Gra

The Walking Dead: Survival Instinct

Opublikował

dnia

Tak popularna licencja jak „The Walking Dead” musiała prędzej czy później zakorzenić się również na polu gier komputerowych. Fantastycznie spożytkowało ją studio Telltale Games, serwując jedną z najbardziej dramatycznych opowieści, w jakie miałem dotąd okazję zagrać. Inną propozycję wysmażyli deweloperzy z Terminal Reality. Za ich sprawą światło dzienne ujrzał „Survival Instinct”, wydany przez giganta branży – Activision.

TWOJA TWARZ BRZMI ZNAJOMO

Założenia produkcji były całkiem ambitne i na pierwszy rzut oka bardzo atrakcyjne. Twórcy zdecydowali się wykorzystać w grze najbardziej charakterystyczne i popularne postacie stworzone specjalnie na potrzeby serialu. Mowa oczywiście o braciach Darylu i Merle’u Dixonach, odgrywanych przez charyzmatycznych Normana Reedusa i Michaela Rookera. Obu aktorów udało się zaangażować do prac przy grze, w związku z tym w „Survival Instinct” mamy nie tylko ich podobizny, ale także głosy. Gra miała opowiadać historię obu bohaterów przed wydarzeniami znanymi z telewizji.

Inna sprawa, że jako gracze nie mamy wielu okazji by zobaczyć czy posłuchać Reedusa czy Rookera. Kilka krótkich przerywników filmowych to trochę za mało, by naprawdę cieszyć się gwiazdami takiego pokroju. Jednak jak się nie ma co się lubi…

GRA DROGI

Najważniejszym zadaniem gracza jest podróż od miejscowości do miejscowości przy pomocy różnych samochodów i walka o życie w kolejnych lokalizacjach. W trakcie poszczególnych misji należy szukać zapasów broni, amunicji, lekarstw i paliwa, które następnie można wykorzystać samemu lub podarować innym postaciom napotkanym po drodze. Benzyna pozwala obrać drogę do kolejnego punktu naszej podróży. Możemy wybrać czy chcemy podróżować autostradami, ulicami czy wiejskimi drogami – każda metoda wpływa na zużycie innej ilości paliwa i wiąże się z odmiennymi konsekwencjami (na przykład ryzyko awarii samochodu albo niespodziewane przystanki – miejsca które możemy odwiedzić i splądrować).

Wszystko to brzmi bardzo dobrze na papierze, ale musicie wiedzieć, że gra nawet przez moment nie pozwoli nam usiąść za kierownicą i własnoręcznie poprowadzić pojazd. Gracz może sterować tylko postacią (widok z oczu), a wszystkie podróże odbywają się w zasadzie automatycznie. Możemy sobie tylko popatrzeć na pojawiającą się na mapie trasę. Normalnie szaleństwo!

NARZĘDZIA ZAGŁADY

W trakcie wykonywania kolejnych misji napotkamy kilku NPC-ów, którym możemy pomóc. Wyznaczają nam oni proste zadania, za których wykonanie dostaniemy przedmioty lub będziemy mogli nawet zaprosić postacie do naszej drużyny. Najczęściej trzeba gdzieś iść, poszukać czegoś lub kogoś i wrócić przez całą planszę do zleceniodawcy, aby poinformować go o wykonaniu misji.

Na swojej drodzy napotykamy oczywiście hordy zombiaków. Możemy je eliminować po cichu, zachodząc powoli od tyłu i wykonując efektowne i brutalne egzekucje. Zdecydowanie częściej stajemy jednak z nimi w szranki. Wykorzystać możemy repertuar broni – młotek, nóż, topór, maczetę (moja ulubiona!) czy kij baseballowy. Z czasem w nasze łapska wpada broń palna – rewolwery, shotguny czy karabiny. O ile bardzo efektownie i efektywnie odstrzeliwują zombiakom ich zgniłe łby, o tyle mają jedną potężną wadę – są bardzo głośne i zazwyczaj ściągają nam na głowę całą hordę zgniłków. Z broni uczymy się więc korzystać wyłącznie w skrajnych sytuacjach. Inna sprawa, kiedy Darylowi znajduje swoją kultową kuszę. Broń z daleka i po cichu eliminuje zagrożenie, a na dodatek posiada amunicję wielokrotnego użytku. Nic tylko brać.

Szkoda tylko, że system walki jest toporny i stanowi tylko namiastkę tego, co widzieliśmy np. w „Dead Island”. Koniec końców jednak możemy przyzwyczaić się do pewnych ograniczeń technicznych, w wyniku czego nasz zombie holocaust przebiegnie bez większych problemów.

ZAKAZANE GĘBY

„The Walking Dead: Survival Instinct” to gra ze średniej półki, nie spodziewajcie się więc tutaj graficznych wodotrysków. Tła są proste i ubogie w detale, z drugiej strony wyglądają estetycznie i swoją surowością i klimatem pasują do wydźwięku całej opowieści.

Co innego zombiszony – te wykonano bardzo pieczołowicie. Wyglądają ohydnie i odpychająco, a ich obrzydliwość wychodzi szczególnie na zbliżeniach, kiedy któryś podejdzie zbyt blisko, a my musimy szarpać się z gałką analogową żeby wbić im myśliwski nóż w rozdziawione, cuchnące szczęki. Dopiero wtedy można docenić kunszt, z jakim przygotowano modele zgniłków, które jednak z czasem zaczynają się powtarzać.

Zombiaki dobrze też brzmią. Nieraz można się przelęknąć, kiedy za plecami usłyszymy charakterystyczne, jękliwe zawodzenie. To wystarczy by zbudować klimat.

TO GDZIE TERAZ?

Pierwsza, w zasadzie tutorialowa plansza to prowadzenie gracza za rączkę po zamkniętym „korytarzowym” korycie rzeki. Trochę to irytujące i na pewno nie wpływa korzystnie na immersję. Kolejne plansze są pod tym względem lepsze, a twórcy zostawiają graczowi odrobinę swobody poruszania się po półotwartych lokacjach.

Poziomy są jednak niewielkie, więc zabłądzić się nie da. Kiedy wyjdziemy poza teren, na którym chcą nas zatrzymać deweloperzy, obraz się ściemnia i zostajemy „przeteleportowani” do krawędzi planszy. Serio?

Z czasem gra zaczyna nużyć, zwłaszcza że fabuły tu w zasadzie nie uświadczymy, kolejne sekwencje są powtarzalne do bólu (te same zombiaki, te same sposoby ich eksterminacji, nawet bliźniaczo podobne do siebie lokacje, wypchane tymi samymi przedmiotami). Z tego powodu „The Walking Dead: Survival Instinct” zalecany jest do przyjmowania tylko w niewielkich dawkach. Szkoda tylko, że jeśli poczucie monotonii złapie nas nagle, nie możemy bezkarnie gry opuścić. Save występują bowiem niezwykle rzadko i czasem po prostu zasypiamy z padem w ręku, walcząc ze sobą, by pograć jeszcze trochę. W przeciwnym wypadku po powrocie do konsoli czeka nas powtarzanie sporego fragmentu.

COŚ TU ŚMIERDZI

Gra zebrała na świecie tragiczne recenzje, głównie ze względu na kiepską warstwę techniczną, brak fabuły i interesujących bohaterów, nudne misje poboczne i wiele innych kwestii, których nie ma co przytaczać, ponieważ nie jest to profesjonalna gazeta o grach. Niemniej jednak skłamałbym, gdybym powiedział, że „TWD:SI” nie grało mi się przyjemnie. Widać, że nad grą pracowali ludzie mający wizję i produkcja miała potencjał. Efekt końcowy gnije jednak od środka jak rzeczone zombiaki.

Nie wiem czy rozbiło się o budżet czy o terminy, pewnie o jedno i drugie. Chciałbym wystawić grze chociaż oczko wyżej, ale po prostu nie mogę. Produkcja nie przekonała mnie nawet by zagrać jeszcze raz, chociaż rozważałem taką opcję (w pewnych momentach możemy dokonać wyboru trasy, przez co przy pierwszym podejściu nie zobaczymy kilku miejscówek).

Porównywanie „TWD:SI” to więc gra budżetowa, stanowiąca próbę wyciągnięcia kasy od fanów śliniących się na samą myśl o czymkolwiek, co wpisuje się w ramy uniwersum wykreowanego przez Roberta Kirkmana. Twór Terminal Reality przypomina raczej wyrodne, niechciane dziecko, które polubić możemy tylko przy ogromnej dawce pobłażliwości i samozaparcia. Sprawdzić można, jeśli uda się wyrwać grę za rozsądną cenę (do 50 zł).

Recenzent: Piotr Pocztarek

The Walking Dead: Survival Instinct
Tytuł oryginalny: The Walking Dead: Survival Instinct
Platforma: PS3, Xbox360, PC, Wii U
Developer: Terminal Reality (2013)
Dystrybutor: Brak
Piotr Pocztarek

PR-owiec, dziennikarz, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry, a horrory w szczególności. Kumpel Grahama Mastertona.

Polecamy także