Artykuł

Wywiad z Andrzejem Wardziakiem

dnia

Andrzej Wardziak to młody pisarz, który oficjalną przygodę z własną twórczością rozpoczął od zombie apokalipsy i to nie byle jakiej, bo pierwszej w Polsce. Jego powieść „Infekcja” doczekała się ponownego wydania oraz kontynuacji, na której premierę na pewno czekają wszyscy miłośnicy żywych trupów. Dziś prezentujemy Wam rozmowę z autorem, z której dowiecie się czy łatwo jest połączyć pracę z odchudzaniem kotów i pisarstwem oraz czy aby przetrwać zombie apokalipsę potrzeba siły, sprytu, czy czegoś jeszcze.

Zacznijmy od rozgrzewki. Kto miałby największą szansę przeżyć apokalipsę zombie: piękna i biuściasta dziewczyna z kijem baseballowym; silny ale ociężały mieszkaniec polskiego blokowiska; wątłej postury intelektualista, który zjadł zęby na grach o zombiakach?

Andrzej Wardziak: Pierwsza odpowiedź jaka mi się ciśnie na usta to mięśniak – ale po chwili zastanowienia, może jednak chuderlak? Laska z kijem też mogłaby dać radę… przez chwilę. Na pewno we trójkę mogliby nieźle namieszać, ale tak serio, to myślę, że chyba każdy miałby takie same szanse – bo siła gdzieś tam się skończy, intelekt nie zawsze będzie wystarczył, a od machania kijem też możemy się szybko zmęczyć. Aczkolwiek chętnie popatrzyłbym na te zmagania. (śmiech)

Jak oceniasz swoje szanse w starciu z żywymi trupami?

Ja już mam opracowane plany ewakuacyjne, punkty zbiorcze, spakowane plecaki i tak dalej. Rodzina również wie, co ma robić, gdzie jechać, co zabrać i jak się zachowywać – wszystkich dokładnie wyedukowałem. Cały czas też noszę przy sobie nóż i latarkę, nie tylko w oczekiwaniu na apokalipsę. Czyli, praktycznie i realnie patrząc – myślę, że przeżyłbym pierwsze piętnaście minut.

Akcja Twojej powieści „Infekcja: Genesis” rozgrywa się w Warszawie. Wydarzenia z niektórych lokacji robią naprawdę świetne wrażenie, chociażby to, co dzieje się w tunelach stołecznego metra. Czy jednak architektura polskich miast wyróżnia się jakoś szczególnie na tle chociażby Ameryki, która już wielokrotnie stawała się celem epidemii zombie?

Dzięki. Zależało mi na tym, więc miło widzieć, że efekt przyniósł oczekiwany rezultat. Różnica w budownictwie na pewno jest dość spora – chociażby dlatego, że koledzy zza oceanu nie musieli niczego odbudowywać po wojnie. Jednak nie to było dla mnie najważniejsze. Zależało mi na tym, żeby przenieść akcję do miasta, które znam, w którym sam mieszkam. Realizm i emocje towarzyszące czytaniu znacznie wzrastają, jeżeli czytelnik może poruszać się po lokalizacjach, o których czyta. Wspomniane przez Ciebie metro, Pole Mokotowskie, patelnia – ludzie niejednokrotnie pisali do mnie mówiąc, że już po przeczytaniu książki mają obawy związane z przemieszczaniem się tymi miejscami. Dodatkowo, dzięki temu powieść zostaje w głowie na znacznie dłużej.

Idąc dalej tym tropem. W jakim stopniu lokalizacja wpływa na szanse przetrwania w takich okolicznościach?

Miejsca, ukształtowanie terenu, infrastruktura – to wszystko jest czynnikiem absolutnie kluczowym. Już sami Sun Tzu i Sun Pin pisali o tym w klasycznym dziele pt. „Sztuka wojny”. Najprościej będzie wytłumaczyć to w taki sposób: wyobraź sobie, że goni Cię dziesięcioro zombie. Powiedzmy, że połowa truchta, połowa chodzi, żeby nie było zbyt hardcorowo. Gdzie miałabyś większe szanse na przetrwanie – w szczerym polu, czy w mieście? Na polu prędzej czy później zwyczajnie opadniesz z sił, nawet jak znajdziesz las to niekoniecznie trafisz na drzewo, na które będziesz w stanie wejść. Nawet jeżeli na nie wejdziesz, to kiedyś będziesz musiała z niego zejść, a domyślasz się, co będzie czekało na Ciebie na dole. Miasto daje większe pole do manewru. Masz otwarte sklepy, galerie handlowe, mnóstwo kryjówek i jedzenia. No i równie wiele zombie, wiec decyzja nie jest zbyt prosta. Dlatego najbezpieczniej chyba byłoby na przedmieściach, skąd można byłoby robić rajdy do miasta po zapasy.

Pisząc „Infekcję” postawiłeś na mnogość bohaterów. Nie bałeś się, że taki zabieg spowoduje rozłożenie ładunku emocjonalnego na zbyt wiele czynników? Że zbyt duża liczba bohaterów sprawi, że czytelnicy nie będą w stanie przywiązać się do nich? Tym bardziej, że Twoja powieść jest zdecydowanie nastawiona na akcję.

Zrobiłem to z czystą premedytacją. Chciałem zbudować powieść, w której czytelnik sam sobie wybierze głównego bohatera. I chyba mi się to udało, bo dla jednych był to Paweł, dla innych Tomek, Kuba lub Max. Dla każdego znalazło się coś miłego.

Którego swojego bohatera darzysz największą sympatią? I czy jest taki, którego w życiu byś nie polubił?

Oj, trudne pytanie. Każdy z nich ma cechę, która szczególnie mi się upodobała, każdy dostał coś innego i spersonalizowanego. Nie bardzo mogę już teraz mówić kogo lubię najbardziej, bo podstępni czytelnicy mogą na tej podstawie snuć przypuszczenia dotyczące drugiej części… Może odpowiem inaczej – nie mam swojego ulubionego, ale za każdym razem kiedy któryś z nich ma zginąć, przychodzi mi to z olbrzymim trudem. Nie chcę mówić więcej, żeby za bardzo nie spoilerować, chociaż nietrudno domyśleć się, że w drugiej części „Infekcji” – w „Exodusie” – bohaterowie będą mieli jeszcze bardziej pod górkę. I nie wszystkim będzie dane dotrwać do końca.

Niektórym wydaje się, że napisanie książki to strasznie skomplikowana sprawa – trzeba mieć pomysł, wenę i czas. Inni siadają i tworzą tekst za tekstem, a w międzyczasie odnoszą sukcesy zawodowe, wychowują dzieci, nigdy nie przesalają zupy i odchudzają chomika. Jakie jest Twoje doświadczenie związane z twórczą działalnością? Czy pewnego dnia dopadło Cię literackie objawienie? Czy miałeś chwile zwątpienia?

Pewnie, że to banalne. Przecież, co może być trudnego w łączeniu pracy, pisania, uprawiania sportu, spotykania się ze znajomymi, życia jako takiego i odchudzania kotów. Dwóch. Toż to banał! (śmiech) A tak zupełnie serio, to na pewno są pisarze, na których skapnęło co nieco z jakiegoś boskiego kałamarza, podczas gdy inni po prostu muszą pracować na dwa etaty. Pisać lubiłem od zawsze. Jeszcze w liceum wyskrobałem krótkie opowiadanie, które zaniosłem do mojej polonistki, prosząc ją, aby je przeczytała. Chciałem po prostu zobaczyć czy jest złe, czy bardzo złe. W odpowiedzi zapytała się mnie, czy może je wysłać na konkurs literacki, na co oczywiście się zgodziłem. Okazało się, że zająłem trzecie miejsce i wygrałem słownik, chociaż tak naprawdę wygrałem coś znacznie cenniejszego – przekonanie, że to, co piszę, może się podobać ludziom. Że mogę wywoływać emocje, co dla mnie zawsze w pisaniu było najważniejsze. Jeżeli mówimy o chwilach zwątpienia, to są to moi stali towarzysze. Zarówno podczas tworzenia konceptu, poprzez same pisanie, wysyłanie tekstów do wydawców, jak i po trzymaniu wydrukowanej powieści w rękach. Na początku zadawałem sobie pytania ile rzeczy można było napisać inaczej, co można było zrobić lepiej, ciekawiej. Jednak powoli się tego oduczam, gdyż to jest niczym innym jak, tylko walką z wiatrakami. Myślę, że wątpliwości powinny nam stale towarzyszyć, w innym wypadku – nie zadając sobie co chwila pytań typu – czy to na pewno dobre? Czy to wygląda naturalnie? Czy postaci nie są drewniane? Tekst stoi w miejscu i nie ma prawa się rozwijać.

Jaki efekt chciałeś wywołać „Infekcją”? Opisz krótko co według Ciebie może powiedzieć czytelnik po przeczytaniu ostatniej strony.

„Łajza” – przeważnie takie komentarze docierały do mnie po przeczytaniu ostatniego zdania pierwszej części  Nie myślałem o jakimś konkretnym efekcie. Chciałem, żeby książka zapadła czytelnikom w pamięci, żeby dobrze się bawili podczas czytania, żeby się bali, żeby pamiętali o niej jeżdżąc wspomnianym już metrem.

„Infekcja” została wydana po raz drugi. Następna była „Siódma dusza”. Teraz czekasz na pojawienie się na rynku powieści „Infekcja: Exodus” – wygląda na to, że masz już pewne doświadczenie z branżą wydawniczą w Polsce. Jak oceniasz jej funkcjonowanie?

Z pierwszym wydaniem „Infekcji” doświadczyłem sporo nieprzyjemności, że tak dyplomatycznie powiem. Wydawca ewidentnie ściemniał, dostał kasę („Infekcja” została wydana w opcji współfinansowania), następnie wypuścił na rynek mniej niż czterysta egzemplarzy i nara. Dodruki wynosiły po dwadzieścia pięć egzemplarzy. Jakiejkolwiek promocji oczywiście nie było. Jak sama widzisz, moje rozdziewiczenie nie było dość przyjemne, ale traktowałem je jak inwestycję, która kiedyś może mi się zwróci. Myślę, że branżę wydawniczą w Polsce trawi jeden wspólny problem – wydawcy traktują autora jak zło konieczne, jak niechcianego klienta, który przychodzi chwilę przed zamknięciem sklepu. Tymczasem powinno to wyglądać odrobinę inaczej, co dla wszystkich jest dość oczywiste. I nie będę tu wchodził w kwestię wypłacalności czy wysokości honorariów, bo to jest kwestia absolutnie indywidualna.

Na zakończenie zdradź czytelnikom Grabarza co przeraża twórcę pierwszej polskiej apokalipsy zombie?

Oj, trochę tego będzie. Na przykład jestem klasycznym przykładem człowieka cierpiącego na koulrofobię – czyli boję się lekko tłustych gości z krzykliwym makijażem, czerwonym nochalem i w za dużych butach. Nie cierpię clownów. Spotkaniu w nocy clowna mogłoby dorównać spotkanie samotnej dziewczynki w białej sukni. Jeszcze niech stoi tyłem i ma spuszczoną głowę, to już w ogóle, umarł w butach. Ach, jeszcze niech stoi w polu kukurydzy… klasyki, wiem. Ale siedzą mi we łbie. I ludzie sobie myślą – co może być strasznego, phi. Serio, wyobraźcie sobie, że stoicie w środku lasu i widzicie małe dziecko. Które sobie stoi tyłem do was, nic nie robi, nic nie mówi. Samotne. Już nie jest tak kolorowo, nie? Poza tym jeszcze mam jedną fobię – odczuwam olbrzymi dyskomfort przechodząc w nocy obok luster. Nie lubię ich i już. W nocy zwierciadła stają się magiczne, pokazują to, czego często nie chcemy widzieć, lub czego widzieć nie powinniśmy.

Rozmawiała: Żaneta „Fuzja” Wiśnik

Żaneta

Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także