Film

Valerian i Miasto Tysiąca Planet

dnia

Luc Besson był mistrzem, któremu kino SF zawdzięcza choćby taki wspaniały „Piąty element”. Jednak po potworkowatym „Lucy” i – niestety – po najnowszym filmie, określnik „był” zdaje się być coraz bardziej na miejscu. „Valerian i Masto Tysiąca Planet” fakt coraz mocniej przebrzmiałej chwały Bessona zdaje się tylko potwierdzać.

Owszem – film ma pewna znaczącą zaletę, która niestety przesłania wszystko inne, próbując ubrać produkcję w dzieło angażujące widza. To warstwa wizualna. Nie sposób odmówić „Valerianowi…” rozmachu, plastyczności, wspaniałej, rozbudowanej scenografii. Tylko co z tego, skoro nie idzie za tym żaden sensowny pomysł fabularny? Najnowsze dzieło Bessona stało się ofiarą typowo hollywoodzkiego podejścia do kina, zwłaszcza fantastycznego. Ma być epicko, ma być z rozmachem. Ma być dynamicznie, kolorowo, i koniecznie w 3D. Wszystko poza epatowaniem wyśrubowanymi efektami specjalnymi i dopracowanym tłem schodzi na dalszy plan. Fabuła? Ale po co? Jeszcze odwracała by uwagę widza, jeszcze umknąłby mu rozmach efektów specjalnych, jeszcze by się skupił na wzajemnych relacjach bohaterów i nie dostrzegł, jak wspaniały, złożony świat wykreowali spece od wizualnej oprawy filmu.

Cóż, by nie spoilerować, nie napiszę wiele o fabule. Jednak i nie ma o czym za bardzo pisać. Głównym wątkiem jest nieudolnie pokazany romans/flirt głównych bohaterów. Pokazany nad wyraz nieudolnie i sztampowo. Dlaczego? O tym za chwilę. Bo w fabule jest jeszcze tajemnica. Tajemnica, której zarzewie oglądamy na początku. A ten swoisty prolog daje nam tyle, że praktycznie jesteśmy w stanie przewidzieć zakończenie i sekrety oraz wątpliwości, jakie są udziałem dwójki dzielnych agentów pozostają tylko ICH sekretami i wątpliwościami. Każdy z widzów, który umie dodać dwa do dwóch, rozgryzie praktycznie cały konspekt fabularny w kilka chwil.

Historia prawie eksterminowanej rasy, zagłada planety, a jako antagonista winny zbrodni – oczywiście człowiek – sprawiają, że film zdaje się być miałką opowiastką, nie niosącą głębszej treści. Owszem, jest widowiskowo, jest barwnie, jest z rozmachem. Jednak mimo dynamizmu, pościgów, scen z założenia mających podnosić napięcie sam seans może spowodować u widza chyba jedynie ziewanie. Smutne to, bowiem pamiętam „Valeriana” – komiks – jako wspaniałe, złożone fabularnie dzieło, które sięgało po wiele kwestii społecznych, czy politycznych. W filmie Bessona tego nie ma. Okej, niby próbuje się przemycić koncept chorych ludzkich ambicji, według których cel uświęca środki, niby w tle próbuje rozgrywać się dramat rasy skazanej na zagładę w imię nieudolności i głupoty ludzkich działań, które odzwierciedlają człowieczą kreatywność tylko w zakresie prowadzenia wojen, ale to wszystko mało! I przypomina odgrzewany kotlet, który ktoś nadgryzł, ale mu nie smakował, więc zostawił i Besson podał go nam.

Jak zaznaczyłem na wstępie, film nieco broni się stroną wizualną. Scenografia jest wspaniała, efekty też. Całość kreacji umieściłbym gdzieś pomiędzy „Piątym elementem”, a „Awatarem”. Jeszcze z domieszką „Mass Effect” (kombinezony głównych bohaterów) oraz szczyptą klimatów retro (mundury oficerów). Pięknie pokazana jest złożoność wielkiej, kosmicznej stacji, czy też gigantycznego, wielowymiarowego targu, jednak nie obudowano tego szkieletu wystarczającą ilością sensownej treści. A film, niestety, samą scenografią nie zagra. Musi być opowieść, musi być historia, w której pojawią się pełnokrwiści bohaterowie. Tacy z jajem, z charakterem. A otrzymujemy…

No właśnie. Otrzymujemy zlepek scen, z których wiele można by wyciąć, bo są zupełnie niepotrzebne. Aczkolwiek niektóre potrafią przyspieszyć bicie serca, jak pierwsza scena z Rihhaną, która z pewnością ucieszy wiele – głównie męskich par oczu – jednak do całości pasuje… jak pięść do nosa. I jest tak samo potrzebna.
Nasza dwójka głównych bohaterów też wypada blado i bezpłciowo. Przemiana Valeriana z kobieciarza we wrażliwe pacholę skore do romantycznych uniesień jest pokazana nijak, trochę za szybko, trochę po łebkach. A Laureline ? Cóż, sławetny pieniek z Twin Peaks pewnie zagrałby z zaangażowaniem większym, niż odpowiedzialna za jej kreację Cara Delevingne.
Ich wzajemne relacje przypominają gimnazjalne przepychanki na korytarzu. Niby mówią o uczuciach, ale tak, jakby zastanawiali się czy zjeść taco, czy jednak jechać do KFC. Ich zachowania nie tylko są często pozbawione sensu, ale jednocześnie pokazane zupełnie bezpłciowo. Mimo lubowania się Bessona w dość skąpych kobiecych strojach (pamiętacie „Piąty element”, prawda?) Delevingne nie jest w stanie wykrzesać z siebie ani erotycznego napięcia między nią a partnerem, ani do okazania zasadnych dla danych scen emocji. Gra miną wiecznie znudzonej cheerleaderki.

Szkoda, bo mogliśmy dostać świetny film SF na bazie naprawdę znakomitej serii komiksowej. A otrzymaliśmy popkulturową pocztówkę z Hollywood, na której nie zmieściło się już za wiele pozdrowień. Jeśli miał to być hołd dla komiksowego pierwowzoru, nakręcony pół wieku po debiucie – to niestety wyszło połowicznie.
Dla tych, którzy lubią patrzeć – Valerian to film znakomity, olśniewający, wspaniały. Dla tych, którzy prócz malowniczych scen pragną jeszcze solidnej opowieści będzie to film mocno niedopracowany. Na poziomie scenariusza Besson zupełnie nie podołał, nie tyle spłycając pierwotny wydźwięk komiksu, co po prostu nie dając filmowi żadnego.
I wyszło, jak wyszło.

Reasumując – olśniewające wizualnie widowisko, w którym brakło widowiska i zostały tylko dekoracje.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Valerian i Miasto Tysiąca Planet
Tytuł oryginalny: Valerian and the City of a Thousand Planets
Kraj: Francja (2017)
Reżyseria: Luc Besson
Obsada: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna
Dystrybutor: Kino Świat

zobacz w cc

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także