Literatura

Tomasz Siwiec – Wataha

Opublikował

dnia

patronat

Nurt horroru, który funkcjonuje za Zachodzie jako animal attack to w rodzimej fantastyce grozy dość nowe zjawisko, jakkolwiek znane czytelnikom „opowieści z dreszczykiem” przynajmniej od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Wówczas to, przypomnijmy, wydawnictwo Phantom Press rozpoczęło publikację kolejnych opowieści ukazujących zagrożenia czyhające na ludzkość ze strony rozmaitych stworzeń. I tak, atakowani byliśmy m.in. przez psa, kajmany, kraby, ślimaki, insekty, a nawet grzyby. Niewątpliwie ówczesną ikoną owych opowieści był Guy N. Smith, toteż nie dziwi, że pisarz ten opatrzył „Watahę” Tomasza Siwca wstępem (inna sprawa, że oprócz kilku banałów i autoreklamy, nie znajduje się w nim nazbyt wiele interesujących wątków).

Istotną wskazówką interpretacyjną pozostaje też dla „Watahy” wierszyk Jana Brzechwy, przywołany w charakterze powieściowego motta. Dziecięca rymowanka o „złym dziku” została zresztą wzbogacona komentarzem samego Siwca, dopowiadającym to, co Brzechwa pominął. Jest to zresztą dopowiedzenie przewrotne, pozwalające na wydobycie z utworu, do którego się odnosi, nowych, groźnych sensów. Toteż dopiero oba parateksty ukierunkowują uwagę czytelnika, zapowiadając, czego może się on spodziewać.

Miłośnicy zjawisk nadnaturalnych poczują się zapewne rozczarowani, podobnie jak zwolennicy historii o zombie i bytach nadprzyrodzonych. W powieści Siwca brak też motywów zemsty zza grobu i demonicznych naukowców, a nawet duchów. Co otrzymujemy w zamian? Codzienność w jej najbardziej pospolitym wymiarze, w którym zło przebudzone zostaje ludzką głupotą.

Kwestią osobną pozostaje, do jakiego stopnia autorowi udało się ukazać prowadzącą do tragedii bezmyślność. Tym bardziej, że pisarz zdecydowanie nazbyt ułatwił sobie sprawę kreśląc portrety ludzkich bohaterów w sposób tyleż schematyczny, co intencjonalnie przerysowany tak, że niewielu z nich (o ile w ogóle którykolwiek) wzbudzi czytelniczą empatię. A szkoda, bowiem to właśnie dwuznaczność oceny postępowanie kolejnych protagonistów mogłaby stać się okazją do skomplikowania wizerunków postaci, a jednocześnie obnażenia stereotypów związanych ze społecznym postrzeganiem choćby takiej grupy, jak myśliwi.

Trudno zatem uznać „Watahę” za odpowiedź na powieść Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która niegdyś wzbudziła wiele czytelniczych kontrowersji. To chyba najbardziej niewykorzystana przez Siwca szansa, bowiem potencjalnie mógł on ukazać w swojej opowieści odmienną, zwierzęcą perspektywę, nie popadając przy tym w łzawy sentymentalizm. Tymczasem „Wataha”, w konfrontacji z utworem Tokarczuk, to zaledwie sprawnie napisany horror, w którym domkniecie fabuły nie pozostawia zbyt wiele swobody dla czytelniczej interpretacji. Co więcej, obrane przez Siwa rozwiązanie zdaje się sugerować kontynuację historii stada krwiożerczych „bestii”, ta zaś, zgodnie z logiką dramaturgii „Watahy”, może jedynie eskalować kolejne akty przemocy. Zasugerowany tu kierunek rozwoju fabuły (hipotetycznej) następnej części nie wynika z niechęci piszącego te słowa do nurtu animal attack, lecz jest widoczny w rozbiciu powieści na cykl epizodów, które łączy jedynie kolejna napaść dzików na ludzkie siedziby. Owszem, nie można odmówić Siwcowi pomysłowości i wyczucia, pozwalającego mu balansować na granicy nieintencjonalnego kiczu (szczególne pod tym względem pozostają sceny chaosu podczas uroczystości religijnych); jednakże podczas lektury dość często mamy równoczesne wrażenie, że autor nie wykorzystał potencjału tkwiącego w estetyce bizarro fiction, do której zdawał się zbliżać (sceny w szpitalu i wątek ataku dzików na myśliwych; jedyną udaną pod tym względem jest scena gwałtu). Zupełnie też marginalnie został potraktowany wątek byłego księdza, mogący wprowadzić zmianę perspektywy, z jakiej oglądamy fabularne zdarzenia.

 Nie można oczywiście, czytając „Watahę”, zapominać o specyfice założonego odbiorcy i jego oczekiwaniach, gdyż zgodnie z wypracowaną niegdyś przez Smitha estetyką animal attack, Siwiec spełnił je w nadmiarze. W tym jednak, paradoksalnie, być może tkwi słabość powieści: współczesnemu odbiorcy, świadomemu przemian gatunkowych fantastyki grozy, nie wystarczy powielanie schematów fabularnych, ani multiplikacja szokujących sytuacji; oczekuje on zaskoczenia innego rodzaju, o czym świadczy popularność bizarro fiction.

Być może zatem „Wataha” pozostaje interesującym świadectwem recepcji konwencjonalnej realizacji opowieści o ataku zwierząt. Jednak współcześnie to zbyt mało, by odłożywszy książkę na półkę nie móc przestać o niej myśleć. Szkoda też, że na równie wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaiły nas dzisiejsze standardy, nie została opracowana redakcja. Nazbyt wiele jest w utworze literówek, aby uznać ich obecność za intencjonalną, jako aluzję do specyfiki pulpowych wydań fantastyki grozy z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku, na które stylizuje swe utwory Phantom Books (pod tym względem świetna jest okładka opowieści Siwca).

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Tomasz Siwiec – Wataha
Wydawca: Phantom Books (2017)
Liczba stron: 108
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także