Literatura

Wojciech Gunia – Nie ma wędrowca

dnia

nie ma wedrowca

Wojciech Gunia swoim powieściowym debiutem udowadnia, że groza może jeszcze zachwycić i że klasyczne weird stories nie umarło razem z kultowymi twórcami. „Nie ma wędrowca” to powieść, która ma szansę wykroczyć poza fandom i uwolnić polską grozę od łatki krwawej, prostej papki literackiej. O ile ktoś spoza środowiska zechce po nią sięgnąć.

Powieść Guni to z jednej strony ukłon w stronę klasycznej ghost story. Mamy odosobnione, odludne miejsce. Mamy samotnego głównego bohatera, który w tymże odludnym miejscu trafia na ślad tajemnicy poprzedniego, tajemniczo zmarłego rezydenta. Mamy do tego liczne wzmianki o zdarzeniach wymykających się racjonalnej ocenie… Niby klasycznie, niby szablonowo, jak w każdej standardowej opowieści o duchach. Jednak w „Nie ma wędrowca” znajdziemy o wiele więcej. Gunia sprawnie przemyca rozważania o istocie ludzkiego bytu, podważa dogmatykę religijną chrześcijaństwa, ale nie w formie obrazoburczych twierdzeń, ale raczej umiejętnie stawianych filozoficznych pytań o naturę cierpienia. Do tego przytacza wątki wojen niedawnych i sugeruje, że przeszłości nie da się całkiem zapomnieć, skreślić. Ona pozostaje, wrasta, wsiąka w ziemię, wtapia się w miejsce zdarzeń. Przeszłość, zwłaszcza ta bolesna, staje się integralną częścią tego, gdzie się wydarzyła i nijak ludzkie starania nie dadzą rady jej wyplenić. Nieważne, czy pamiętamy, nieważne, czy o niej mówimy, czy przemilczamy. Tkwi, często niewygodna, jak sól w oku, jak cierń.

Wspaniale zmienia się w powieści jej melodyka, rytm opowiadanej historii. Zgodnie z ciężarem zdarzeń autor korzysta z odmiennego języka, choć za każdym razem starannego i sprawnego, to jednak wyczuwalnie innego dla każdej scenografii. Inne są opisy tartaku i początki historii, kiedy nasz bohater zatrudnia się w nowym miejscu i spędza tam pierwsze dni (i noce). Inaczej, bardziej poetycko, brzmią fragmenty przytaczanych wspomnień w dalszej części książki. Odmienny jest ton filozoficznych dysput toczonych przez postaci i odmienne jest majaczenie bohatera w gorączkowej malignie.

Całość składa się w mroczną opowieść, która z jednej strony urzeka, z drugiej szokuje i przeraża. Jak napisał o tej książce Paweł Mateja: „Długo się nie otrząśniecie”. I to słuszne słowa, ponieważ powieść Guni wykracza dalece poza normy naszego rodzimego horroru i jej przynależność do Biblioteki Grozy C&T staje się po lekturze całkiem zrozumiałe, choć z początku budziła tyle kontrowersji.

Ukłon w stronę klasyki? Świeży powiew w polskiej grozie? Dowód na to, że horror literacki nie musi być tylko kolejną krwawą wariacją na temat przerysowanych już dawno przez hollywoodzkie kino potworów? Ta książka jest tym wszystkim, ale też czymś więcej. Ma szansę – jak napisałem we wstępie – trafić też do czytelnika, nie zaznajomionego z horrorem zbyt szeroko. Dla tych, którzy stronią od literackiej grozy ze względu na kryjącą się w niej makabrę, dla tych, którzy szukają językowego kunsztu i jednocześnie tęsknią za klasycznymi weird stories – oto właśnie ich szansa. Dla polskiej grozy to okazja, by pokazać się z innej strony. Może i lepszej, ale na pewno mniej wyeksploatowanej, nowatorskiej w pewnym stopniu, choć czerpiącej garściami od mistrzów z przeszłości. W ostatnich latach chyba tylko Piotr Borowiec (we „Wszystkich białych damach”, Gmork 2015) tak udatnie transformował weird na współczesne realia, jak zrobił to w swojej powieści Gunia.

Wcześniejsza książka autora – zbiór opowiadań „Powrót” (Akurat 2014) – komentowany był jako twórczość trudna i hermetyczna, skierowana do wąskiego grona odbiorców. „Nie ma wędrowca” z całą pewnością taką książką nie jest. Przekłamaniem byłoby napisać że jest ona lekka i łatwa w odbiorze, bo to sprowadzałoby historię Guni do poziomu pulpowej opowiastki. Jednak z pełnym przekonaniem twierdzę, że jest to książka, która wciąga bez reszty; taka, którą czyta się szybko i na swój sposób łatwo, mimo wielu wtrąceń filozoficznych i podejmowania tematów naprawdę trudnych, jak rola ofiary, która dla zachowania życia staje się katem. Obok takich tematów trudno przejść obojętnie, ale i autor nie traktuje ich tylko jako makabrycznego sposobu na urozmaicenie powieści, ale czyni ludzką krzywdę, ludzkie cierpienie znaczącym, integralnym wątkiem, który obudowuje mroczną historią.

To z pewnością jedna z najlepszych książek grozy w tym roku. I chyba w ostatnich latach też. Polska groza powoli dojrzewa i wypuszcza autorów dojrzałych, którym mało jest rozpamiętywać po raz n-ty horrorowy boom pulpy lat 80. Fajne czasy, ale minione, czas na nowy rozdział, czas na pokazanie, że groza to coś więcej. I choć zdaję sobie sprawę, że „Nie ma wędrowca” nie trafi do każdego, bo jednak trzeba „rozumieć” weird, trzeba czuć tę estetykę, by się w powieści zagłębić w sposób zupełny, ale mimo wszystko namawiam, byście spróbowali, bo to po prostu dobra literatura. A dla takiej zawsze powinno się znaleźć miejsce. Powieść Guni wykracza i poza weird, i poza grozę sensu stricte. A może nie wykracza, a pokazuje, jaka groza być tak naprawdę powinna, jaka być potrafi?

Uczulam Was na tę książkę. Czy lubicie horrory, czy nie, warto po nią sięgnąć.

6 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Wojciech Gunia – Nie ma wędrowca
Wydawca: C&T (2016)
Liczba stron: 168

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także