Film

The Girl With All The Gifts

dnia

W czerwcu 2016 roku wydawnictwo Otwarte wydało książkę, która najprawdopodobniej przeszła bez echa, szczególnie w pewnych kręgach, które wyjątkowo mogłyby być nią zainteresowane, a do których należę.

Pandora to mityczna kobieta wyposażona przez bogów we “wszystkie dary” i zesłana pomiędzy ludzi w ramach kary za wykradzenie ognia przez Prometeusza. Pandora otrzymała też gliniane naczynie, które z ciekawości otworzyła. Znajdowały się w nim wszelkie nieszczęścia, lecz na jego dnie była też nadzieja… Tytuł książki, którą wspomniałam w pierwszym zdaniu, to właśnie imię tej obdarowanej przez bogów pierwszej kobiety. Jest to tytuł niebezpodstawny bowiem ten grecki mit jest na jej kartach przywołany. Wielka szkoda, że nie usłyszałam o tej powieści wcześniej. Może wtedy miałabym szansę sięgnąć najpierw po lekturę, a dopiero później zobaczyć jej ekranizację, która moim zdaniem jest niestety tylko poprawna…

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun “The Girl with All the Gifts” (w Polsce przetłumaczone na “Wszechstronna dziewczyna”) byłam niesamowicie zaintrygowana. Przede wszystkim trailer obiecywał zupełnie inne podejście do tematyki zombie, którą wielbię ponad wszystko inne. Do tego naprawdę genialna i zaskakująca obsada. No bo pomyślcie sobie, Glenn Close w filmie postapokaliptycznym? To naprawdę mogło być coś wielkiego, ale…

Melanie wraz z innymi podobnymi jej dziećmi żyje w wojskowym ośrodku. Każdy jej dzień wygląda tak samo. Co rano jej celę odwiedzają żołnierze, przypinają ją pasami do wózka i wiozą na lekcje prowadzone przez panią Helen, która jako jedyna nie patrzy na nią, oraz na inne dzieci z lękiem. Helen opowiada im różne historie, w tym tę najważniejszą dla Melanie, czyli opowieść o mitycznej Pandorze. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Potwory żyjące na zewnątrz dostają się na teren ośrodka i tylko garstce ocalałych udaje się uciec. Wśród nich jest Melanie i jej ukochana nauczycielka. Tam na zewnątrz dziewczynka będzie musiała zmierzyć się ze swoją odmiennością…

Pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy. Oto ludzie zamienili się w zombie poprzez zainfekowanie specjalną odmianą grzyba. Dość odkrywcze podejście do tematu. Dodatkowo to chyba jeden z pierwszych filmów, który w tak ciekawy sposób pokazał ewolucję następującą już po “apokalipsie”. Ludzie z czasów “sprzed” próbują odnaleźć remedium, by przywrócić stary porządek, ale kolejne pokolenia zdają się radzić sobie w tym koszmarnym świecie, choć dla ludzi “sprzed” te dzieci są potworami. Tylko kto tak naprawdę ma teraz prawo do nowej Ziemi?

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć talent Glenn Close nie został wykorzystany nawet w połowie. Gwiazda kina wciela się w rolę pani doktor szukającej leku, który umożliwi walkę z infekcją. Jednak lekarka jest tak głupia jak można podejrzewać (w takich filmach zawsze pojawia się taka postać) i wtedy kiedy można się tego spodziewać ściąga na głowy naszych bohaterów kłopoty. Helen (w tej roli Gemma Arterton) to postać sympatyczna, ale raczej bez wyrazu. Ogromne nadzieje pokładałam w roli Paddiego Considine i chyba on jako jedyny z doświadczonych aktorów nie zawiódł, ale nie miał też zbyt dużych możliwości by rozwinąć skrzydła. Warto też przyjrzeć się głównej bohaterce tej historii. Melanie to nowy gatunek człowieka. Istota, która żyje w symbiozie z infekcją. Istota, która (biorąc pod uwagę dalszy rozwój akcji) stanowi brakujące ogniwo. Jest idealna ponieważ ma wszystkie dary. Umie być człowiekiem, potrafi kochać, myśleć, odczuwać empatię, ale z drugiej strony jest doskonale dostosowana do nowego świata. Odtwórczyni tej roli, piętnastoletnia Sennia Nanua poradziła sobie perfekcyjnie i dobrze się ją ogląda. Czego więc zabrakło?

Przede wszystkim treści. Przez większość ekranowego czasu bohaterowie podróżują i w zasadzie nie do końca wiedzą w jakim celu. Nie nawiązują się między nimi żadne głębsze relacje, choć próba ukazania, że jest inaczej została przez twórców podjęta. Natomiast nie wydaje mi się aby widzowie mieli to kupić. Kwitnie jedynie przywiązanie dziewczynki do jej nauczycielki. Właśnie ta relacja kiełkuje ostatecznie zakończeniem, które sprawiło, że złapałam się za głowę i w afekcie stwierdziłam nawet, że zmarnowałam prawie dwie godziny swojego życia (później mi przeszło).

Myślę, jednak że “Wszechstronna dziewczyna” może spodobać się widzom wrażliwym na pewien spokój płynący z filmowej historii. Niespieszność akcji może być w tym przypadku także atutem, nawet jeśli mnie nie urzekła. Wielu ludzi kojarzy bowiem zombie z filmami pełnymi przemocy, a tu jest zupełnie inaczej. Opowieść snuta w dziele Colma McCarthy’ego (odpowiedzialnego za m.in. serial “Sherlock”, czy “Peeky Blinders”) ociera się o poezję obrazu. Bardzo podoba mi się także wspomniana już wcześniej refleksja dotycząca wizji apokalipsy, która zakończyła żywot znanego nam świata, ale nie znaczy to że zakończyła jego żywot całkowicie.

Pomimo mojej krytycznej opinii polecam Wam żebyście sami sprawdzili ten film, bowiem rzadko się zdarza abym tyle rozmyślała nad produkcją, która mi się nie podobała. Trudno też nazwać go gniotem. Scenografia i realizacja zachwyca, a jednak dla mnie to wszystko za mało. Dlatego szansy dla “Wszechstronnej dziewczyny” upatruję w Was i tej nadziei na dnie naczynia Pandory…

Recenzentka: Żaneta „Fuzja” Wiśnik

Wszechstronna dziewczyna
Tytuł oryginalny: The Girl With All The Gifts
Kraj: Wielka Brytania, USA (2016)
Reżyseria: Colm McCarthy
Obsada: Gemma Arterton, Glenn Close, Sennia Nanua, Paddy Considine
Dystrybutor: brak
Żaneta

Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także