Film

Wojna o planetę małp

dnia

„Wojna o planetę małp” jest nie tylko godnym zwieńczeniem trylogii, odświeżającym obrosłą już nieco kurzem historię zapoczątkowaną w powieści Pierre’a Boulle. Jest jednocześnie znakomicie nakreślonym obrazem ludzkiego okrucieństwa, gdzie pytanie: „czym tak naprawdę jest człowieczeństwo?” – może prowadzić do niewygodnych dla nas odpowiedzi.

Trudno tu nie kibicować małpom. I żaden to spoiler, bo i w poprzednich częściach rodziło się takie samo odczucie, że to my, ludzie, jesteśmy w filmie tymi „złymi”, jednostkami zasługującymi na potępienie, których upadku widz, słusznie, wypatrywał. „Wojna o planetę małp” jedynie potwierdza ten koncept, a dodatkowo rozwija go wspomagając się aluzjami politycznymi. Wszak małpy chcą jedynie żyć w spokoju, odizolować się od wojny, której chciały uniknąć, ale nie jest im to dane bowiem ludzie, w swoim pragnieniu kontroli i dominacji, napędzani są dewizą: „albo my, albo oni”. I ta bezpardonowa walka służy tylko jednemu – zdobyciu wyłączności w panowaniu nad Ziemią.

Grany znakomicie przez Woddy’ego Harrelsona przywódca wojskowych oddziałów jawi się nam trochę, jak charyzmatyczny, ale i przerażający Kurtz z conradowskiego „Jądra Ciemności”, który swoich podwładnych zdominował w takim stopniu, że okazują się zdolni do każdego czynu, każdych poświęceń. Ich determinacja graniczy wręcz z poddańczą obsesją, i nie sposób tej postaci postrzegać inaczej, niż jako parafrazy pułkownika Kurtza z „Czasu Apokalipsy” F.F. Coppoli, co stanowi swoiste rozwinięcie literackiego motywu. Jednak te, nad wyraz czytelne, odniesienia nie psują nam odbioru, a wzbudzają tylko bardziej dosadne emocje, odwołując się do zakorzenionych w widzach odczuć.

Nie trudno nam opowiedzieć się tutaj po stronie zwierząt, kiedy zestawimy zachowania armii ogarniętego obsesją pułkownika z troskliwymi odruchami grupy Cezara (niech przykładem będzie choćby małpia opieka nad ludzką dziewczynką), któremu bliżej jest do klasycznego wzorca społecznego, niż uzbrojonej po zęby, niby wyszkolonej ludzkiej armii. Piszę „niby”, bowiem oddział Pułkownika okazuje się być zgrupowaniem nie do końca rozumiejącym podstawowe procedury w zakresie działań wojennych, zdolnym za to do ślepego podążania i wykonania najbardziej irracjonalnych poleceń swojego dowódcy. To stanowi swoiste uwypuklenie odczłowieczenia i szaleństwa, jakie reprezentuje zgrupowanie Pułkownika. Nie ma tu racjonalnego myślenia, nie ma strategii, planowania. Jest żądza, adrenalina i odruchy, które wykonywane są w schemacie sugerującym bardziej sektę, niż wojsko. Dlatego też nawet targany wątpliwościami i gubiący gdzieś po drodze wyznawane wartości Cezar zdaje się być bardziej człowieczy, aniżeli wszyscy ludzie, jacy się na ekranie pojawiają. Im więcej nasz główny małpi bohater wykazuje ludzkich odruchów (nawet tych negatywnych, jak złość, pragnienie zemsty, impulsywność i chęć odreagowania za wszelką cenę zła, którego doświadcza), tym bardziej bliski się nam zdaje i tym chętniej stajemy po jego stronie.

Reżyser osiągnął interesujący efekt – sekundujemy tym, którzy nas – ludzkość – wypierają. W pewnej chwili zaczynamy odczuwać, że to, iż tracimy swoje miejsce na planecie jest zasłużoną karą za nasze postepowanie. Małpy w całej trylogii (nie tylko w części ostatniej), jawią się jako ofiary naszego okrucieństwa i naszej bezwzględności. Film zdaje się mówić wprost, że jesteśmy potworami, które zasługują na swój los, i widz zaczyna rozumieć, dlaczego powinniśmy przegrać tę wojnę. Ba! On na to czeka!

Matt Reeves poradził sobie doskonale z prostej przyczyny – dobrze rozumie tę plastyczną tkankę, jaką jest kino futorystyczno-przygodowe i wie, jak je kształtować, by nie zepsuć go przesadnym moralitetem na temat człowieczeństwa. Opowiada na nowo pozornie znaną historię, czyniąc z trylogii swoisty prequel znanej z wcześniejszych ekranizacji opowieści, jednocześnie wplatając w nią moralne dylematy współczesnego świata (uchodźcy, budowanie muru granicznego mającego powstrzymać „imigrantów”) i zgrabne odniesienia do popkultury (jak choćby wspomniany pułkownik Kurtz).

To naprawdę dobre kino, które zachwyca nie tylko stroną wizualną, ale i muzyczną (Michael Giacchino), zwłaszcza w scenach batalistycznych, których tu niemało.

Owszem, czasem scenariusz ma luki, czasem wyłażą niedociągnięcia logiczne, ale w ogólnym rozliczeniu widz przymknie na nie oko, bowiem są one konieczne dla opowieści, dla jej epickości i swoistego dramatyzmu. Ostatecznie okazuje się, że to jest naprawdę dobre zwieńczenie trylogii. Która tylko na razie jest trylogią, ale czy nią pozostanie? Nie wiadomo. Zakończenie pozostawia furtkę, a wyniki w box office mówią same za siebie…

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Wojna o planetę małp
Tytuł oryginalny: Transformers: The Last Knight
Kraj: Kanada, Nowa Zelandia, USA (2017)
Reżyseria: Matt Reeves
Obsada: Andy Serkis, Woody Harelston, Amiah Miller, Steve Zahn
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także