Literatura

Wrath James White – Populacja Zero

dnia

innswich

Wrath James White napisał powieść nieszczególnie wybitną. Ot, poprawną stylistycznie, ani nie rażącą błędami, ani przesadnie nie zachwycająca stylem. Jednocześnie „Populacja Zero” przykuwa uwagę kontrowersyjnym tematem, wpisując się w stosunkowo rzadki w gatunku trend horroru socjologicznego. I z tego względu warta jest poznania.

„Populacja Zero” to rozważania na temat naszej, ludzkiej odpowiedzialności za miejsce, w którym żyjemy. I o odpowiedzialności jednostek za kontrolę narodzin i odpowiedzialne macierzyństwo. Główny bohater – Todd Hammerstein – to szaleniec, frustrat, osobnik całkowicie oderwany od rzeczywistości. Trochę to tendencyjne, że skrzywienie psychiczne głównej postaci ukształtowane zostało przez niezdrowe dzieciństwo i bolesne przeżycia związane z drastyczną śmiercią rodziców, jednak staje się swoistą podstawą do zakodowanych w umyśle Todda obsesji oraz zawodowej niechęci pracownika opieki społecznej do bezczelnej wręcz tendencji wyzyskiwania systemu poprzez brak kontroli urodzeń i bezmyślne macierzyństwo.

White sięga po zabieg mocno szokujący, ale i na swój sposób wyjątkowy w ramach swojego gatunku. Jego bohater dokonuje czynów makabrycznych, których autor nie boi się opisać z typową dla horroru gore dosadnością jednak nie kryje się w tym – tak często prezentowana w utworach tego typu – perwersyjna przyjemność, radość, z dokonywanych zbrodni, bądź jej całkowite odrealnienie, brak jakichkolwiek racjonalnych przesłanek dla samych działań. U White’a książkowy bohater jest swoimi czynami przerażony. Jest zagubiony i niepewny, czy to, co robi, jest słuszne. On wie, że to jest złe! Ale nad słusznością już się waha, bo jego problemem jest granica, do jakiej – w szczytnym, w jego rozumieniu, celu – można się posunąć.

Dokonywane przez niego domowe operacje są nieudolne i pozornie nie mają prawa się udać… A jednak udają się, a my, zszokowani teatrem okrucieństwa – bardzo rzeczowego w swej formie, opisywanego na chłodno, bez emocji – zapominamy na chwilę o pewnych logicznych nieścisłościach, jakie się w książce pojawiają. Jesteśmy sparaliżowani tym, że stykamy się ze złem, ale czynionym nie w imię egoistycznych, perwersyjnych pobudek, ale szlachetnego – przynajmniej w rozumieniu bohatera – celu. Ze złem, ale czynionym dla dobra, większego dobra, jakiejś uniwersalnej, nieco wyimaginowanej wizji dobra.

White umiejętnie gra na emocjach czytelnika. Z jednej strony rodzi się w nas bunt przeciw postępowaniu Hammersteina, a z drugiej rozumiemy – w ogólnym założeniu – jego cele. Nie pochwalamy działań, ale pojmujemy ulotną, mocno przesłanianą przez makabrę, koncepcję jego idei. Sięga po niedopuszczalne środki, jest klasycznym przykładem psychopaty, jednak kiedy obserwujemy jego rozterki zawodowe, związane z zabiegami wielu ludzi w celu pozyskania realnej, finansowej pomocy, za pomocą nieodpowiedzialnie i lekceważąco traktowanego macierzyństwa, to zaczynamy go rozumieć. Nie pochwalać, nie usprawiedliwiać, ale rozumieć. A może nawet nie jego samego, ale patologię systemu, która rodzi się właśnie przez takie działania, które czynią więcej szkody, niż pożytku? White uderza w system. Według niego system szkodliwy, wypaczony, zaradność w nim nie popłaca. Nie wiem, czy White prezentuje sympatie republikańskie, ale jego postrzeganie funkcjonowania systemu opieki społecznej USA mocno na to wskazuje.

Oczywiście obsesje Hammersteina są wyolbrzymione, przerysowane do granic możliwości. Są nieakceptowalne ze względów moralnych i etycznych. Jednak motywacje do działań – to już inna para kaloszy. Wykorzystywanie macierzyństwa – będącego samego w sobie czymś wspaniałym – w sposób tak instrumentalny, jak zaprezentowano w powieści budzi nasz sprzeciw i odrazę. Dlatego skłonni jesteśmy stanąć po stronie Todda, choćby częściowo, choćby z oporami. Postrzeganie przez niego człowieka, jako pasożyta żerującego bezlitośnie na Matce Ziemi nie jest z jednej strony pomysłem w kulturze popularnej nowym, ale też w sposób ciekawy i nowatorski wykorzystanym.

Jak wspomniałem na początku, „Populacja Zero” nie jest ani powieścią wybitną, ani słabą w warstwie stylistycznej. Ot, poprawnie nakreślona historia, z całkiem zgrabnym choć może i odrobinę naciąganym zakończeniem. Tytuł broni się przede wszystkim interesującą problematyką społeczną oraz nieprzesadzoną dawką makabry, dobrze osadzoną w fabule. Dla fanów horroru ekstremalnego z pewnością jest to powieść, którą powinni się zainteresować. Ale też i nowicjusze w tym gatunku mogą się z „Populacją Zero” zmierzyć. To interesujący przykład książki która próbuje pretendować do czegoś więcej, niż tylko katalogu najwymyślniejszych tortur. A w ramach gatunkowych horroru ekstremalnego – to już dużo.

4 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Wrath James White – Populacja Zero
Tytuł oryginalny: Population Zero
Tłumaczenie: Łukasz Zbrzeźniak
Wydawca: Dom Horroru (2017)
Liczba stron: 184
Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także