Artykuł

Wywiad z Jackiem Paprockim

Opublikował

dnia

Czy można ot tak przeistoczyć się z muzyka w pisarza? Historia Jacka Paprockiego – niegdyś występującego w cenionej grupie „Mr. Zoob”, a obecnie debiutującego udaną powieścią kryminalną „Polowanie” – pokazuje, że tak. Posłuchajcie jak doszło do tej metamorfozy…

Jak to jest – dla uznanego twórcy, mającego sukcesy na innym polu działalności – zostać autorem kryminału? Co stanęło u źródła decyzji, aby wybrać ten gatunek literacki?

Zawsze chciałem pisać kryminały. W dziecięctwie marzyłem, że na półce w mojej sporej bibliotece, pomiędzy kryminałami Agathy Christie i Raymonda Chandlera stanie książka z mym nazwiskiem. Jednak pojawiła się gitara i priorytet zyskała płyta. Napisałem co prawda kilka tekstów do swoich utworów, ale nie uważam ich za dobre. Bliższy jest mi format epicki w przekazywaniu myśli.

Płytę na półce mam, więc odkurzyłem kolejne marzenie. Pomysły od dawna chodziły mi po głowie więc przeczytałem tony poradników na temat pisania książek, odwiedziłem wiele forów poświęconych pisaniu. Wniosek był jeden. Żeby napisać książkę trzeba po prostu usiąść na dupie i pisać. Więc usiadłem. I tak powstało „Polowanie”. Pierwszą ukończoną przeze mnie formą była powieść! Wow! Odłożyłem ją na jakiś czas do szuflady, ale gdy przeczytałem ponownie stwierdziłem, że „wiochy nie ma”. Dałem do poczytania znajomym – fajne – ale znajomi nigdy nie zrobią ci przykrości. Mojemu przyjacielowi Piotrowi tak się spodobała, że wydrukował mi ją w pięćdziesięciu egzemplarzach. Żebym mógł na półkę postawić i miał czym szpanować. Marzenie się spełniło. Mimo wszystko wysłałem maszynopis do wydawnictw różnorakich. Zainteresował się mną Zysk i s-ka, co przyjąłem z radością, jako że to firma poznańska, a ja w Poznaniu też spędziłem kilka ładnych i wesołych lat życia. Podczas tych peregrynacji książkowych napisałem kilka opowiadań. Spodobały się jurorom na kilku konkursach, kilka opublikowano. I tak jakoś poszło.

Czym jest kryminał dzisiaj? Czy to nadal jedynie „opowieść o zbrodni i karze”? Czy też może pełni we współczesnej kulturze istotniejszą rolę, stając się moralitetem, poświęconym fenomenowi zła?

Mnie fascynuje zło. Skąd się bierze, jakie są mechanizmy jego uruchamiania. W swoim pisaniu staram się bardziej uwzględniać ten aspekt niż same metody pracy śledczej i inne technikalia. Myślę, że kryminał już dawno wyszedł z roli opowieści tylko o zbrodni i karze. Co prawda trup jest konieczny, ale kara jest już nieoczywista a i zbrodnia bywa moralnie usprawiedliwiona. Antagoniści są trochę dobrzy a trochę źli i to czytelnik musi podjąć decyzję z czyimi działaniami się identyfikuje. Nie ma tak, jak usiłuje się nam wmawiać, że PIS cacy a PO be albo odwrotnie. Każdy jest jakoś unurzany. Upaprał się sam albo jego upaprano. Akceptowalny poziom brudu jest indywidualny dla każdego czytelnika.

Czym jest dla Pana samo zło? Czy istotnie pojawia się ono jedynie w miejsce braku dobra? Jest chorobą, a może jej symptomem? Czy też jest bytem niezależnym?

Zło jest bytem niezależnym. Są różne mechanizmy jego powstawania. Zło powstające w wyniku przypisania sobie władzy równej Bogu, zło bezinteresowne, chuligańskie, zło wyrachowane – na przykład zemsta. Bywa działaniem w afekcie i może być starannie planowane. Przykłady można by mnożyć. I nie powstaje w miejscu braku dobra. Ono to dobro wypycha, siłuje się, czasem wypchnie i spuści w przepaść, czasem przegra, wycofa się, przyczai. Ale zawsze istnieje. W opowieściach o inspektorze Sawickim staram się pokazać różne rodzaje zła. Mam nadzieję, że z powodzeniem.

Obrazy przemocy, które Pan opisuje, naznaczone są szczególnym rodzajem czarnego humoru. Dotyczy to przede wszystkim scen śmierci kolejnych ofiar. Co Pana zainspirowało do takich rozwiązań?

Śmierć jest śmiercią, obojętnie w jakiej scenerii. Śmierć banalna, swojska jest mało ciekawa. Alkohol, siekiera, nóż, pobicie – to mamy na co dzień, czasem tuż za progiem i zawsze w nadmiarze. Zabójca, którego ściga Sawicki, jest inteligentny, tak też i wycieczki „one way ticket” na tamten świat planuje niebanalne. Może też trochę pod Sawickiego, którego nudzą pospolite zbrodnie. To swoistego rodzaju gra, taki taniec godowy. Kto kogo mocniej walnie rogami.

Z notki biograficznej, dołączonej do „Polowania”, dowiadujemy się, że młodość spędził Pan w Koszalinie. Czym naznaczyło Pana to miasto do tego stopnia, że osadził w nim Pan akcję opowieści o seryjnym mordercy? A może jest coś, co tkwi w prowincjonalnych przestrzeniach, nakazującego nie dowierzać ich sielskiemu charakterowi? Czy w takim razie Polska prowincjonalna staje się analogią amerykańskiego przedmieścia metropolii? To tam przecież, o czym poucza choćby niedawno wznowiona „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, skrywa się zło…

Koszalin był naturalnym miejscem osadzenia akcji. Po pierwsze, mimo że mieszkałem w Poznaniu, Olsztynie a teraz mieszkam w Warszawie, jest miejscem w którym spędziłem najwięcej czasu, a przede wszystkim swoją młodość. Szlifowałem te bruki, wyrzucano mnie z knajp, słuchałem opowieści barowych, chodziłem na plażę, kochałem się w dziewczynach z sąsiedztwa. Myślę, że w „Polowaniu” zawarłem sporo z tych klimatów. Poza tym życie z dala od metropolii ma swój swoisty wdzięk, włączając w to kompleks prowincji, który czasem z przymrużeniem oka opisuję.

A zło może być wszędzie. Zło nie ma swojego miejsca, powstaje samoistnie, nawet na prowincji. Myślę, że jest bardziej przerażające w zestawieniu z sielankowością krajobrazów i bytów. No i morze. Plaże i klimaty nadmorskie odgrywają istotna rolę w fabule.

W powieści mamy do czynienia z dwoma, prowadzonymi równolegle, śledztwami. Co Pana zainspirowało do takiego rozwiązania fabularnego?

W sumie przypadek. Po prostu po napisaniu kilkudziesięciu stron nie bardzo mogłem się zdecydować, kto ma zostać głównym bohaterem. W osobie Szelesta chciałem pokazać śledztwo prowadzone sposobem prasowym. Witek to taki zawzięty buldog-reporter, który węszy wszędzie i gryzie wszystkich, którzy mu pod paszczę podejdą nie bacząc na konsekwencje i logikę. Ważny jest tylko dobry nagłówek.

Ja jednak bardziej lubię owczarki. Są wytrwałe, uparte i wierne swoim przekonaniom. Gryzą tylko tych, których powinny gryźć. Dlatego wygrał Sawicki – miękki, łagodny, czasem nieporadny szczególnie w kontaktach z płcią przeciwną, ale złego człowieka dopada i zagryza. W tym sensie jest taki, jakim chciałbym być.

Trudno uznać bohaterów „Polowania” za postacie wzbudzające w pełni sympatię, jakkolwiek bywają chwile, kiedy czytelnik może identyfikować się z nimi. Pewną przeszkodą pod tym względem są nazwiska postaci (Burak, Dzwonek, Panicz), choć pojawiają się też inne, bardziej „neutralne” — Matuszewska, Sawicki, Lewandek, Lubicz… Czy takie rozwiązanie było celowe? Czemu służyło?

Wiele osób pyta o nazwiska. Nie widzę niczego złego we wprowadzaniu takich nazwisk i zaręczam, że z każdym użytym w powieści zetknąłem się osobiście. Wystarczy obejrzeć jakiekolwiek wiadomości, aby zauważyć, jak mało wokół nas przysłowiowych Kowalskich. Myślę, że bez względu na to czy czytelnik polubi te postaci, czy nie, to jednak zapamięta je właśnie ze względu na nazwiska.

A co do sympatii – rzecz ulotna jak korek od szampana. Nie wszystkich się lubi i nie cały czas. Jak powiedział mój znajomy pan Rysiu – „ja go jakoś wzrokowo nie lubię”. I mówił to o Szeleście, który istnieje tylko na kartkach książki bez obrazków.

Sawicki, mimo swoich rozmaitych wad, rozwodu, palenia, picia nieumiarkowanego da się lubić. Marysia jako dziewczyna Sawickiego też jest miła. Wszak to opowieść o miłości… (śmiech)

Jako czytelnicy mamy skłonność podczas lektury utworów osadzonych w prowincjonalnych, dobrze znanych autorowi, realiach doszukiwać się podtekstów biograficznych. Czy sportretowane na kartach opowieści postaci maja swoje rzeczywiste odpowiedniki? Czy też poszukiwanie ich jest chybione?

Spora część sytuacji przeze mnie opisywanych zdarzyła się lub została przeze mnie zasłyszana. W związku z tym moich bohaterów „wyposażyłem” w te sytuacje, ale jest to raczej mix niż wzorowanie się na konkretnych osobach. Moi znajomi z Koszalina namiętnie doszukują się podobieństw, których nie ma. Opisałem klimaty, charaktery, zdarzenia a nie konkretne osoby.

Na przykład palmy. Zbudowaliśmy z kolegami na plaży w Unieściu gaj palmowy. Tekturowe rolki od wykładzin, do tego karton, farbka, nożyczki i klej. Spędziliśmy w tym gaju wieczór i noc w towarzystwie miłych koleżanek słuchając muzyki, popijając egzotyczne drinki i nawiązując kontakty międzyludzkie w cieniu palm. Były to lata osiemdziesiąte. Szaro, buro, wódka i fajki na kartki. A tu kolorowe palmy, dziewczyny w bikini i drinki z parasolką w ilościach hurtowych. Oczywiście nie było żadnej zbrodni. I przysięgam, prawie wszyscy byliśmy pełnoletni.

Czy podczas pisania identyfikował się Pan z którąś z postaci?

Sawicki jest stworzony na obraz i podobieństwo mnie, jakim chciałbym być. Ma niektóre moje wady, ale zalet mu dodałem. I wzrostu. Wagi trochę ująłem. No cóż, autorowi wolno. (śmiech)

Dużą rolę w Pana powieści odgrywa muzyka. Nie bez znaczenia pozostaje też dobór tekstów standardów rockowych potraktowanych jako motta kolejnych rozdziałów. Do jakiego stopnia wpływ na to miała Pana przeszłość artystyczna jako współzałożyciela zespołu „Mr. Zoob”?

Bardzo dużą. Pomysł z cytatami z Led Zeppelin przyszedł mi od razu do głowy. Jest to mój zespół wszechczasów i wszyscy moi znajomi o tym wiedzą. Dobór pozostałej muzyki jest nieprzypadkowy. Wszystko zespoły na jakimś etapie mojego życia wywarły na mnie duży wpływ. A Sawicki, tak jak ja, mimo wykonywania innej pracy cały czas koncertuje. Teraz już hobbystycznie a nie zawodowo.

Na koniec tradycyjne pytanie o plany twórcze. Czy dane będzie nam powrócić do Koszalina? A może spotkamy Sawickiego gdzie indziej?

Sawicki na razie pozostanie w Koszalinie. Jest już napisana kolejna książka. Sawicki znowu ugrzęźnie w czasach dawno minionych a powodem będą szkielety wykopane podczas wyburzania nadmorskiego pensjonatu. Książka napisana, teraz trzeba przekonać wydawcę.

Rozmawiał: Adam Mazurkiewicz

Adam Mazurkiewicz
Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także