Komiks

Samurai Slasher

Opublikował

dnia

Samurai-Slasher-Late-Fees_cover-1

Mike Garley zaistniał w świecie komiksu przede wszystkim za sprawą scenariuszy do „Pory na przygodę” oraz „Wallace’a i Gromita”, jednak najciekawszymi pracami w jego dorobku są te, które od początku do końca napisał sam, w tym debiutujący w 2015 roku „Samurai Slasher”.

Oprawa graficzna do adaptacji slashera z lat 80., który nigdy nie istniał bywała różna, od skrajnie archaicznej po ściśle nawiązującą do współczesnych trendów. W najnowszym zeszycie odpowiada za nią Gdynianin, Łukasz Kowalczuk, o którym pisałem na początku roku przy okazji premiery „Radioactive Cross – Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów”. Oczywiście do współpracy doszło nie po to, aby autor „Vreckless Vrestlers” dostosowywał się do z góry zaplanowanej wizji, ale właśnie dlatego, żeby wzbogacił historię własnym stylem czerpiącym pełnymi garściami z antropomorficznych kreskówek oraz komiksów z lat 80. Głównymi bohaterami są tutaj wprawdzie ludzie, ale niemym, zwierzopodobnym kreaturom szlachtowanym w scenach akcji (jak zwykle u Kowalczuka bardzo dynamicznych) zawdzięczamy zaspokojenie ludycznych potrzeb, czego na pewno zdecydowana większość czytelników będzie szukać w komiksie noszącym tytuł „Samurai Slasher”.

Wystarczy pierwsza strona, gdzie widzimy ojca i syna – a przy okazji bliskich kumpli – wybierających taśmę z „Tronem” w wypożyczalni kaset wideo, aby serce osoby urodzonej w latach 80. zmiękło i otuliło się cieplutką nostalgią. W tych kilku początkowych scenach uchwycono piękno odkrywania świata horroru, pierwotny strach połączony z fascynacją, jakich po latach nie da się ponownie wykrzesać w żaden inny sposób, niż tylko wracając do starych kaset albo właśnie czytając komiksy typu „Samurai Slasher”. Sama historia nie jest tak prosta, jak można by się spodziewać. To nie jest kolejny hołd dla dawnych czasów, w którym nie liczy się nic oprócz wywoływania duchów minionej epoki.

Mimo że autor scenariusza wskazuje horrory z około trzydziestoletnim stażem jako główną inspirację, akurat w tym zeszycie wyraźniej można dostrzec analogie do „Dużej ryby” Tima Burtona. Główny bohater żyje na pograniczu świata rzeczywistego i swojej własnej fantazji, które przenikają się tak intensywnie, że postronnemu obserwatorowi często trudno je rozróżnić. Jest to świat wyobrażeń bez porównania brutalniejszych i bardziej krwawych, ale główne założenie pozostaje identyczne, dzięki czemu dostajemy znakomite połączenie „kina” grozy z „kinem” familijnym utrzymane w duchu takich produkcji, jak „Goonies”, „Łowcy potworów”, „Badacze kosmosu” czy ich współczesnych, bijących rekordy popularności następcach w postaci „Stranger Things” albo „To”. Opowieść stworzoną przez Garleya i Kowalczuka wyróżnia natomiast doprowadzenie obydwu podstawowych elementów składowych do ekstremum, jakie może ujść na sucho tylko w sztuce tworzenia komiksów.

W tak krótkiej historii udało się zmieścić radość, przemoc, sentyment i przede wszystkim wzruszające, rodzinne zakończenie. Odcinane kończyny z jednego kadru sąsiadują z walką z chorobą rozgrywającą się na kolejnym, co z jednej strony jest fascynujące, a z drugiej uwydatnia dwa mankamenty „Samurai Slasher: Late Fees” – tempo oraz objętość. To mogło być wydawnictwo na miarę „Będziesz smażyć się w piekle” ze świetnym humorem, poważnym tematem i odpowiednią ilością czasu na zaprzyjaźnienie się z postaciami z kart komiksu, ale zamknięcie całości w zaledwie dwudziestu stronach (nie licząc okładek i dodatków) pozostawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Mam wrażenie, że śmiało można by rozpisać wszystkie te wydarzenia, rodzinne wzloty i upadki, przejście od młodości do dorosłości i przede wszystkim krwawe pojedynki samuraja na przynajmniej trzysta stron. Miejmy nadzieję, że zainteresowanie tytułem będzie wystarczająco duże, aby zachęcić twórców do zgłębienia tematu i pokazania go raz jeszcze, w obszerniejszej odsłonie.

Recenzent: Jarosław Kowal

Samurai Slasher: Late Fees
Tytuł oryginalny: Samurai Slasher: Late Fees
Scenariusz: Mike Garley
Rysunki: Łukasz Kowalczuk, Łukasz Mazur
Wydawca: Mike Garley Comics (2017)
Liczba stron: 36

Polecamy także