Film

Legion Samobójców

dnia

To nie jest zły film. To tak naprawdę nie do końca jest film.

„Legion Samobójców” to w rzeczywistości dynamiczny zlepek scen, będący mieszanką teledysku MTV i gry komputerowej. Mnie przypominał serię fotek ze Snapchata, które niekoniecznie muszą układać się w logiczną całość, ale fajnie, że są, że są kolorowe i coś się na nich dzieje. I tak postrzegany, „Legion Samobójców może się nawet podobać.

Choć nie tego oczekiwaliśmy po tym filmie, przyznaję. DC ze swoimi ekranizacjami jak na razie ma falstart, za sprawą „Batman v Superman. Świt sprawiedliwości”. „Legion Samobójców” – hucznie zapowiadany, z imponującą kampanią reklamową i mocnym, wiele obiecującym trailerem – rozbudził oczekiwania wielu zagorzałych fanów. I oni właśnie będą zawiedzeni, bowiem „Legion…” to nic innego, jak niemożebnie rozciągnięty trailer, w którym wiele scen jest dobrych, kilka ujmujących, ale ktoś chyba zapomniał posklejać je w sensowną całość.

Napisałem na wstępie, że „Legion…” to krzyżówka teledysku i gry komputerowej. I tak jest w istocie. Na początku zbieranie ekipy – będące całkiem zgrabnym przedstawieniem postaci. Potem misje, turowe, jak w grze. Nawalanka, aż do punktu save’owego, gdzie pokonujemy jednego silniejszego przeciwnika, lub liczniejszą gromadę. I luz, czas na przerwę, na rozprostowanie zesztywniałych od ściskania pada nadgarstków. A potem dalej. Kolejny etap gry, kolejni przeciwnicy, silniejsi, liczniejsi. No bo za łatwo być nie może. A na końcu Super Złoczyńca i widowiskowa finałowa walka. Jakżeby inaczej…

Oczywiście cała nasza ścieżka, oprócz uroczej, odpowiednio kadrowanej nawalanki, ma jeszcze fabułę. Szczątkową, bo przecież zbyt skomplikowana odrywała by nas od chłonięcia poszczególnych sekwencji walki. No i rozpraszała przy gapieniu się na pośladki Harley Queen, które są… no, mocno wyeksponowane. A wszystko to w potokach stroboskopowego światła, gdzie obrzeża obrazu nieustannie toną w mroku, gdzie tło jest brudne, ponure, szare, a tylko poszczególne elementy, na moment wyłaniają się w blasku intensywnego światła. Jak teledysk, normalnie! Ok, bo wyjdzie, że tylko się czepiam, ale paradoksalnie chyba dostrzegam jakiś sens w zamyśle Dawida Ayera. On postrzega kino superbohaterskie przez pryzmat pokolenia social media. Dla nich rzeczywistość to obrazki ze snapchata, to fotki na instagramie. Taka dynamiczna, dyskotekowa oprawa filmu – o dziwo – może się im spodobać. Nie podoba się nam, starym wyjadaczom, którzy wychowywali się obgryzając palce na pierwszym „Batmanie”. Nie podoba się nam, którzy w roli Jokera zawsze widzieć będą Jacka Nicholsona, może też łaskawym okiem spoglądając na późniejszą kreację Heatha Ledgera. Dla nas była trylogia o Mrocznym Rycerzu Christophera Nolana. Film Ayera jest dla pokolenia nastolatków. I z jednej strony to smutne, a z drugiej strony czyni to film doskonałym produktem kultury niskiej, nijak nie pretendującym do rangi sztuki. To smutne, ale w taką stronę to wszystko zmierza.

Z jednej strony film mnie rozbawił i nie mogę powiedzieć, ze zupełnie mi się nie podobał. Lecz patrzę na niego z nieco innej perspektywy. Nie oczekuję sugestywnego, wielowątkowego dzieła z odwróceniem ról, bym zaczął sympatyzować emocjonalnie z tymi, których powinienem potępiać. To przerysowany teledysk o grupie buntowników, pariasów, jednostek wyalienowanych i wyrzuconych poza system, które w trakcie filmu mają się okazać ofiarami tego złego systemu. Systemu, który uczynił z nich to, czym są teraz. Marginesem. I tu znów kłania się odwoływanie do odczuć młodego pokolenia, którzy mogą w bohaterach „Legionu…” doszukiwać się swoich idoli. Krnąbrnych, łamiących zasady i nie uznających systemu, który ich napiętnował i odrzucił. Im ten film może się podobać, bo pokaże im formę źle rozumianego buntu i wolności, na poziomie, na jaki oni nigdy się nie odważą.

Jeśli chodzi o aktorów… cóż, nie powiem, że będę oryginalny. Margot Robbie cudownie wpisała się w rolę nieobliczalnej Harley i szkoda tylko, że reżyser mocniej skupił się na eksponowaniu jej walorów fizycznych, niż na pokazaniu, co potrafi. A ona i tak pokazała – i nie mam tu na myśli tańca na rurze. Przyzwoicie wypadł Jai Courtney jako Kapitan Boomerang – trochę prześmiewczy, trochę karykaturalny, uosabiający doskonale anarchizm mentalności całej grupy. Najsłabiej ze wszystkich zaprezentował się Will Smith, który zagrał… Willa Smitha w kostiumie Deadshota. Serio, ten koleś potrafi zagrać każdego, pod warunkiem, że tym kimś jest Will Smith. Jest postacią tak charakterystycznie nijaką, ze nie potrafi wcielić się w żadną postać, jaka wymyślą mu scenarzyści. Zasada zawsze bądź sobą w przypadku aktora nie jest cechą najbardziej pożądaną. Z Jokerem też mam problem. Taki sam, jaki miałem przy „Batman v Superman” z Lexem Luthorem. Nie czuję go zupełnie, mając wciąż przed oczami tę postać graną zarówno przez Nicholsona, jak i Ledgera. I każdy z nich wypadł o niebo bardziej psychotycznie. W „Legionie…” Jared Leto próbował udźwignąć rolę bardzo trudną i chyba dla niego za dużą bo jednak nie do końca mu się udało i niezamierzenie sparodiował sam siebie, uzyskując krzyżówkę podrzędnego gangstera z hipsterem o ciągotach emo. Z drugiej strony, jest bliższy współczesnym nastolatkom – przez co znów wracamy do wcześniejszej tezy, że na ten film wielu z nas jest po prostu za starych.

Co na plus? Kilka scen walki, całkiem ładnie nakręconych. Harley Quinn, zdecydowanie. I muzyka, znakomicie dobrana i znacząco podnosząca przyjemność z oglądania.

Reasumując, nie jest to produkcja na wskroś zła, jak chcą ją widzieć niektórzy. Owszem, są braki fabularne, jest często drewniana gra aktorska. Jednak coś czuję, że produkcja Ayera znajdzie wielu oddanych fanów. Cóż, że mających -naście lat? Ekranizacje komiksów mogą zmierzać – na wpół świadomie – w tym kierunku. A nam, starym wygom, pozostaje tylko ponarzekać.

3 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Legion Samobójców
Tytuł oryginalny: Suicide Squad
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: David Ayer
Obsada: Margot Robbie, Will Smith, Jared Leto, Jai Courtney
Dystrybutor: Warner Bros. Polska

zobacz w cc

Polecamy także