Recenzja

Stranger Things, sezon 1

Opublikował

dnia

Lata 80. – dla wielu z Was to zamierzchła przeszłość, dziwny czas kiedy nie było komórek czy fejsbuka. Ale dla ludzi, takich jak ja, nieco… hmm… doświadczonych życiowo, to właśnie ta dekada wiąże się z niesamowitymi wspomnieniami, klimatami, filmami oglądanymi ze zjechanych kaset VHS, podwórkowymi zabawami (w których najważniejsza była wyobraźnia), pierwszymi przygodami z grami RPG… I chociaż ta nostalgia może śmieszyć, to wydaje się, że wtedy wszystko było wtedy inne, łatwiejsze. Do tej właśnie nostalgii powrócili twórcy nowego serialu Netflixa – „Stranger Things”. Osiem odcinków będących dosłownie esencją tego, co nas, starych, bawiło przed laty. A dzięki temu, że serial nie tylko gra na wspomnieniach, ale po prostu jest ciekawy, podoba się także młodszemu pokoleniu.

Historię otwiera dynamiczna scena ucieczki naukowca mrocznymi korytarzami laboratorium. Za chwilę naukowiec ginie rozszarpany przez jakąś dziwna siłę… a wszystko to w niewielkim miasteczku Hawkins, na którego obrzeżach mieści się Laboratorium Departamentu Energii. Szybko okaże się, że naukowiec był dopiero pierwszą ofiarą. Bohaterami serialu jest czwórka nastolatków, kumpli na śmierć i życie. Kiedy Will – jeden z nich – ginie, chłopcy rozpoczynają swoje poszukiwania. Oczywiście zarówno policja jak i matka także szukają zaginionego. Wkrótce całą okolicę zaczynają nawiedzać dziwne zjawiska, matka Willa dostaje tajemnicze wiadomości przez telefon, a nasi główni bohaterowie zamiast Willa odnajdą kogoś zupełnie innego…

Oczywiście – ten opis brzmi znajomo. To tak jakby czytać nigdy nienapisaną wczesną powieść Stephena Kinga czy Deana Koontza. Odniesień do epoki jest tutaj całe mnóstwo – plakaty na ścianach z takich filmów jak „Coś”, „Szczęki”, gra RPG „Dungeon and Dragons”, w której przyjaciele się zagrywają, odwołania do „Poltergeista”, „TO”, „Podpalaczki”… to wszystko buduje niesamowity, dobrze znany i lubiany klimat.

Jednak nie samym klimatem człowiek żyje. Gdyby tylko o to chodziło, serial nie odniósłby takiego sukcesu (a od kilku dni jest na ustach fanów na całym świecie, sam Stephen King jest nim zachwycony). Tutaj raczej chodzi o to, że sama historia opowiadana – mimo, że nie nazbyt oryginalna – jest ciekawa. Prosta jak budowa cepa, przewidywalna, daje dużo dobrej zabawy, nie trzeba tutaj jakoś specjalnie wysilać szarych komórek by pojąć, o co chodzi. Owszem – ja bardzo lubię ambitne, wyrafinowane, zaangażowane seriale… Ale czasami nie wymagam nic więcej jak dobrej zabawy. I „Stranger Things” taką zabawę zapewnia.

Dużym plusem serialu jest na pewno gra aktorów. Zarówno Winona Ryder gra bardzo dobrze zrozpaczoną matkę, jak i David Harbour jest niezły w roli zmęczonego życiem komendanta. Dorosłych aktorów przebijają jednak aktorzy dziecięcy. Tak ciekawie zagranej paczki przyjaciół nie widziałem chyba od czasu telewizyjnego „TO”. Ogólnie – cała obsada daje radę. Znakomita jest też muzyka – temat przewodni, żywcem wyjęty z lat 80., świetny, muzyka ilustrująca film – dobrze dobrana, znana i lubiana. Ode mnie duży plus za hołd dla Davida Bowie’ego. Efekty specjalne – też nie ma się do czego przyczepić, jest tajemniczo, groźnie i klimatycznie. Nawet sama czołówka, z charakterystyczną czcionką układającą się w tytuł to znowu cudowne lata 80. Takich szczegółów, smaczków jest dużo więcej i samo wyszukiwanie ich w poszczególnych odcinkach to przyjemność.

Tak naprawdę jedyna rzecz do jakiej można się przyczepić to dziury logiczne w scenariuszu. Nie chcę spolerować, ale kilka mniejszych i jedna bardzo duża dziura logiczna w tej opowieści się znajdzie. Ale wiecie – w oglądaniu to naprawdę nie przeszkadza. Tak jak w książkach Phantom Pressu z lat 90., czy w horrorach klasy B – wiemy, ze coś jest nielogiczne, ale godzimy się na to, bo taka jest konwencja. Zresztą – po 15–20 minutach pierwszego odcinka człowiek tak się w akcji serialu zatraca, że na dziury logiczne nie zwraca uwagi. Dlatego zresztą chociaż serial obejrzałem parę dni temu to ten opis robię teraz – by podejść do niego na chłodno; na gorąco byłoby jeszcze bardziej entuzjastycznie.

Czy powstanie sezon drugi? Zapewne tak – zakończenie zamyka wątki z całego serialu, ale otwiera też możliwość by kontynuować opowieść. Zresztą, jak pisałem wcześniej, „Stranger Things” cieszy się bardzo dobrą opinią widzów i krytyków, więc czemu miałby nie powstać ciąg dalszy?

Czy to najlepszy, jak mówią niektórzy, serial 2016 roku? Trudno powiedzieć – jeszcze kilka premier serialowych nas czeka. Na pewno nie jest to rzecz, której twórcy musieliby się wstydzić. Polecam wszystkim – mojemu pokoleniu, bo to olbrzymia frajda odnajdować te wszystkie powiązania, ciekawostki, historie, którymi żyliśmy w latach 80., pokoleniu młodszemu – bo to fajna opowieść po prostu, prosta, może i banalna, ale dająca dużo dobrej rozrywki.

5 Stars

Recenzent: Bogdan Ruszkowski

Stranger Things
Tytuł oryginalny: Stranger Things
Kraj: USA (2016)
Twórca: The Duffer Brothers
Obsada: David Harbour, Finn Wolfhard, Winona Ryder, Matthew Modine
Dystrybutor: Netflix
Bogdan Ruszkowski
od najmłodszych lat miłośnik horroru we wszystkich odmianach. Recenzent, grafik-rzemieślnik, propagator polskiego horroru – prowadzi stronę www.polskihorror.com.pl

Polecamy także