Literatura

Thomas Olde Heuvelt – HEX

dnia

patronat

Pewnie wielu z Was zaciekawi fakt, że „HEX”, który niedawno pojawił się na półkach polskich księgarń to właściwie druga, można by rzec, zamerykanizowana wersja na wskroś holenderskiego pierwowzoru sprzed 4 lat. Książki różnią się przede wszystkim lokalizacją (zamiast holenderskiej wioski, amerykańskie miasteczko) oraz zakończeniem, nie wspominając już o nieco zmienionych nazwiskach bohaterów. Pierwszy „HEX” spodobał się na tyle, że znaleźli się chętni do przetłumaczenia książki na angielski, co pozwoliło tej historii na zaprezentowanie się szerszemu gronu odbiorców, a samemu autorowi otworzyło drzwi do pomajsterkowania przy swoim oryginale. Uważam, że warto o tym wspomnieć, gdyż takie zabiegi przy beletrystyce nie należą do codzienności. Jak zapewnia autor, jego „HEX 2.0” (sam wychodzi z propozycją takiej nazwy), jest lepszy: bardziej dopracowany i straszniejszy. Niestety nie miałem okazji porównania obu wersji; szkoda też, że po raz kolejny nie dane było polskiemu czytelnikowi zasmakować powieści grozy rozgrywającej się w małym, europejskim kraju, zanurzyć się w rodzinnej „krainie depresji” pisarza. Ale takie to już czasy, gdzie najlepiej sprzedają się mroczne opowieści o amerykańskich miasteczkach. Zatem witajcie w pozornie uroczym Black Spring, usytuowanym nieopodal Nowego Jorku, w dolinie rzeki Hudson.

Mieszkańcy miasteczka żyją normalnym życiem: pracują, uczą się i spotykają wieczorami przy kolacji. Jest tylko jeden problem – ludzie stamtąd są przeklęci, a cała historia sięga XVII w.  Wtedy to Katherine została oskarżona o czary i skazana na śmierć; jednak od lat, już jako wiedźma, wędruje po mieście, „ubrana” w łańcuchy, z zaszytymi oczami i ustami. Miasteczko zmieniło się diametralnie, odkąd Katherine po raz pierwszy rozpoczęła swój widmowy spacer. Dziś to grupa w większości świeckich ludzi, nie wierzących już w duchowy świat, a jednak zobowiązanych do zachowania tajemnicy, bo gdyby owa sensacja rozlała się po wielkim świecie, prędzej czy później znalazłby się chętny do uwolnienia wiedźmy i otwarcia jej oczu oraz ust, których spojrzenie i szept, jak twierdzą lokalni, niesie jedynie pewną zgubę. Robią więc, co mogą, czuwając nad poczynaniami Katherine dzięki zaawansowanemu systemowi nadzoru i specjalnie oddelegowanej do tego grupie osób. A wszystko po to, by ukryć wiedźmę przed niemającymi o niczym pojęcia ludźmi z zewnątrz. I było tak przez ponad 350 lat, dopóki wewnątrz grupy nie pojawili się buntownicy gotowi złamać powszechnie obowiązujące zasady bezpieczeństwa: zarówno ci młodsi, jak i starsi.

„HEX” rozpoczyna się całkiem łagodnie i pogodnie, dodając jednocześnie pikanterii do przebiegu wydarzeń, gdy książka powoli ujawnia nieszczęśliwe i tragiczne początki losów przyszłej wiedźmy, zaś klątwa, czyli odroczona w czasie, ale nieunikniona, zemsta Katherine na mieszkańcach Black Spring umościła się bardzo głęboko w psychice samego miasta. Jedno jest pewne – wygląd wiedźmy, szwendającej się po okolicy według sobie tylko znanego harmonogramu, zapada w pamięć.

Thomas Olde Heuvelt już na początku odkrywa sporo kart. Szybko poznajemy wiedźmę oraz ważne dla fabuły osoby, wiemy też, co dzieje się w miasteczku. A sama powieść po części bazuje na tym, że mieszkańców i tak czeka zagłada, której wszyscy wyczekują. Tak więc Black Spring nie tylko musi ukrywać Katherine przed ludźmi z zewnątrz, ale także egzekwować zasady, dzięki którym będzie bezpieczne. Miasteczkiem zaś rządzi konserwatywna Rada, a w sytuacjach kryzysowych obowiązuje dekret, którego treść sięga jeszcze XIX w. Jednak przy wszystkich tych środkach ostrożności społeczność i tak doprowadziła się do fałszywego poczucia bezpieczeństwa.

Jak widać, społeczeństwo Black Spring zarządzane jest przez strach; łączy je wspólna sprawa „wiedźmy”, stąd obywatele są tak dobrze zorganizowani i zsolidaryzowani. Rozumowanie tego dziwnego zachowania jest proste – to kwestia przetrwania. Po pierwsze, potrafią zabezpieczyć przed światem informację o wiedźmie, a po drugie, autor próbuje pokazać, że mikrokosmos, czyli Black Spring samo w sobie, nie istnieje na pustyni, a jest, przynajmniej pozornie, integralną częścią USA, owego makrokosmosu. Dobrze też widać owo zestawienie (mikro-makro) w porannej scenie publicznego wymierzania kary w miasteczku, podczas gdy pozostała część kraju, jak gdyby nigdy nic, budzi się do życia, zmierzając do pracy.

Dla niektórych z Was zasadniczym problemem powieści, zwłaszcza w części pierwszej, będzie to, że zamiast straszyć – ciekawi i śmieszy (bo najstraszniej, jak dla mnie, było w początkowej scenie, gdzie w jednym z domów natrafiamy na stojącą w kacie pokoju, a następnie opierającą się o drzwi Katherine – to wywiera naprawdę niepokojące wrażenie, zwiększając tylko nasz apetyt). Jednak potem tych elementów typowej grozy, przynajmniej w pierwszej odsłonie, zdecydowanie brakuje – raczej śmiejemy się, niż zatrważamy, bo Holender, łącząc wątki nadprzyrodzone z rzeczami przyziemnymi oraz technologiczną współczesnością, siłą rzeczy, zahacza lekko o karykaturę.

To horror niejako z automatu, za sprawą samej wiedźmy, która ma pełnić rolę aksjomatu grozy. Jednak moim zdaniem autor, widząc, że nie do końca potrafi stworzyć horror, wykorzystał tę wyjściową, pozorną makabrę jako pretekst do opowiedzenia o złu ukrytym w ludziach, o naszej parszywej naturze. Śmierci i zniszczenia oczekuje się właściwie w każdym horrorze, ale przemoc wychodząca od mieszkańców Black Spring może robić wrażenie, nawet  mimo jej fabularnego rozproszenia. Owa brutalność to coś, co  pozostaje w czytelniku na długo po zakończeniu opowieści. Wiedźma zaś stanowi, wiszący nieustannie nad miastem, element nadprzyrodzony i groźny – trzeba się z nią odpowiednio obchodzić, jednak – jak to ludzie – nie wszyscy zrozumieją powagę sytuacji, pokazując swą wyższość nad poniekąd obezwładnionym (czytaj: niegroźnym) „potworem”. Stąd moja uwaga zogniskowała się głównie na samych mieszkańcach, choć istnieją nadprzyrodzone aspekty tej książki, które wprawdzie na mnie nie zrobiły wielkiego wrażenia, ale jestem przekonany, że na wielu z Was odcisną piętno. To choćby wyobrażenie sobie Katherine stojącej przy naszym łóżku bądź obserwującej z bliska, jak jemy śniadanie.

„HEX” podzielono na dwie części. Pierwsza powoli przekazuje nam informacje o tym, jak działa miasto i sama klątwa. To też socjologiczne spojrzenie na społeczność Black Spring z gdzieniegdzie tylko przezierającymi wglądami w motywacje i myśli poszczególnych bohaterów, stanowiące jednak tylko preludium do części drugiej, gdzie już zdecydowanie króluje psychologia postaci i spojrzenie jednostkowe, czyli głębokie zanurzenie w świat przeżyć poszczególnych osób. Akt drugi staje się zejściem w głąb straszliwej ludzkiej natury. Może nie jest całkowitym odejściem od tego, co było wcześniej, ale ma znacznie większy wpływ emocjonalny – czułem wręcz, jakby spadło na mnie rusztowanie z emocji. To świadomy i wykalkulowany zabieg autora, ale z drugiej strony, nie ma za bardzo jak przed nim uciec, bo efekt ten rozciąga się na wiele stron. Bezkompromisowa druga część doszczętnie demaskuje ludzi i ich pełne zepsucia rządy z wypaczonym “głosem demokracji” oraz wzajemne obwinianie się i zniewagi. Mieszkańcy tak bardzo chcą znaleźć się w centrum uwagi, że dużymi fragmentami spychają postać wiedźmy na boczny tor.

Co ważne, to tak samo opowieść o zbiorowym szaleństwie, jak o dokonywaniu wyborów, o moralnych dylematach, o stawianiu na szali mniejszego i większego zła, przez co (co mnie akurat cieszy) książkowi bohaterowie nie są – przynajmniej w większości – przerysowani czy jednowymiarowi, toteż wielu posiada na swoim koncie zarówno zasługi, jak i przewiny.

A skoro już przy bohaterach jesteśmy, to mam bardzo ambiwalentne odczucia co do poziomu ich kreacji. Holender chciał zaprezentować różnorodność postaci, poruszając się między odrębnymi perspektywami oceny sytuacji, ale to nie do końca się udało. Przede wszystkim zapoznamy się z rodziną Grantów, bo też większość wydarzeń w książce jest przez nich inicjowana. Steve i Jocelyn posiadają dwóch nastoletnich synów: młodszego Matta i wchodzącego powoli w dorosłość Tylera, który należy do pięcioosobowej paczki: Jaydona, Justina, Burana i Lawrence’a, przy czym ostatnia trójka stanowi jedynie tło bez własnego zdania. Liczą się względnie odpowiedzialny i mądry Tyler oraz nieobliczalny, bezkompromisowy i agresywny Jaydon. Tego pierwszego niby dręczą rozterki dojrzewania, popełnia też błędy, ale łatwo zauważyć, że pisarz kreuje go na postać pozytywną, na niezłomnego duchem bohatera; z drugiej strony mamy typowy szwarccharakter – słowem: zbyt duże przerysowanie, zaś przestrzeń między nimi próbuje się wypełnić trójką nieodciskających piętna na fabule chorągiewek; a konserwatywny Colton Mathers, przewodniczący Rady, choć także typowo pejoratywny i jednowymiarowy, to jednak dobrze spełnia swą rolę, skutecznie siejąc ferment. Również słabo wypada szef jednostki oddelegowanej do pilnowania Katherine. Natomiast najlepiej oceniam kreację Griseldy Holst, wdowy po rzeźniku i matki Jaydona, oraz fakt, iż Holender, ku uciesze mojej i przyszłych czytelników – pomimo przewidywalnego losu, jaki czeka miasteczko – prowadzi postać wiedźmy w sobie tylko znany sposób (czytaj: niesztampowo)!

Inną ważną rzeczą, prócz ludzkiego okrucieństwa, jest zestawienie średniowiecznych archaizmów i wywodzącej się stamtąd istoty zła z nowoczesnymi technologiami – nie sposób przejść obok tego obojętnie. Tak samo, jak do przywiązania mieszkańców do rzeczywistości i – przynajmniej pozornej – racjonalności nawet wtedy, gdy zahacza o absurd. Wszystko to jest oryginalne, a poza tym działa zaskakująco dobrze. W dzisiejszych czasach trudno jest wyobrazić sobie, że to, co dzieje się w wysoko rozwiniętym świecie, a już szczególnie w USA, byłoby w stanie umknąć uwadze potężnej sieci mediów społecznościowych. Powieść Heuvelta nie tylko podważa to założenie, ale czyni to w niewątpliwie interesujący sposób.

Mieszkańcy Black Spring bardzo chętnie nie ostrzegają świata zewnętrznego o istnieniu wiedźmy, czyli istoty nadprzyrodzonej, ponieważ każda próba ingerowania w ich „niespokojną koegzystencję” z Katherine może być dosłownie śmiertelna. A jak tego dokonują? Tak, jak przystało na współczesną grupę osób: poprzez nowoczesne i racjonalne rozwiązania oraz systemy. Heuvelt pokazuje, że nie potrzeba wcale anturażu upiornych zamków, miejsc odciętych od świata czy wręcz średniowiecznej scenerii, by móc przeżywać dramat i grozę w normalnym, tj. globalnym i otwartym świecie. Bo w tej książce technologie współistnieją z kilkusetletnimi lękami.

Podsumowując, „HEX’ z jednej strony rozczarowuje, a z drugiej, jest dziełem pomysłowym, które może zaabsorbować zarówno nowicjuszy, jak i weteranów gatunku. Książka ta, formalnie stylizowana na powieści Stephena Kinga, jest zgrabnie zaprezentowaną, pełną opowieścią, a jej autor jest jej wprawnym sprawozdawcą.

„HEX” to obrazowa, momentami drastyczna, opowieść o ludzkim okrucieństwie. Mieszkańcy Black Spring skutecznie funkcjonują w nowoczesnym więzieniu. Jednak gdy pewne jednostki posuną się za daleko, sprowadzając „niewygodny rozejm” między wiedźmą a miastem do punktu kulminacyjnego, wydarzenia zaczną wymykać się spod kontroli, a obywatele ulegną ludzkiej naturze. Można wręcz powiedzieć, że Holender postawił w miasteczku wiedźmę, aby „zainspirować” społeczność do bycia sobą, do „zbiorowego szaleństwa” i „powszechnego ogłupienia”. Połączenie dwóch porządków: średniowiecza z teraźniejszością sprawia, że „HEX” to powieść oryginalna, stanowiąca powiew świeżości, a jednocześnie horror bardzo silnie zakorzeniony w naszej codzienności. Zaimplementowanie archaicznych wątków do współczesnego świata inwigilacji i mediów społecznościowych daje owocny i niebanalny efekt.

Jeśli lubisz małe miasteczka i uważasz, że to ludzie stanowią źródło prawdziwego zła oraz chcesz się przekonać, jak nowinki techniczne mogą znaleźć zastosowanie w powieści grozy, „HEX” to dobry wybór.

Recenzent: Michał LelandLester

Thomas Olde Heuvelt – HEX
Tytuł oryginalny: HEX
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Wydawca: Zysk i S-ka (2017)
Liczba stron: 444
Michał „LelandLester”

Recenzent. Czytelnik. Poszukiwacz dobrej literatury. Miłośnik klasyki. Sięgam po różne gatunki, nie mam jednego ulubionego. Preferuję literaturę polską, amerykańską oraz brytyjską. Nie oznacza to jednak, iż zamykam drzwi przed innymi wydawnictwami. Prowadzę blog z recenzjami Dobra Komplementarne, gdzie tytuły starsze i klasyczne przeplatają się z tymi nowszymi. Pisząc o czytaniu piszę o życiu, bo czytać – to żyć. Zawsze gotowy na dyskusję o książce.

Polecamy także