Film

Śmierć nadejdzie dziś

Opublikował

dnia

Nowy „Krzyk”? A może raczej krwawa wersja „Dnia świstaka” z Billem Murrayem? Albo zaprawiona humorem wariacja na temat nieuchronności śmierci znany chociażby z serii „Oszukać przeznaczenie”?

„Śmierć nadejdzie dziś” to tak naprawdę mieszanka wszystkich wyżej wymienionych składników – lekkostrawna, ale nieszczególne sycąca, zwłaszcza jeśli ktoś wie jak świetnie wszystko smakowało za pierwszym razem; w końcu „Śmierć…” nie jest ani tak inteligentna i zaskakująca jak pierwszy „Krzyk”, ani tak pomysłowa i zabawna jak wspomniany „Dzień świstaka”, ani równie gwałtowna i ponura jak „Oszukać przeznaczenie”. Oczywiście miło, że reżyser Christopher Landon (mający w dorobku m.in. umiarkowanie udany horror „Paranormal Activity: Naznaczeni” oraz całkiem niezłą horror-komedię „Łowcy zombie”) i scenarzysta Scott Lobdell (znany głównie z komedii „Anioł stróż” z Tommym Lee Jonesem i drobnego wkładu w „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie”) czerpali inspirację z godnych źródeł, szkoda natomiast, że nie udało im się stworzyć w ten sposób czegoś, co można by postawić na jednej półce z inspirującymi ich tytułami.

W pigułce fabuła „Śmierci…” przedstawia się następująco: blondwłosa studentka imieniem Tree (Jessica Rothe) budzi się skacowana w łóżku jakiegoś żałośnie mało wystrzałowego studenta (Israel Broussard) i szybko wymyka się z jego pokoju żeby jej snobistyczne koleżanki przez przypadek nie zauważyły jej w takim nędznym towarzystwie; dziś Tree ma urodziny, ale to nie znaczy, że będzie próbowała być dla kogokolwiek miła: traktuje z buta swoją współlokatorkę (Ruby Modine), nie stawia się na spotkanie z troskliwym ojcem (Jason Bayle), romansuje z przystojnym żonatym profesorem (Charles Aitken) i wykazuje ogólną pogardę dla Dziesięciorga Przykazań. Można by powiedzieć, że to dla niej dzień jak co dzień, gdyby nie to, że kiedy nadchodzi wieczór Tree zostaje zamordowana przez świra w masce szczerbatego bobasa. A potem się budzi i znów jest w pokoju tego samego żałosnego studenta, a wszystkie kolejne wydarzenia stanowią idealną kopię wydarzeń sprzed jej niespodziewanej śmierci. Jeśli dziewczyna chce żeby coś się zmieniło, sama musi zacząć zachowywać się inaczej, a wtedy być może nie padnie po raz kolejny ofiarą zamaskowanego zabójcy. Być może – bo przecież nikt nie może być pewny zasad gry, w jaką pogrywa z Tree los.

Trzeba przyznać, że są tutaj sceny, które udało się twórcom rozegrać całkiem efektownie, a niektóre fabularne twisty powinny zaskoczyć nawet tych, którzy podobnie rozegrany „Dzień świstaka” znają na pamięć. Główny problem „Śmierci…” to moim zdaniem brak naprawdę interesujących postaci: wszyscy bohaterowie, z Tree na czele, są niestety do bólu mdli i nie potrafili wykrzesać we mnie żadnych większych emocji. Tak, wiem, Bill Murray też nie grał w „Dniu świstaka” szczególnie sympatycznego koleżki, ale jakimś cudem udało mu się przekonać widzów, że warto za niego trzymać kciuki. Jessica Rothe podobnej sztuki nie dokonuje, koleżanki i koledzy z planu nie bardzo jej pomagają i efekt jest taki, że na wszystkie te scenariuszowe zabawy patrzymy raczej chłodnym okiem.

Ogląda się bez bólu, ale i bez satysfakcji.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Śmierć nadejdzie dziś
Tytuł oryginalny: Happy Death Day
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Christopher Landon
Obsada: Jessica Rothe, Israel Broussard, Ruby Modine, Charles Aitken
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także