Film

Transformers: Ostatni Rycerz

Opublikował

dnia

Dokładnie dziesięć lat temu Michael Bay zdecydował się przenieść na duży ekran historię figurek firmy Hasbro, znanych powszechnie w popkulturze jako Transformersy. Roboty zmieniające się w auta, samoloty i wszelkiego rodzaju pojazdy czy sprzęt techniczny już wcześniej funkcjonowały jako animowane produkcje dla młodzieży, ale by przedstawić je jako film pełnometrażowy trzeba było wykazać się niemałą odwagą i wyobraźnią. I trzeba przyznać, że przynajmniej za pierwszym razem się udało. Problem w tym, że tej odwagi i wyobraźni reżyserowi nie brakuje i właśnie na DVD trafiła piąta część serii (na pewno zresztą nie ostatnia).

Na temat fabuły „Transformers: Ostatni rycerz” można napisać bardzo dużo, bowiem Bay postanowił pobić jakiś osobliwy rekord, wciskając w 148 (!) minut filmu chyba wszystko, co mu przyszło do głowy. Czego tutaj nie ma? Oczywiście, poza kolosalnymi robotami zmieniającymi się w samochody i walczącymi ze sobą za pomocą broni palnej… i mieczy. Jest zagłada Ziemi i odnowienie się Cybertronu; intryga wzięta żywcem z „Kodu Da Vinci” Dana Browna; tajemnicze artefakty; najeźdźcy z obcej planety; łodzie podwodne; pościgi; sir Anthony Hopkins oraz John Turturro w krótkich spodenkach; dinoboty; długowłosy Marky Mark; dzieci walczące z robotami na złomowisku; genialni fizycy; wszystkie służby światowych wywiadów; król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu… Zaraz… Rycerze? Żeby tylko. Ktokolwiek myśli, że Guy Ritchie w swoim najnowszym filmie zaszalał czyniąc Artura zakapiorem z podejrzanej dzielnicy, niech wie, że Michael Bay nie zawahał się za Okrągłym Stołem posadzić Transformersów, zaś z Merlina uczynił alkoholika służącego Autobotom. Swoją drogą, Stanley Tucci z tych kilku minut na ekranie wycisnął więcej, niż większość aktorów przez cały seans. Przyznajmy jednak, że nie mieli zbyt dużej szansy by „zabłysnąć”, tak samo jak i cała ta produkcja…

Wiedział o tym na pewno wydawca DVD, znamienne jest bowiem, że zwyczajowa książka z filmem jest tutaj przedstawiona jako album wewnątrz którego znalazło się kilkadziesiąt fotosów. No bo co sensownego można o tym filmie napisać? To trzeba po prostu zobaczyć, jeśli ma się wystarczająco dużo sił i samozaparcia. Muszę w tym momencie zaznaczyć jednak dwie kwestie. Po pierwsze – zaliczam się do mniejszości uważającej, że pierwsza trylogia „Transformers” Michaela Baya była co najmniej udana, a jej zwieńczenie było po prostu znakomite w swojej klasie. Tym bardziej nie rozumiałem powstania „Wieku zagłady”, i tym bardziej dziwi mnie „Ostatni rycerz”. Bo właśnie – po drugie – mam wrażenie, że tym razem Bay zapędził się tak daleko jak tylko się dało, wraz ze Stevenem Spielbergiem w roli producenta, wrzucając tu wszystko co możliwe, i czyniąc z tej produkcji wizualną orgię, którą przyswoić mogą bez czkawki, chyba tylko, widzowie w przedziale wiekowym 8-14 lat. Chociaż celowałbym właśnie w tych starszych, ponieważ ilość żartów o wiadomym podtekście również zasługuje na uznanie. Gorzej już niestety z ich jakością. Wracając jednak do tematu – Bay miał wyraźnie za dużo pomysłów, z którymi nie bardzo wiedział, co zrobić. A szkoda, bo niektóre motywy, jak choćby robot będący lokajem, to samograje, z których można było zbudować całkiem sensowną opowieść. Dziewczynka na złomowisku? Dinoboty? Nemezis Prime? To tylko chwile, wręcz migawki, które nie mają nawet jakiegoś szczególnego znaczenia dla przebiegu akcji, która gna do przodu, tylko po to by w kolejnych sekwencjach ukazać następną walkę, pościg, efekt specjalny, a w finale całkowitą symfonię zniszczenia. Ba, już na samym początku, zaraz po pojawieniu się loga Paramont Pictures lecą na nas wybuchowe pociski wystrzelone przez armię króla Artura w V wieku. W końcu to Michael Bay. I o tym należy pamiętać, zasiadając do seansu. Trzeba przyznać bowiem, że poziom efektów specjalnych pozostawia konkurencję daleko w tyle. I tyle. Bo nawet w trzeciej części te walki oglądało się po prostu lepiej.

Recenzent: Łukasz Radecki

Transformers: Ostatni Rycerz
Tytuł oryginalny: Transformers: The Last Knight
Kraj: Chiny, USA (2017)
Reżyseria: Michael Bay
Obsada: Mark Wahlberg, Anthony Hopkins, Laura Haddock, Josh Duhamel
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Łukasz Radecki

Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także