienia sił dobra i zła w funkcjonowaniu rodzinnego Zephyr prowadzi go przez labirynt niebezpieczeństw i fascynacji, a pojedyncze zielone piórko otwiera przed nim świat stojący na progu dużych zmian, gdzie niewinność i zło są na drodze kolizji. Być może, czytając, zapominamy czasem o wątku kryminalnym – bo tak też prowadzi nas fabuła – ale nie zapominajmy, że jest on przecież osią tej historii. Początkowym pretekstem i końcową motywacją. Wątek przez długi czas niezwykle enigmatyczny, minie sporo stron, nim stanie się prostszy – jak dla dorosłego – do zrekonstruowania. Ale miejmy też na uwadze, że przez całą książkę palma pierwszeństwa należy do Cory’ego, głównego dysponenta wątków i obserwacji, to świat widziany oczami 12-latka. To za jego amatorskim śledztwem podążamy, które co prawda zostaje parę razy przygniecione przez inne wątki, ale i tak stanowi efekt detektywistycznej roboty bystrego młodzieńca.

NARRACJA. Opowiadający o wszystkim Cory, wypada bardzo wiarygodnie (adekwatnie do potencjału i możliwości). Opiera historię na swym młodzieńczym świecie, kładąc akcenty na kwestie, na które nie wpadłby żaden dorosły bądź opowiadając o rzeczach, które dla starszych wydawałyby się nieistotne bądź zwyczajnie niedostrzegalne. Autorowi udaje się uchwycić konwencję narracji 12-latka, a co ważne, nie zapomina on o selektywnej dziecięcej percepcji, która zgrabnie współdziała z całą fabułą, choć czasem zdarzają się sytuacje lekkiej przesady, np. gdy Cory mówi „wiadomo, że to żaden wstyd być pomywaczem. Każda praca jest przecież potrzebna i żadna nie hańbi”.

STYL I KONSTRUKCJA. Powieść odznacza się płynnym językiem, który jest zarówno łatwy do zrozumienia dla czytelnika, jak i odpowiedni do postaci w powieści; na tyle prosty, że nawet najmłodszy odbiorca pojmie działania zachodzące wewnątrz fabuły. Warto dodać, że wątki, które wydają się nie mieć znaczenia innego niż ich wartość rozrywkowa, ładnie zlewają się z tymi najistotniejszymi w kulminacyjnym punkcie powieści. „Magiczne lata” to 4 części, odpowiadające porom roku, każda rozłożona na rozdziały, które nazwać można literackimi odcinkami. Wystarczy tylko włączyć wyobraźnię i oglądać. Otwierająca „wiosna” doskonale wprowadza nas w osobliwe otoczenie, tworząc klimat i generując mnóstwo pytań. Większość rozdziałów to sugestywne, działające na wyobraźnię, mistrzowsko skonstruowane i prężnie działające maszyny, które czyta na raz, część z nich mogłaby swobodnie pełnić funkcję samoistnych opowiadań. Zawodzi jedynie „lato”, które znamionuje wprawdzie ciszę przed burzą (wysoce nostalgiczne i sielankowe, aż usypiające), ale jednak zupełnie bez powabu. Niby ten sam spód co reszta, jednak gorsze dodatki.

PODSUMOWANIE. Pozytywne i pocieszające jest to, iż „Magiczne lata” nie ogniskują się wokół nadmuchanej egzaltacji z powodu bycia 12-latkiem czy zachłystywania się swawolą, naiwnością bądź zabawami. To nie jest książka bazująca jedynie na ewokacji i tkliwości. Wątki nadnaturalne pojawiają się czasem, na szczęście brak nawału potworów, a prawda miesza się z fikcją – to fakt. Ale tak naprawdę wszystko osadzono w historycznej i obyczajowej prawdzie. Miasteczko jest świadkiem nadchodzących w USA w latach 60. zmian (ery konsumpcji), a nawet konfliktu ze Związkiem Radzieckim oraz wojny w Wietnamie – echa tych wydarzeń słychać i tu, w Zephyr. Natomiast wątki niezwykłości dedykowane są samemu mieścinie, niewątpliwie zakorzenionej w strukturze swojego kraju, mimo że tak mikroskopijnej. Zwłaszcza pod koniec, to miasteczko wysuwa się chwilami na pierwszy plan, spychając Cory’ego nieco w cień. Książka momentami napisana bardzo serio, McCammon nie uległ nadnaturalnym emocjom, dlatego dziełu nie doskwiera ani sztuczność, ani dramaturgia dla samej dramaturgii czy wyrachowanie w budowaniu scen-wyciskaczy łez. Opowieść idzie naprzód, oddziałując na czytelnika samą treścią, bez wskazywania palcem, kiedy ma się śmiać lub płakać.

McCammon zdaje egzamin, doskonale komponując i gospodarując strategicznymi płaszczyznami, na których opiera się książka. Jest przecież naczelna nić dotycząca narracji 12-latka, czyli świata marzeń i rozterek Cory’ego; jest też miasteczko Zephyr, tętniące swym kameralnym, acz barwnym życiem – z tym wiążą się wszystkie wątki społeczno-kulturowe. Kolejna sprawa to motyw nadnaturalny, niezwykłość. A ostatni z kolei, choć niezmiernie istotny, to wątek kryminalny. „Magiczne lata” posiadają multum warstw, można patrzeć na nie pod różnymi kątami; amerykańska małomiasteczkowość lat 60. albo po prostu opowieść o małym Zephyr lub przyczynek do nostalgicznej podróży wstecz, do wspomnień z dzieciństwa, do zabawnych rozterek młodych bohaterów. Bo „Magiczne lata” to przecież rok z życia tak samo Cory’ego, jak i Zephyr, a może i całej Ameryki, to taka gruba kartka z kalendarza, przekrój, świadectwo tamtych czasów i nadchodzących nieuchronnie zmian. Zmian, które niesie zefir (zephyr).

…bo „przedziwne rzeczy lęgną się w chłopięcej wyobraźni”, zwłaszcza w tak „czarodziejskim mieście i czarownych czasach”.

Recenzent: Michał LelandLester

Robert McCammon – Magiczne lata
Tytuł oryginalny: Boy’s Life
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawca: Papierowy Księżyc (2012)
Liczba stron: 652
Michał „LelandLester”

Recenzent. Czytelnik. Poszukiwacz dobrej literatury. Miłośnik klasyki. Sięgam po różne gatunki, nie mam jednego ulubionego. Preferuję literaturę polską, amerykańską oraz brytyjską. Nie oznacza to jednak, iż zamykam drzwi przed innymi wydawnictwami. Prowadzę blog z recenzjami Dobra Komplementarne, gdzie tytuły starsze i klasyczne przeplatają się z tymi nowszymi. Pisząc o czytaniu piszę o życiu, bo czytać – to żyć. Zawsze gotowy na dyskusję o książce.

Polecamy także