Film

The Green Inferno

Opublikował

dnia

Eli Roth, reżyser „Hostelu” i „Śmiertelnej gorączki”, odgrażał się, że w swoim najnowszym filmie spróbuje się zmierzyć z takimi klasykami kina kanibalistycznego jak „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato czy „Cannibal Ferox” Umberto Lenziego, które to skutecznie szokowały klientów wypożyczalni wideo w latach 80. Jak mu się udało?

Najprostsza odpowiedź brzmi: częściowo. „The Green Inferno” z pewnością wywołuje uczucie narastającego niepokoju i niesmaku, od pewnego momentu regularnie bombardując widza kolejnymi sadystycznymi sekwencjami (ćwiartowanie na żywca, spożywanie ludzkich gałek ocznych, torturowanie za pomocą gigantycznych mrówek – i tym podobne), a przecież dokładnie tak samo oddziaływały na nas najmocniejsze filmy kanibalistyczne sprzed lat, niezależnie czy uznamy to za ich zaletę czy nie. Czy jednak możemy powiedzieć, że „The Green Inferno” poraża takim samym realizmem jak chociażby „Cannibal Holocaust”? Zdecydowanie nie – i to nawet gdyby pominąć wszystkie te sceny z niesławnego dzieła Deodato, w którym dla spotęgowania efektu grozy przed kamerą naprawdę zamęczano zwierzęta na śmierć. Po prostu krwawe efekty autorstwa zasłużonej dla współczesnego horroru spółki Greg Nicotero/Howard Berger nijak nie mogą się równać z tym, co ponad trzydzieści lat temu wyczarowywali przeróżni włoscy specjaliści od filmowej makabry. Nie zrozumcie mnie źle: cała ta jatka, jaką serwuje się nam w „The Green Inferno” wcale nie wygląda słabo. Wygląda po prostu w dużej mierze dość „hollywoodzko”: myślimy sobie „niezła robota, panowie” , ale jakoś nie potrafimy zapomnieć, że to przecież tylko film. A w trakcie seansu „Cannibal Holocaust” jednak się zapominało.

Trudno też powiedzieć, że oglądając „The Green Inferno” można odnieść wrażenie jakby bohaterom filmu mogło się przydarzyć absolutnie wszystko, co najokropniejsze. Owszem, jest ostro, jest nieprzyjemnie – ale w pewnym momencie czujemy, że oto poznaliśmy pewną akceptowalną granicę makabry i dalej już Roth się nie posunie. Nie mam zamiaru zbyt dużo zdradzać, ale powiem tak: koszmar, jaki przeżywają panie z „The Green Inferno” jest niczym sielanka w porównaniu z tym, co swoim bohaterkom serwowali niegdyś twórcy z Włoch.

Nie żeby nowy film Rotha w ogóle nie dawał rady – tyle, że chyba bardziej ucieszy on tych, którzy pokochali wcześniejsze filmy reżysera niż zwolenników oldschoolowego kina exploitation. W końcu opowieść została skonstruowana bardzo podobnie, jak niegdyś „Hostel”: najpierw przez dłuższy czas towarzyszymy grupce bohaterów podczas napawającej ich grozą podróży, podczas której tak naprawdę niezbyt wiele się dzieje (tym razem młodzi aktywiści wybierają się z misją „ratowania zagrożonych plemion” do Peru), a potem nagle stajemy się świadkami niekontrolowanej feerii przemocy, która kończy się dopiero wraz z napisami końcowymi (tu: nasi podróżnicy nieoczekiwanie stają się ofiarą plemienia kanibali, które tak strasznie chcieli ratować przed zagładą). I największą niespodzianką filmu wcale nie jest przepełniające go okrucieństwo, ale bezczelne wypięcie się Rotha na wszechobecną dziś polityczną poprawność: no bo jak to tak, przedstawiać jakiekolwiek plemię jako niewdzięcznych kanibali, którzy chcą pożreć swoich wybawicieli? I choć mnie osobiście bardzo taka postawa cieszy, to nie zapominajmy, że ani nie jest to w przypadku tego reżysera pierwszyzna (swego czasu znienawidzili go nasi południowi sąsiedzi, obawiając się, że teraz nikt już nie będzie chciał odwiedzać ich spokojnych przecież hosteli), a po drugie – to właśnie ta niepoprawność okazała się głównym powodem odstawienia filmu na dwa lata na półkę.

A więc – Hollywoodu raczej Roth „Infernem” nie zmieni. Ale opowiadać chore historie wciąż chłopak umie.

4 out of 6 stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

The Green Inferno
Tytuł oryginalny: The Green Inferno
Kraj: Chile, USA (2015)
Reżyseria: Ei Roth
Obsada: Lorenza Izzo, Ariel Levy, Nicolás Martínez, Magda Apanowicz
Dystrybutor: brak

Polecamy także