Artykuł

Wywiad z Maciejem Lewandowskim

dnia

Maciej Lewandowski – obecnie Wrocławianin. Pisarz, kiedyś też dziennikarz. Autor opowiadań drukowanych w licznych antologiach oraz magazynach, jak Nowa Fantastyka, Grabarz Polski czy Brama. Laureat nagrody Nautilus za opowiadanie „Czarna Leliwa” opublikowane w NF. Wydawnictwo Videograf wydało właśnie pierwszą powieść Maćka – „Splątanie” będące pierwszą częścią serii o Jakubie Kempnerze – wrocławskim policjancie, który w prowadzonej sprawie styka się z rzeczami przekraczającymi ludzkie pojmowanie…

Rozmawiamy z Maćkiem m.in. o tym, co sądzi o grozie w Polsce, dlaczego nie lubi czytać Mastertona i czy czuje się pisarzem gatunkowym. I o jego „Splątaniu” rzecz jasna także. Zapraszam!

Niedawno ukazała się Twoja debiutancka powieść „Splątanie”, która zbiera bardzo pozytywne opinie. Łukasz Radecki w recenzji na portalu Dzika Banda określił ją jako „prawdopodobnie najlepszy horror tego roku”. Mimo głosów przeciwnych (Carpe Noctem, Wielki Buk) ocena jest mocno na tak. Oczywiście każdy publikujący autor liczy na poklask czytelników dla swojego dzieła, ale powiedz szczerze – zaskoczyła Cię taka pozytywna reakcja środowiska recenzenckiego?

Carlsberg zaś to najprawdopodobniej najlepsze piwo, ale jakoś sam go nie pijam… (śmiech) Z tą zgodnością, aż tak bym nie przesadzał, bo są też głosy mocno krytykujące. Gusta, guściki i różne oczekiwania. Niemniej, to, co puściła Dzika Banda sprawiło, że mało się nie rozpękłem z dumy. To, że ludziom się podoba znaczy tyle, że miałem nosa i intuicja mnie nie zawiodła, a czas poświęcony na realizację projektu Książka nie poszedł w piach. Czytając opinie, wsłuchując się w głosy w trakcie spotkań odczuwam głównie ulgę. Ulgę, że moja wizja, upór, by zrobić „Splątanie” zgodnie z przekonaniem ma realne zakorzenienie w świecie i ktoś to chce czytać. Nie oznacza to oczywiście, że „Splątanie” wolne jest od niedoróbek. Niemniej, zaskoczenie: 4, radość: 10.

Debiut nigdy nie jest łatwy, a znalezienie solidnego wydawcy, to niejednokrotnie droga przez mękę. Trudno było znaleźć wydawcę chętnego na „Splątanie”? Jak oceniasz – będąc nomen omen debiutantem – polski rynek wydawniczy?

Rozesłania kilkunastu e-maili ofertowych, zgodnie z przygotowaną listą do czynności męczących nie należy. Szczęśliwie, tak się wszystko poukładało w czasie, że napisałem książkę i ją zaproponowałem wydawcom, będąc na tyle obeznanym z życiem, że okres oczekiwania na odpowiedzi miał na mnie taki wpływ, jak zeszłoroczny śnieg. Ot, pewnego dnia pojawiły się trzy warianty. Stanęło to Videografie, co mnie ucieszyło, bo w nich celowałem. Są częścią planu-marzenia, realizowanego punkt po punkcie. Zaś sam rynek, z mojej perspektywy to po części Dziki Zachód oraz żywa skamielina lat 90. Specyficzna kraina, gdzie nie ma to tamto.

W „Splątaniu” ujawniasz swoje liczne fascynacje klasyczną grozą, jednocześnie odżegnując się stanowczo od inspiracji Mastertonem – autorem bardzo w Polsce cenionym. Skąd ta niechęć do twórczości Brytyjczyka?

Nic nie poradzę, jego pisanie zupełnie do mnie nie trafia. Nie jest to podbudowane jakąś szczególną argumentacją. Zwyczajnie, to, co Masterton proponuje zupełnie mnie nie rusza, zarówno na poziomie historii, jak i samego konceptu. A że już mnie obśmiali, punktując, że napisałem książkę na jego wzór i podobieństwo, to moje. Muszę z tym żyć. Koniec końców mogła ze mnie wyjść jakaś przyczajona Martha Stuart, więc nie marudzę.

Twoja powieść to mieszanka Lovecrafta i Kinga: dwóch najpopularniejszych twórców grozy na świecie. Inspiracje wydają się aż nadto oczywiste. Każdy próbujący swoich sił w grozie w Polsce ociera się mniej lub bardziej o fascynacje tymi autorami. Czy nie wydaje ci się, że rynek ma już przesyt Lovecrafta? Czy to nie takie trochę pójście na łatwiznę, to sięganie po znane z twórczości Samotnika, czy Króla rozwiązania, by uczynić książkę bardziej chwytliwym produktem marketingowym? Nie lepiej stworzyć coś od podstaw swojego, oryginalnego?

Jest to o tyle kłopotliwe, że dadaizm mamy już za sobą i ciężko przebić to, co zostało stworzone w tym nurcie. Z Lovecraftem sprawa także nie jest oczywista, bo cóż, to ojciec chrzestny horroru i weird fiction. Na nim chował się King. Przekręcił się wskaźnik pokoleniowy, dając kolejnych autorów chowanych na gruncie wzbogaconym. Nie ma sensu się oszukiwać: chłonąc popkulturę, chłoniemy macki Cthulhu oraz nawiedzone Maine. I, cholera, kochamy to. Wracam w te rewiry kiedy tylko mogę. Tym samym nie widzę problemu w świadomym graniu ulubioną konwencją, sięganiu do repozytorium po fajne rekwizyty, mimo, że znane z innych sztuk. Macek i kultystów nigdy za wiele. Nie zwalnia to oczywiście z poszukiwania własnej drogi, rozwiązań i kroczenia ku nieznanemu, bo i po to jest sztuka. Do pisania potrzebne jest jednak abecadło, podstawowe wytyczne. Zwyczajnie gdzieś trzeba zacząć, a czynić to najlepiej na znanym terenie. Zaś co do cynicznego podejścia niektórych, obliczonego na czysty zysk grania nawiązaniami: jeśli ktoś chce być pieczarą rosnącą na cudzym nawozie, to jego sprawa. Wracając do „Splątania” oraz reszty moich grafomańskich wybryków. Nic nie poradzę, że piszczę jak mała dziewczynka, gdy ktoś da mi kolejną opowieść o mackach i klaunach łażących w kanalizacji. Tym samym, gdy przyszło do stworzenia własnej książki, nasmarowałem historię o mackach i potworze straszącym w kanalizacji.

14657787_10154656943341789_415125620_n

Polskie środowisko grozy to dość hermetyczna grupa, której twórczość rzadko wypływa do szerszego gremium. Czy nie uważasz, że fandom ogranicza swoich twórców, a etykieta pisarza grozy bardziej szkodzi, niż pomaga?

Etykietki są od tego, by je zdejmować, fandom to twór z masy ludzkiej, a tłumy najlepiej wymijać, a na pewno nie sugerować się opinią zjawiska z definicji podatnego na owczy pęd. Co zaś do wypływania, wszystko, jak zresztą w każdym aspekcie działalności, sprowadza się do elementarnej jakości. To jak z chlebem: czerstwy wypiek o kształcie męskich pośladków i smaku paprykarza nie jest tym, czego oczekujemy idąc rano po bułki. Ci, co to rozumieją, mają zdrowy rozsądek oraz dystans do siebie oraz świata, wypływają. Reszta smęci na blogach, że nikt ich nie czyta. Gatunek, podgatunek i nisza klasyfikacyjna są tu sprawą drugorzędną.

No właśnie. Czy czujesz się pisarzem gatunkowym? Nie sięgasz w swojej twórczości tylko po grozę, ale tez np. weird fiction. Jaki gatunek najbardziej ci odpowiada?

Ja kocham i piszę fantastykę. To jest mój gatunek, na nim się wychowałem, to kolejne strony przemierzania Ziemiomorza, szybkiego popijania Jaskółki, sprzeczania się z Hallem i chowania się po kątach Panoramy sprawiły, że jestem kim jestem. Fantastyka ma wiele podgatunków, odcieni oraz kolorów lejących się z przestworzy… Więc tak, jestem pisarzem gatunkowym, a serce bije mi mocniej, gdy słyszę weird fiction.

Przed wydaniem „Splątania” byłeś już rozpoznawalnym w środowisku autorem. Twoje opowiadania pojawiały się m.in. w magazynie Brama, czy w antologii Wolsung.

Pamiętasz swój debiut? Co to było i jak postrzegasz ten tekst po latach?

„Taniec potępionych” w antologii „Białe Szepty”. Ucieszyłem się jak głupi, gdy dostałem wiadomość od Repliki, że tekst idzie do druku. Obecnie jestem na etapie tropienia kolejnych egzemplarzy tego gniota oraz bezpardonowego niszczenia wydań. Taka kolej rzeczy, niemniej „Taniec” stanowi doskonały przykład, jak nie pisać. Nigdy, nawet pod groźbą kar cielesnych. Ten tekst to straszliwa kapucha, nie umiem go obronić. Nosi absolutnie wszystkie możliwe wypaczenia, jakie może popełnić początkujący autor. Inna sprawa, że to rzecz rozwoju oraz samodoskonalenia roboty pisarskiej. Z wolna przestaję już lubić tekst za który dostałem Nautilusa, a pewnie za rok czy dwa Czarną Listę zasili kilka innych tytułów. Najgorszy swąd, to kwaśny zapaszek bezgranicznego samozadowolenia.

„Splątanie” to galeria postaci dosyć szablonowych, jednak dobrze wpisujących się w tendencje popkultury. Są nieco przerysowane, ze swoimi wadami i zaletami, jednak tym samym charakterystyczne dla nurtu, w jakim je umiejscawiasz. Trudno mierzy się ze schematami? Łatwo balansować na granicy, by nie popaść w tendencyjność i miałkość?

Sprawa jest bajecznie prosta. Walka na wielu frontach to walka przegrana. Siadając do pisania długiej formy wskoczyłem na terytorium całkowicie nieznane. Co innego czytać i oglądać wszystko z lotu ptaka, a co innego przedzierać się przez to nieprzyjazne terytorium. Rozwiązania konwencjonalne to najlepsze wyjście, kiedy na dobrą sprawę nie wiadomo co robić. Używając archetypicznych bohaterów mogłem skupić się na samej fabule, robiąc wszystko, by nie rozłaziła się w szwach. Nim zaczniemy biegać, trzeba nauczyć się chodzić, a wcześniej raczkować. Co zaś tyczy się drugiej kwestii… To koszmar. Nie było dnia, bym nie wertował notatek, nie bazgrolił w notesie, roztrząsając, czy to już kicha, czy jeszcze ta postać „gra” zgodnie z nutami życia. Najgorszą zmorą jest śmieszność, ta niezamierzona, niezręczna. Dla amatora jak ja, jest to nie do uniknięcia, jedyne co można robić to amortyzować. Więc wyciągamy co najlepsze z „Zabójczej broni”, obrabiamy skrawaniem i pokpiwając z siebie, konwencji, bohaterów oraz mrugając okiem do czytelnika, da radę przeżyć kolejną stronę.

Mówiliśmy już nieco o twoich literackich fascynacjach. A czy masz jakąś książkę, którą określiłbyś tą najważniejszą? Okej, trzy najważniejsze?

Ciężka sprawa. Ciężka, bo zagadnienie jest dynamiczne, a dodatkowo nie mam nabożnego podejścia do książek. Generalnie, to pytanie robiące sieczkę z mózgownicy, ale dobrze. Zagrajmy w tę grę. „Niesamowite przygody Marka Piegusa”, bo tam się wszystko zaczęło, a Hipolit Kwass to ultimate bohater czasów dorastania do stołowego blatu. Druga w kolejce książka to „Lśnienie” przeczytane zdecydowanie za wcześnie. King zepchnął mnie na ścieżkę horroru i serii nieprzespanych nocy. Ostatnią książką-kluczem będzie „Miecz Przeznaczenia”. Sapkowski nauczył mnie języka i przy okazji zasugerował, że bycie pisarzem to fajny pomysł na siebie. Zadaj mi to pytanie za miesiąc, a pewnie wyliczę inne tytuły, bo cholera, jednak za dużo tych książek.

„Splątanie” ma doczekać się kontynuacji – jak zapowiada twój wydawca, Wydawnictwo Videograf. Od początku planowałeś cykl? Czy to wypadkowa tak dobrego przyjęcia pierwszej książki i szkoda „uśmiercać” postać z marketingowym potencjałem?

Pół na pół. Wyjściowo miałem kilka pomysłów na policyjne fabuły z elementami fantastycznymi. „Splątanie” poszło na warsztat na zasadzie starszeństwa. Opcje, które pozostały, to fabularne warianty różnych podejść do tego samego tematu. Samo „Splątanie” zresztą koncepcyjnie tworzyło się kilka lat, a przez ten czas rdzeń historii wzbogacał się o odnogi. Gdy domykałem maszynopis, wiedziałem, że mam surówki na jeszcze trzy książki z tym samym bohaterem, niemniej to była opcja. Książka spotkała się z ciepłym przyjęciem, więc nie widzę powodów, aby odsyłać Kempnera na ławkę rezerwowych.

Modnym ostatnio jest koncept umieszczania znajomych ( i nie tylko) jako postacie w powieści. W ostatnim czasie taką zabawę z odbiorcą podjęli Robert Szmidt i Marcin Przybyłek. To z pewnością sprytny zabieg marketingowy, jednak nie wszyscy autorzy odnoszą się do niego przychylnie. A Ty, co sądzisz? To dobry marketing, ukłon w stronę faktów, czy zubożanie powieści do poziomu produktu?

Powieść, podobnie jak opowiadanie to produkt, wynik działania rzemiosła. Produkt zaś należy sprzedać, bo szkoda, by leżał w kącie i pleśniał. Wrzucanie fanów do powieści, to genialny w swej prostocie zabieg aktywizujący czytelników. Przybyłek zrobił to kapitalnie, wszak główny niebezpiecznik to nikt inny jak Simon Zack. Jeżeli robisz coś dobrze i z głową, kontynuuj. Ostatecznie wszystko sprowadza się do dystansu. Jeżeli ktoś jest napiętym Twórcą kreującym Dzieła, to i tak koniec końców ma ten problem z głowy, bo i obsadzać pewnie nie ma kogo.

Możemy spodziewać się w najbliższym czasie jakichś Twoich publikacji? Masz coś w zanadrzu? Coś czeka na druk, coś się pisze? Uchylisz rąbka tajemnicy naszym czytelnikom?

O tym co czeka, wolę nie mówić, bo jak się nie doczeka będzie tylko dowcipkowanie. Co do rzeczy w opracowaniu, w tym roku obrodziło. Dosłownie przed chwilą skończyłem tekst, będący ilustracją do gry bitewnej w realiach postapo. W ramach rozgrzewki przed prequelem „Splątania” piszę opowiadanie, które z braku lepszej przegródki najlepiej umiejscowić w szufladzie „weird west”. Przyznam, że ten tekst bardzo mnie ostatnio zajmuje, nie mogę się doczekać finiszu i możliwości przeczytania całości. Główny bohater długo czekał na swoje pięć minut, pierwotnie będąc przewidzianym na protagonistę książki, która istnieje tylko w luźnych notatkach. Pięć lat. Tyle potrzebowałem, aby dojrzeć do decyzji, aby mimo wszystko napisać historię, dziejącą się kilkanaście lat po wydarzeniach opisanych w niepublikowanym tekście. Mam nadzieję, że będzie tak dobry, jak go sobie wyobrażam. Równolegle pracuję nad steampunkową miniaturą. Po Wolsungu strasznie mnie kręci do zębatek i parowych maszyn. Trwa także żmudne zbieranie materiałów do drugiego tomu o Kempnerze, a dla urozmaicenia siłuję się z opowiastką o diable oraz pisarzu. Nie nudzę się. (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję!

Rozmawiał: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także