Film

To

dnia

Stało się! Wreszcie doczekaliśmy się praktycznie bezbłędnej ekranizacji powieści Stephena Kinga. Takiej która cieszy oko, karmi umysł i bawi tak doskonale, jak dawno żaden film. Na seans szłam przygotowana na dosłownie wszystko (szczególnie to, co mogło pójść źle), mając w pamięci jak fatalnie oglądało się na wielkim ekranie (i nie tylko) „Mgłę” z 2007 roku. Kilka tygodni przed premierą nowego „TO”, przypomniałam sobie starą, telewizyjną wersję, która ma niepowtarzalny klimat, ale niestety po 27 latach, nie uniknęła znamion czasu. Tak czy inaczej przed twórcami nowej wersji stanęło nie lada wyzwanie bowiem „TO” z 1990 roku, jest jak dotąd uznawane za jedną z najlepszych ekranizacji dzieł bodaj najbardziej płodnego literacko artysty spośród panteonu pisarzy grozy. Na szczęście miłośnicy Kinga mogą spać spokojnie: Pennywise sprzed kilkudziesięciu lat znalazł godnego następcę.

Reżyserem, który odważył się wkroczyć w mroczny i skomplikowany świat Kinga jest Andres Muschietti, znany z filmu „Mama”, dzieła specyficznego i całkiem udanego, pozornie całkowicie różniącego się od „TO”. Pozornie bowiem wyraźnie widać już, że autor potrafi tworzyć przekonujące i bardzo naturalne postacie dziecięce. „Mama” jest filmem zawierającym elementy baśniowe. To właśnie takie elementy Muschietti postanowił wprowadzić do historii o przerażającej istocie mieszkającej w kanałach pod pewnym małym amerykańskim miasteczkiem. Są one na tyle subtelne, żeby nie pozbawić filmu atmosfery horroru, a jednak nadają mu świeżości i nowej jakości. Reżyser podjął też doskonałą decyzję i podzielił książkową opowieść na (przynajmniej) dwie części – teraz widzowie mają okazję poznać tylko wydarzenia, które w mini serialowej wersji przedstawione są w formie retrospekcji. Dzięki temu udało mu się uniknąć zbytniego chaosu na ekranie, a fabuła stała się bardziej przystępna. Uniknął też przeładowania akcji nadmierną ilością wątków, a cała historia nie straciła sensu, co mogło nastąpić, gdyby zdecydował się upchnąć w 2 godzinach materiał, którego starczyłoby mu zapewne nawet i na 4.

Pozwólcie jednak, że teraz opowiem Wam co nieco o Derry…

Lata 80. XX wieku. Sennym miasteczkiem wstrząsa seria zaginięć dzieci. Jednym z nich jest kilkuletni Georgie, który w pewien deszczowy dzień postanawia zabawić się w kapitana statku, puszczając spływającą rynsztokami wodą specjalnie przygotowany przez starszego brata Billa papierowy statek. Dla Billa zaginięcie ukochanego braciszka było wstrząsem, z którym potrafił sobie radzić tylko w jeden sposób – szukając go w kanałach ściekowych pod miastem. Okazuje się jednak, że żyje tam coś, czego dzieciaki na pewno nie chciałyby odnaleźć. Jednak jest za późno. To już o nich wie, zna ich lęki i zrobi wszystko by ich dorwać…

Odtwórcą roli demonicznego klauna jest znany z m.in. „Atomic Blonde”  27 letni Bill Skarsgård. Obsadzenie w tej roli tak młodego aktora mogło skończyć się różnie. Po pierwsze (tak wiem, że charakteryzacja w tych czasach ma niesamowitą moc, ale jednak…) Bill jest całkiem przystojnym mężczyzną i daleko mu do upiornego wyglądu, który (nawet bez specjalnych efektów) posiadał Tim Curry, po drugie nie ma doświadczenia w tego typu rolach. A jednak okazało się, że poradził sobie doskonale, a jego Pennywise jest niesamowicie intrygujący, dziwny z tym pokręconym wokalem, i ogląda się go bez uczucia zażenowania. Z przyjemnością patrzyło się również na młodych bohaterów tej opowieści. Dzięki nim wypełniona po brzegi sala kinowa wybuchała co kilkanaście minut śmiechem, a to fajnie rozładowywało napięcie, które wyczuwa się niemal na każdym etapie filmu, ale nie psuło atmosfery. Zresztą to przecież właśnie najmłodsi grają tutaj pierwsze skrzypce i nie da się ukryć, że to na nich skupia się cała uwaga widzów. To ich lęki, fobie i strachy są pożywką dla Pennywise’a, który wyciąga je na światło dnia i zmusza bohaterów do zmierzenia się z nimi. Każdorazowo sceny te są doskonałe, budowane spokojnie, a kończące się naprawdę mocnymi ciosami.

Trudno mi wyobrazić sobie w tym momencie lepszy niż „TO” film, który miałby stać się nostalgicznym echem dzieciństwa dla moich nienarodzonych jeszcze dzieci. To doskonale skrojona opowieść o dorastaniu, przyjaźni, koszmarach (także codzienności) ale przede wszystkim jest to historia przemijania i utraty, w każdym możliwym znaczeniu tych słów. Dzieło Muschiettiego, na ile to tylko możliwe, wiernie oddaje tak charakterystyczny dla prozy Kinga poziom skomplikowania i wpływ relacji społecznych na życie małego miasteczka, dlatego śmiem twierdzić, że ta nowa wersja „TO” jest dziełem uniwersalnym, które spodoba się tym, którzy lekturę pierwowzoru mają za sobą, ale także widzom, którzy książki nie czytali. Dla tych pierwszych ekranizacja będzie na tyle wierna, i przy tym przyjemnie nieprzyjemna, że nie będą marudzili bo odnajdą w niej to za co tak bardzo pokochali literacką wersję „TO”. Dla tych drugich film będzie stanowił rozrywkę z wysokiej półki, i co bardzo ważne, będzie dla nich zrozumiały.

Wszelkie zachwyty nad tym filmem są zasłużone. Wszelkie pozytywne opinie są jak najbardziej trafne. I ja się pod nimi wszystkimi również podpisuję, a tym tekstem dokładam kolejną cegiełkę, która być może skłoni Was do wybrania się na seans, a potem zakupienia DVD. „TO” jest jednym z tych filmów, których grzechem jest nie zobaczyć… Już zazdroszczę kolejnym pokoleniom, że czeka na nich tak niesamowita filmowa uczta! A nam pozostaje cierpliwie trwać w oczekiwaniu, aż zło ponownie się przebudzi…

6 Stars

Recenzentka: Żaneta „Fuzja” Wiśnik

To
Tytuł oryginalny: It
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Andy Muschietti
Obsada: Jaeden Lieberher, Jeremy Ray Taylor, Sophia Lillis, Finn Wolfhard
Dystrybutor: Warner Bros. Entertainment Polska

zobacz w cc

Żaneta
Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także