Artykuł

Wywiad z Arturem Urbanowiczem

dnia

Artur Urbanowicz – jak sam o sobie mówi – pisarz-perfekcjonista, uważny obserwator rzeczywistości. Autor dwóch powieści: słowiańskiej powieści grozy „Gałęziste” (Novae Res 2016) oraz hybrydy gatunkowej – „Grzesznika” – łączącego literacką grozę z powieścią gangsterską. Z zawodu informatyk i wykładowca akademicki, z wykształcenia matematyk. Pochodzi z Suwalszczyzny, której w swoich dziełach poświęca mnóstwo uwagi, promując dzięki temu swoje rodzinne strony. W tworzonych książkach stawia na niebanalną rozrywkę i lekkość stylu. Zafascynowany gatunkiem horroru pod każdą postacią. Jego debiutanckie „Gałęziste” zdobyły „Złotego Kościeja” i dzięki głosom czytelników zostały nominowane do finału Nagrody Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego.

Rozmawiamy z autorem m.in. o tym, czym dla niego jest pisanie, jak je postrzega, jak sam tworzy swoje powieści A także o jego stosunku do blogosfery czy zabawnych historiach, które spotkały go na twórczej drodze. Oczywiście nie zabraknie pytań o jego najnowszą powieść.

Na każdym kroku podkreślasz, że tworzysz, aby przede wszystkim dostarczać innym rozrywki. A czym jest dla Ciebie samo pisanie? Traktujesz je jako bardzo rozwiniętą formę hobby, spełnienie dziecięcych marzeń, a może sposób na wyrzucenie z siebie wszystkich tych emocji, które w Tobie siedzą? Jak postrzegasz swoje własne książki? Pisanie to rzecz do opanowania jak rzemiosło czy może artystyczny gen, z którym przychodzimy na świat?

W zasadzie pogląd o rozrywkowej funkcji literatury rozumiem jako parafrazę stwierdzenia, że w książkach najważniejsza jest opowieść. Zajmująca, pochłaniająca Cię bez reszty. Tworząc „Grzesznika”, a teraz moją trzecią książkę, zdałem sobie sprawę, że moim celem jest dążenie do perfekcji w opowiadaniu historii, ale w nieco inny sposób, niż przeciętny czytelnik to sobie wyobraża. Zwróć uwagę – na pewno znasz osoby, których gadania z jakiegoś powodu szczególnie lubisz słuchać, o czymkolwiek by nie nawijali. Każdy zna. Dzięki swobodzie w operowaniu słowem, humorowi, błyskotliwym metaforom i puentom, potrafią zamienić nawet najbanalniejszą opowiastkę w świetną rozrywkę, umieją opakować ją tak, że słuchasz jej z zapartym tchem. Ja mam to szczęście, że nawet z taką osobą mieszkam! Wzorami gawędziarzy są najlepsi stand uperzy. Potrafią świetnie obserwować i z rozmachem komentować rzeczywistość, każdy element codzienności opisują w zabawny sposób. Nawet nie zauważasz, jak szybko mija Ci z nimi czas, zaś kiedy następuje koniec występu, żałujesz, że ich opowieść nie trwa dłużej. Jestem zdania, że tak samo można pisać. Nawet horrory.

Nie istnieje jedna odpowiedź na pytanie, czym jest dla mnie pisanie. Nigdy nie powiem, że pracą, ponieważ po pierwsze – nie piszę dla pieniędzy, po drugie – jak w każdym zawodzie, wiązałyby się z tym typowe zagrożenia dla jakości moich utworów. Znużenie, brak motywacji, nie wspominając o ryzyku odstawiania fuszerki. Zacząłbym od tego, że pisanie, ogólnie tworzenie, jest dla mnie naturalną koleją rzeczy. Od dziecka lubiłem pobujać w obłokach, zapisywać sobie zasłyszane zabawne dialogi i miałem smykałkę do wymyślania różnych historii. Bawię się też trochę amatorsko muzyką i grafiką. W dalszej kolejności – tworzenie jest dla mnie formą samorealizacji, pasji, która nigdy się nie nudzi i z której nie da się wyleczyć. Mam świadomość, że coś po sobie zostawiam i dbam o (po)twory z należytą starannością. Traktuję je jak dzieci, „wychowuję”, bezustannie lepię w nich, niczym w glinie, dopieszczam, poprawiam kiedy trzeba. Chcę nimi coś przekazać, wspomniane przez ciebie emocje na pierwszym miejscu. W każdej opowieści najważniejsze są emocje. Kiedy ich nie ma, szybko o niej zapominasz, nie ma tego przyjemnego uczucia kaca książkowego.

Być może zabrzmi to brutalnie, ale uważam, że dobrego pisania nie da się nauczyć. W sensie – dobrego opowiadania. Owszem, możesz nauczyć się składać literki i zdania, w których słowa występują we właściwej kolejności. Możesz nauczyć się interpunkcji i znaczenia związków frazeologicznych. Każdy może. Ale to dopiero początek. Przede wszystkim musisz umieć obserwować, słuchać i czuć. Następnie – umieć wyciągać z tych doznań coś ciekawego. Wreszcie – musisz potrafić to zajmująco, ale zwięźle opisać. Trafić w sedno. Poczuć niemalże muzyczny rytm opowiadania, ten flow niczym w rapie, który sprawia, że czytelnik płynie przez tekst. I o ile pisać uczy się nas w szkole, o tyle obserwowania, słuchania, czucia i rytmiki tekstu nikt cię nie nauczy. Przynajmniej na razie, kiedy nie wiemy, na czym ten magiczny proces właściwie polega. Więc albo się z tym rodzisz, albo w niewyjaśniony sposób nabywasz tej umiejętności w miarę upływu czasu. Nie powiem ci jednak, jak to się odbywa, bo nie mam zielonego pojęcia.

Wnioskując po wykształceniu (ukończona matematyka na Uniwersytecie Gdańskim) oraz tym, czym zajmujesz się zawodowo (praca w zawodzie informatyka i wykłady dot. instrumentów finansowych na wyższej uczelni), można dojść do wniosku, że również do procesu twórczego podchodzisz bardzo analitycznie i planowo. A jak jest naprawdę? Działasz spontaniczne, a może poruszasz się wedle ustalonego wcześniej skryptu? Piszesz codziennie? Przy okazji, jak wyglądają ulubione okoliczności dla Twojego procesu kreacji? Wyjątkowe miejsce lub pora dnia? Posiadasz jakiś wyjątkowy zwyczaj przed lub w trakcie pisania?

Tak naprawdę jest pół na pół. Zaczyna się od planu, lecz realia zawsze go weryfikują. Czyli w potrawie zwanej książką znajdziesz szczyptę suchego, matematycznego podejścia, ale zdarza mi się też dorzucić kapkę spontanicznego freestyle’u, z którego powstaje coś, czego nie planowałem i z czego jestem zadowolony. Niemniej, trzymam się jednej, żelaznej zasady – od początku wiem, jak skończą się moje powieści. Cała fabuła podporządkowana jest wyłącznie temu głównemu, wielkiemu, końcowemu twistowi, pracuje na niego od pierwszego zdania. Staram się pisać codziennie (przecież nawet teraz, w trakcie tego wywiadu to robię!), choć tak naprawdę, będąc precyzyjnym (precyzja – kolejne zboczenie matematyków…) proces samego „pisania” powieści zajmuje niewiele, od trzech, do pięciu miesięcy. Znacznie więcej czasu trwa poprawianie, szlifowanie, dopisywanie, skreślanie i wygładzanie – ponad rok, półtora. Przykład: pierwsza wersja mojej trzeciej książki jest już od dawna gotowa, ale zanim trafi do wydawcy, swoje musi odczekać. Bez dyskusji. Jeżeli zaś nawet po tak długim czasie pracy nad tekstem nadal nie będę z niego zadowolony, to będzie czekał nawet dłużej. Nic nie będzie w stanie mnie od tego odwieść, bowiem jakość książki równoważna zadowoleniu Czytelników jest dla mnie najważniejsza. Jestem zdania, że dobrej, dopracowanej, przemyślanej powieści nie da się stworzyć w kilka miesięcy. Po prostu nie i już. Czas nie jest z gumy. Im dłużej pracuje się nad tekstem, tym będzie tylko lepszy. Zawsze na bieżąco przychodzą mi do głowy nowe pomysły na ubarwienie postaci, dialogu, może nawet jakaś nowa, krótka scena? Piszę zazwyczaj o poranku, świeżo po przebudzeniu. Z prostego powodu – to właśnie wtedy mózg jest wypoczęty i gotowy na najcięższą pracę (kolejny przykład mojego chłodnego, analitycznego podejścia do pisania). Potem, po powrocie z pracy kontynuuję, mniej więcej do północy. I tak dzień w dzień. Czas mija mi więc bardzo szybko, staram się regularnie spędzać go efektywnie.

Zastanawiam się, jak podchodzisz do kolejnych etapów tworzenia swoich powieści. Czy masz w zwyczaju dzielić się regularnie z bliskimi nowinami odnośnie skończonego właśnie rozdziału, pokazujesz im mniejsze fragmenty swojej pracy? Masz potrzebę natychmiastowego feedbacku? A może jest zgoła odmiennie: wszystko, co tworzysz owiane jest tajemnicą i nikt nie może zobaczyć efektów, aż nie ukończysz całości?

Choć kiedyś było inaczej, aktualnie jest mi bliżej do tej drugiej strategii. Zresztą, „całość” to pojęcie względne. Proces szlifowania historii trwa tak naprawdę do samego końca, do oddania tekstu do druku. Oczywiście, kiedy tekst przeszedł już te dwie-trzy korekty, pokazuję go zaufanym osobom. Niektóre były ze mną już od pierwszych wersji „Gałęzistego”. Proszę je o uwagi, im więcej krytycznych tym lepiej. I zawsze pytam o najważniejsze: czy końcowy twist zdał egzamin. Najpiękniejsza odpowiedź, jaką mogę wtedy usłyszeć to: „tego się nie da przewidzieć!”. Czasem pytam nawet, czy zrozumieli, co tak naprawdę dzieje się w fabule dopiero po przeczytaniu tego jednego, konkretnego zdania, a więc dokładnie wtedy, kiedy chciałem. To dla mnie bardzo ważne.

Co czujesz w momencie finalizacji swoich powieści? Jesteś wtedy wyczerpany, czujesz pustkę w środku? Dumę? Satysfakcję? A może obawę przed reakcją Twojego redaktora i czekającymi Cię ewentualnymi poprawkami? Zauważyłeś w tej kwestii jakieś różnice w postawie między debiutem, a „Grzesznikiem”?

Zazwyczaj, kiedy dopinam wydanie danej książki, jestem już w samym środku pracy nad kolejną, więc o żadnej pustce, wyczerpaniu, czy zniechęceniu nie może być mowy. Jest poczucie dobrze wykonanej roboty, ale nieosiadanie na laurach. Trzeba zakasać rękawy i jechać dalej. Lubię stawiać sobie coraz ambitniejsze cele, przesuwać granicę strefy komfortu. Zauważyłem na przykład, że każda kolejna powieść wymaga ode mnie więcej pracy, jeżeli chodzi o research. I o to chodzi! Dzięki temu poszerzam wiedzę i poznaję wielu świetnych, życzliwych ludzi. Jestem zdania, że człowiek na każdym etapie swojego życia powinien się czegoś uczyć. Jeżeli chodzi o „Grzesznika”, było to na przykład sporo wiedzy z zakresu psychologii, psychiatrii i mowy ciała, jak również niemało poczytałem o największych polskich grupach przestępczych z lat 90., czyli de facto o najnowszej historii Polski.

Natrafiłem w sieci na następującą informację odnośnie „Grzesznika”, cytuję: „Pomysł na tę książkę to wypadkowa doświadczeń i wniosków autora – począwszy od historii zasłyszanej wiele lat temu na lekcji religii i przesłania moralnego z niej płynącego, będą też elementy „lokalnego folkloru”, będą i całkowicie nierzeczywiste miejsca”. A kiedy pojawiło się u Ciebie to konkretne przekonanie: napiszę właśnie taką książkę, „Grzesznika”. Pamiętasz okoliczności, sytuację? To był impuls czy historia stopniowo rodziła się w Twojej głowie, krok po kroku?

Zaczęło się to jeszcze podczas pracy nad „Gałęzistym”. Powiedziałem znajomemu, że pod płaszczykiem fabuły będę starał się przemycić lokalne, suwalskie smaczki. Ten zapytał wtedy: „a będzie postać przemytnika”? Co prawda przedstawiciela tej profesji w swojej pierwszej książce nie zawarłem, ale był to dobry punkt zaczepienia pod kolejną historię. Potem przypomniałem sobie o dwóch opowiadaniach, które usłyszałem dawno temu, na lekcjach religii i uznałem, że myśli w nich zawarte warto rozwinąć w pełnokrwistą, długą powieść grozy dla dorosłych. Od początku wiedziałem więc, jak „Grzesznik” się skończy. Szkielet historii był zatem gotowy, należało tylko opakować go w narządy, skórę i… duszę. Zaczęło się więc od impulsu, głównej myśli, by potem dojrzewać w wyobraźni. Jak już wspominałem, trwało to do samego oddania tekstu do druku. Nawet podczas oficjalnej redakcji i korekty pod czujnym okiem wydawcy zdarzało mi się co nieco dodawać. Drobnostki, ale jednak. Książka stała się od tego tylko lepsza.

Co Ci się najbardziej podoba w „Grzeszniku”. Z których wątków jesteś najbardziej zadowolony? I odwrotnie – co sprawiło Ci największą trudność, co było dla Ciebie prawdziwym wyzwaniem przy okazji pisania swojej drugiej powieści?

Podoba mi się przede wszystkim to, że udało mi się zadowolić samego siebie, a to wyczyn. Musisz wiedzieć, że podchodzę do siebie bardzo, bardzo krytycznie. Stworzyłem powieść, którą nawet za dwudziestym razem czytało mi się z przyjemnością i mam tylko nadzieję, że to nie dlatego, iż mozolnie dłubiąc tekst, nauczyłem się go na pamięć! Celowałem w stworzenie spójnej, dopracowanej, przemyślanej, dobrze opowiedzianej, satysfakcjonującej historii z zaskakującym finałem i drugim dnem. Wykreowanie wyrazistych, zapadających w pamięć postaci. Doświadczenie czytelnika o wszystkie możliwe emocje – strach, śmiech, smutek i pokrzepienie. Zachęcenie go do refleksji i przy okazji nauczenie paru ciekawostek. Szczególną uwagę poświęciłem dialogom, w których miało pojawić się zarówno dużo mocnych sentencji, jak i humor rodem z klasycznych polskich komedii gangsterskich. Uwielbiam książki i filmy, w których to dialogi stanowią najlepszą część historii. Mistrzostwem pod tym względem jest gangsterskie kino Martina Scorsese – „Kasyno”, „Chłopcy z Ferajny” i wybitna „Infiltracja”.

Generalnie całą książkę, każdy jej wątek darzę sentymentem, ale nigdy nie ukrywałem, że moim ulubionym rozdziałem jest „Harem”. To esencja „Grzesznika: zaczyna się niewinnie, z humorem, potem nagle pojawia się narastające napięcie, zamieniające się w przerażenie. Wreszcie dochodzimy do punktu kulminacyjnego, w którym pewna granica zostaje przekroczona i zaczynamy kibicować głównemu bohaterowi, zapominamy, że ma wiele na sumieniu.

Największym wyzwaniem podczas pisania zarówno tej, jak i pozostałych książek było zawsze jedno i to samo – zacząć. Zrobić pierwszy krok, wgryźć się w historię, mając z tyłu głowy, że gdzieś na dwa lata przepadnie się w niej bez reszty. Wyznaję zasadę, że jeżeli coś zaczynam, skupiam się tylko na tym i muszę to skończyć, więc nie ma przebacz. Decyzja o rozpoczęciu pracy nad daną opowieścią jest więc… odpowiedzialna.

Załóżmy, że musisz odbyć karę za wyimaginowane, ale ciężkie przewiny… Do której swojej książki skierowałbyś kroki? Gdzie lepiej byś sobie poradził i dlaczego? Przez którą gehennę „wolałbyś” przejść – byłbyś w stanie wybrać dla siebie mniejsze zło?

Nie wiem, czy ma to związek z zaangażowaniem emocjonalnym w fabułę mojej trzeciej książki, ale wybieram opcję numer trzy. Który fan opowieści z dreszczykiem nie chciałby znaleźć się w przeklętej wiosce, w której dosłownie każdy dom ma swoją mroczną tajemnicę? Kto nie chciałby wcielić się w policjanta, który musi rozwiązać przerażającą zagadkę z paranormalnym tłem? Nie myślcie jednak, że bohatera czeka sielanka. Podobnie jak w „Gałęzistym” i „Grzeszniku”, szykuję dla niego wiele wyzwań, które wystawią jego psychikę na poważną próbę. I to wyzwań związanych nie tylko z walką z demonami, czy duchami. Przede wszystkim ze swoim sercem i rozumem, a więc jeszcze potężniejszymi przeciwnikami. Ból duszy jest najgorszy z możliwych, bowiem nie można go uśmierzyć żadnym lekarstwem.

Jak od dawna wiadomo, „Grzesznik” to połączenie dwóch konwencji: powieści gangsterskiej i horroru. Jaki jest twój stosunek do takich hybryd literackich? Lubisz je czytać, często po nie sięgasz, a może wręcz przeciwnie? A skoro już przy tym jesteśmy, co czytasz w wolnej chwili? Może chciałbyś polecić książkę, która ostatnio wywarła na Tobie największe wrażenie?

Uwielbiam hybrydy we wszelkiej postaci, nie tylko literackiej. Zauważyłem, że jest to najprostsza metoda na stworzenie czegoś oryginalnego, wyznaczenie nowego trendu. Weźmy na przykład muzykę – Linkin Park i Limp Bizkit zdecydowały się połączyć metal z kulturą hip hop i… zjednoczyły fanów jednych i drugich. Oczywiście istnieje ryzyko, że eksperyment się nie powiedzie, ale hej – cały postęp ludzkości wziął się z eksperymentowania! Lubię, kiedy sztuka mnie zaskakuje i oferuje coś świeżego. Hybrydy mi to dają.

Może się zdziwisz, ale staram się jak najczęściej sięgać po polską grozę i debiutantów. Choć często powieści te posiadają wiele mankamentów, mam pewność co do jednego – zostały napisane od serca, nie dla pieniędzy. Są w pewnym sensie dziełem, nie produktem. Czyli tym, co sam chcę dawać ludziom w nieskończoność. Niemniej, jako że moja trzecia powieść będzie połączeniem kryminału i horroru, teraz staram się czytać wyłącznie książki polskich autorów z tego pierwszego gatunku. Nadrzędny cel: poznanie od podszewki pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Ostatnio miałem szczęście, ponieważ przytrafiło mi się przyjemne z pożytecznym i pochłonąłem trylogię Miłoszewskiego o Szackim („Uwikłanie”, „Ziarno Prawdy”, „Gniew”). Wszystkie trzy części trzymają równy, wysoki poziom i co ważne – są bardzo blisko tego, co sam chciałbym regularnie tworzyć. Napisane z jajem, humorem, wyrazistymi postaciami i ciekawymi historiami z zaskakującym finałem. Napisane lekko, przystępnie, lecz niepozbawione trudnych tematów i drastycznych motywów.

Gdybyś miał okazję tymczasowego wskrzeszenia dowolnego, nieżyjącego autora/autorki, kogo byś wybrał i dlaczego? I nie mam tu na myśli jedynie uścisku dłoni czy odbycia frapującej konwersacji, ale przede wszystkim możliwość wspólnej pracy przy nowej książce. Co to byłoby za dzieło – powieść czy zbiór opowiadań? W jakiej konwencji? Przypominam tylko, że masz nieograniczony wybór.

Nie ma takiego autora. Bierze się to z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest moja obsesja samodzielności. Biorę życie w swoje ręce i staram się sprawować kontrolę nad wszystkim, co mnie dotyczy. Aktualnie nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek napisał powieść w duecie. Zawsze wiąże się to z pewnymi drobnymi sporami, innym punktem widzenia na treść i formę. Każdy człowiek to niepowtarzalny zlepek komórek, który w inny sposób postrzega rzeczywistość. Moje utwory to dla mnie świętość i nie zamierzam bawić się w kompromisy i półśrodki. To ja wiem najlepiej, co czuję i co chcę przelać na papier. Drugi powód: nie istnieje i nie istniał pisarz, który jest dla mnie wzorem. Nie ubolewam nad tym, gdyż nie chcę nikogo naśladować. Chcę wyznaczać własny, oryginalny kierunek. Nie należę do osób, które szczególnie podziwiają innych, zwłaszcza za rzeczy, na które nie ma się wpływu. Albo człowiek się z nimi rodzi, albo nie. Za jedną z nich można uznać talent. Zamiast podziwiać, wolę pracować.

Cofnijmy się nieco w czasie. Ciekawi mnie, jak to było u Ciebie w domu z czytaniem? Często widywałeś najbliższych z lekturą w ręku? Skąd zrodziła się u Ciebie miłość do książek, a następnie chęć ich tworzenia? A może większy wpływ na Twoją postawę miała szkoła lub jakaś konkretna lektura? 

Nie powiedziałbym, że wpływ na moją miłość do książek mieli bliscy, podobnie szkoła, którą od gimnazjum w górę uważam za najgorsze zło, jeżeli chodzi o zachęcanie młodych do czytania. Nie chodzi tu jednak o nauczycieli, lecz o system, który wymaga od dzieciaków czytania książek ciężkich w odbiorze i z perspektywy teraźniejszego nastolatka zwyczajnie nieciekawych. Nic dziwnego, skoro często napisanych przed wiekami, innym językiem niż ten, którego się obecnie używa. Pamiętam jak dziś, że w podstawówce czytanie sprawiało mi prawdziwą przyjemność. Potrafiłem sam z siebie wracać do lektur, na przykład przygód  Mikołajka czy „Oto jest Kasia” Miry Jaworczakowej. Jaka to była frajda! A „Harry Potter”? Coś wspaniałego! Wspominam tamte czasy z rozrzewnieniem. Potem jednak nadszedł czas gimnazjum i liceum, a z nimi literacka nuda i trudny język. Co z tego, że z przekazem uniwersalnych wartości, skoro czytanie tego to zwyczajna męka? Taki jest fakt, zapytaj jakiegokolwiek ucznia, czy czytanie lektur sprawia mu przyjemność i przeanalizuj statystyki odpowiedzi. Młody umysł kotwiczy sobie tym samym negatywny obraz czytania jako męczącego, smutnego obowiązku. Nic dziwnego, że czytelnictwo w Polsce spada. Czasy się zmieniają, więc sposób opowiadania historii się zmienia. Aktualnie chcemy mieć wszystko podane szybciej, zwięźlej, przystępniej. Dostosujmy więc lektury do czasów! Nie rozgrzeszam jednak zupełnie nauczycieli, ponieważ program programem, ale mało który uczeń zdaje sobie sprawę, że ma prawo zaproponować poloniście lekturę. Ten musi ją oczywiście zatwierdzić, ale taka możliwość istnieje. Czemu jednak nikt z niej nie korzysta i co najważniejsze – dlaczego nauczyciel nawet do tego nie zachęci? Dlaczego współcześni pisarze mają mieć kompleksy względem klasyki? Dlaczego nie można omawiać na lekcjach ciągle tych samych tematów, co obecnie, ale na książkach, których czytanie sprawi dzisiejszej młodzieży autentyczną przyjemność?

Zastanawia mnie, jaki masz stosunek do blogosfery, czy zaglądasz tam regularnie, aby poszukać inspiracji odnośnie wartych poznania książek? Masz jakiegoś blogera, z którego zdaniem szczególnie się liczysz, dzięki któremu natrafiłeś na świetną lekturę?

Obserwuję w mediach społecznościowych wiele blogów, z których zdaniem się liczę. Nie chcę jednak nikogo wymieniać z osobna, bo jeszcze o kimś zapomnę. Ich autorzy doskonale wiedzą, o kim mówię, tym bardziej, że często poznawaliśmy się przy okazji współpracy. Na ogół robicie świetną, rzetelną robotę! Zjawisko blogosfery generalnie uważam za pozytywne, o ile bloger podchodzi do relacji z autorem poważnie i traktuje go jak równorzędnego partnera. Niestety, nie jest to regułą i zdarzały mi się już nieprzyjemne przygody, z wyłudzeniem książki (naturalnie bez recenzji) włącznie. Na szczęście to marginalne przypadki. Fachowość recenzji to osobny temat. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś ocenia książkę okiem zwykłego czytelnika, nie krytyka. To nic złego, podobnie do czytania podchodzi pewnie 95% miłośników książek. Nie cierpię za to, kiedy ktoś ocenia książkę przed przeczytaniem jej do końca. Przykład – zarówno w „Gałęzistym”, jak i w „Grzeszniku” celowo pojawiają się drobne, pozorne błędy fabularne, które zostają wyjaśnione później. Kiedy ktoś krytykuje akurat te rzeczy, wiem już, że książki nie skończył. Nie wiedzą tego jednak internauci, którzy czytają jego recenzję. Recenzent, przez zatajenie tego faktu, wprowadza więc swych czytelników w błąd. Zaznaczam jednak, że jednocześnie nie widzę nic złego w napisaniu wprost: „Podchodziłem, ale nie dałem rady przebrnąć. Nie mogę zdzierżyć stylu Urbanowicza”. Jest to szczera opinia, dla autora na pewno nieprzyjemna, ale za to niewprowadzająca innych w błąd. Na krytykę się nie obrażam, czytam każdą recenzję, wnikliwie analizuję, czy autor niepochlebnej opinii przypadkiem nie ma racji. Potrafię przyznać się do błędów. W końcu chodzi tu o niekończące się dążenie do perfekcji.

Na koniec sprawdzę Twoją pamięć oraz poczucie humoru. Interesuje mnie, czy przydarzyła Ci się jakaś zabawna albo niezwykła historia w ramach bycia pisarzem? Może np. w trakcie zbierania materiałów do powieści? Opowiedz o tym.

Opowiem Ci nawet o trzech.

Pewnego razu, już po napisaniu „Gałęzistego”, podczas letniej, rowerowej wycieczki, pokazywałem koleżance cmentarzysko Jaćwingów. Przypomnijmy: mieszczące się w suwalskim lesie samobójców, odgrywającym w obu powieściach kluczową rolę. Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że w otaczającej polanę gęstwinie ktoś się ukrywa… Ogromny, dobrze zbudowany facet. Stał do nas tyłem, nie zdawał sobie sprawy z naszej obecności. Nie to było jednak najdziwniejsze. Wykonywał ruchy jakby… odprawiał jakieś dziękczynne modły. Rozkładał ręce, to unosił je, to opuszczał. To wyginał plecy do tyłu, to z powrotem się prostował. Trzymał coś okrągłego, nie byłem w stanie określić co. Niemniej, zwłaszcza po tym, co napisałem w „Gałęzistym”, spotkanie to, a zwłaszcza fakt, że cokolwiek ten delikwent robił, czynił to nie na polanie, a w ukryciu, wyglądało dość złowieszczo. Powoli podchodziłem bliżej… Teraz pytanie do Ciebie – przypomnij sobie, jak zazwyczaj zaczynają się horrory i powiedz mi – jak sądzisz, co wydarzyło się potem? Dobrze wnioskujesz – uznałem, że niewiedza to błogosławieństwo i spieprzyłem stamtąd w podskokach!

Innym razem z kolei, na moje spotkanie autorskie przyszła kobieta, która nie wiedziała jak wyglądam. Kiedy przed rozpoczęciem rozkładałem komputer, wypaliła do mnie: „A pan to jakiś chłopiec od sprzętu, czy jak?!”. Trochę głupio mi było wyprowadzać ją z błędu…

I wreszcie anegdotka numer trzy. Na początku przygody z „Grzesznikiem” stworzyłem do niego amatorską okładkę i z dumą udostępniłem na facebooku. Obrazek był dosyć… niepokojący. Od razu skomentowała go znajoma: „Jestem przerażona tym, co masz w głowie!”.

Puenta? Jej komentarz zdobył więcej lajków niż moja radosna twórczość nad nim…

Rozmawiał: Michał „LelandLester”

Michał „LelandLester”
Recenzent. Czytelnik. Poszukiwacz dobrej literatury. Miłośnik klasyki. Sięgam po różne gatunki, nie mam jednego ulubionego. Preferuję literaturę polską, amerykańską oraz brytyjską. Nie oznacza to jednak, iż zamykam drzwi przed innymi wydawnictwami. Prowadzę blog z recenzjami Dobra Komplementarne, gdzie tytuły starsze i klasyczne przeplatają się z tymi nowszymi. Pisząc o czytaniu piszę o życiu, bo czytać – to żyć. Zawsze gotowy na dyskusję o książce.

Polecamy także