Film

Wyleczeni (Kino / Fest Makabra 3)

dnia

Choć temat zombie został już przemielony i przewałkowany na wiele możliwych sposobów, to dopiero od niedawna twórcy próbują odkryć dramatyczną stronę tego zjawiska. Najbardziej popkulturowy pod tym względem jest serial „The Walking Dead” (wraz z satelitką „Fear The Walking Dead”), który łączy elementy horroru z dramatem społecznym. Bardziej niszowymi produkcjami były np. „Maggie”, „Cargo”, „The Dead Set”, czy „Contracted”. Teraz na ekranach kin możecie zobaczyć „Wyleczonych” w reżyserii Davida Freyne. Film stanowi próbę ukazania odbudowy świata i społeczności po apokalipsie zombie, więcej jest zatem tutaj wątków politycznych, społecznych i gospodarczych. Podczas seansu czuć jednak wyraźnie ciężar głównego motywu, dlatego już na wstępie można docenić, wyraźnie przebijającą się z ekranu, umiejętność twórców do łączenia realnych problemów z wątkami mało realistycznymi (przynajmniej dla ponad połowy widzów).

Rzecz dzieje się w Irlandii. Kilka lat wcześniej wśród irlandzkiej społeczności rozprzestrzenił się wirus, który zamieniał ludzi w krwiożercze bestie (tym blisko produkcji do „28 dni później”). Dziś sytuacja zdaje się być w miarę ustabilizowana. Nie monitoruje się nowych zarażeń, a aż 75% zarażonej ludności udało się wyleczyć, pozostali – „lekoodporni” – trzymani są w odosobnieniu, wyleczonych przywraca się na lokalne łono. Nieliczni wracają do swoich rodzin, inni do ośrodków pomocy „wyleczonym”. Senan jest jednym z powracających. Przyjmuje go bratowa mieszkająca wraz z synkiem w domu rodzinnym mężczyzny. Senan, tak jak inni wyleczeni, zmaga się ze społecznym ostracyzmem, dodatkowo walczy z własnymi demonami bowiem wspomnienia z czasów bycia zarażonym, wciąż są żywe w jego pamięci. Tym czasem społeczne napięcia stają się coraz bardziej niebezpieczne, tworzą się różne ugrupowania, do tego dochodzi jeszcze problem pozostałych 25% zarażonych, dla których na razie nie ma lekarstwa – wielu domaga się ich eutanazji. Irlandia tylko pozornie odzyskała spokój, nadchodzą kolejne mroczne dni, a historia zdaje się zawracać na tory z których chwile temu zdążyła szczęśliwie zboczyć.

Pierwszym ważnym elementem poruszonym w tym filmie jest kwestia pamięci dokonywanych zbrodni przez ludzi zarażonych tajemniczym wirusem. Zarażeni są ukazani, niczym stadne zwierzęta, którymi kieruje instynkt – nie są to więc całkowicie bezwolne istoty, mogą one bowiem decydować kogo zarazić, a kogo pożreć, potrafią też podejmować podstawowe decyzje umożliwiające im przetrwanie. Z drugiej strony są całkowicie poddani chorobie, nie są w stanie nad sobą zapanować, ich „człowieczeństwo” nie zostaje zepchnięte gdzieś w otchłań, ono znika całkowicie. Mamy też dwa konflikty – ten wewnętrzny, z którym muszą mierzyć się po powrocie osoby wyleczone, oraz ten zaogniający się coraz bardziej między wyleczonymi, a resztą społeczeństwa, która ich nie akceptuje, czy to przez lęk, niezrozumienie, czy też po prostu nienawiść do odmienności. Film zmusza do zastanowienia się nad wieloma kwestiami, ja wymieniłam tylko niektóre z nich.

„Wyleczeni” to tak samo dobre kino społecznie zaangażowane, jak i film grozy. A jednak to dzieło dość spokojnie i powolne. Mocne akcenty dramatyczne przeplatane są licznymi jump scare’ami, które przyprawiają o dreszcze, ale nie wpływają na szybszy rozwój sytuacji. Co więcej, wielokrotnie mają one na celu pogłębienie, czy też uwypuklenie emocji bohaterów. Problematyczne dla widzów, którym spodoba się już od pierwszych chwil takie prowadzenie akcji, mogą okazać się ostatnie minuty filmu, w których reżyser postawił na nieco bardziej klasyczne akcenty filmów o zombie. Zmienia się nie tylko jego dynamika, ale również wydźwięk. Jednym się to spodoba, innym nie. Ja odczułam delikatny zawód, jednak nadal potwierdzam, że „Wyleczonych” obejrzałam z przyjemnością, choć to film ponury, przygnębiający i dość ciężki tematycznie, tym bardziej jeśli ktoś się pokusi o rozpatrywanie go w kategoriach obecnej sytuacji geopolitycznej w Europie.

Aktorsko to produkcja na dość wysokim poziomie, choć główny ciężar dźwiga tutaj jedna postać – Senana, w roli którego widzimy Sama Keeleya – jego twarz wyraża doskonałe połączenie melancholii i bólu przeżytej traumy, a chwilowe przebłyski uśmiechu zdają się tak mocno naturalnym odruchem, że widz wierzy tej postaci od początku do końca. Z kolei z drugiej strony mamy postać Conora (w tej roli Tom Vaughan-Lawlor), którego demoniczne i przenikliwe spojrzenie, już od pierwszych chwil, wywołuje ciarki na plecach. Można było spodziewać się, że gwiazdą tej produkcji będzie Ellen Page, jednak przy dwóch wyżej wymienionych aktorach, staje się ona jedynie ich tłem, na szczęście bez szkody dla filmu.

„Wyleczeni” to jeden z ciekawszych fabularnych eksperymentów kinematograficznych. To produkcja pokazująca, że filmy o zombie wcale nie muszą być głupie i nastawione jedynie na krwawą jatkę (nawet jeśli zakończenie nieco psuje ten efekt), a figura zombie nadaje się doskonale do ukazania współczesnych problemów świata. Na taki seans warto się skusić.

Recenzentka: Żaneta Fuzja Krawczugo

Wyleczeni
Tytuł oryginalny: The Cured
Kraj: Irlandia (2018)
Reżyseria: David Freyne
Obsada: Ellen Paige, Sam Keeley, Tom Voughan-Lawlor, Paula Malcomson
Dystrybutor: Kino Świat
Żaneta

Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także