Artykuł

Wywiad z Olgą Haber

Opublikował

dnia

Olga Haber, a tak naprawdę Katarzyna Misiołek, krakowianka, z wykształcenia filolog języka polskiego. Współpracuje z kilkoma wydawnictwami prasowymi. „Oni” to jej debiut książkowy – ale nie pierwsza powieść, którą napisała. Na publikacje czekają powieści obyczajowe (które Katarzyna Misiołek będzie firmowała swoim prawdziwym nazwiskiem). Prywatnie miłośniczka Stephena Kinga, czekolady i starych filmów. Interesuje się również Tarotem i psychologią.

Pani prawdziwe nazwisko, jak i pseudonim Olga Haber, pod którym ukazała się debiutancka powieść „Oni”,  pozostawało dotąd nieznane nawet najzagorzalszym miłośnikom fantastyki grozy. Nie ma informacji na Pani temat również w bazie „Fantasta.pl”. Czy moglibyśmy poprosić o odkrycie rąbka tajemnicy na własny temat?

Witam serdecznie! Kobieta – widmo, mówi Pan? Zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie pomyślałam sobie, że tak naprawdę nie ma chyba większego znaczenia to, kim jestem. Ważne jest, że kocham pisać i dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu (i mojemu Wydawcy oczywiście), udało mi się zaistnieć na rynku wydawniczym. Bo przecież o to tutaj chodzi, żeby Czytelnikowi spodobała się moja książka, pomysł na fabułę, klimat. Ja stoję gdzieś z boku, gram drugie skrzypce. Ale skoro już muszę uchylić rąbka tajemnicy, to powiem tak – urodziłam się w latach siedemdziesiątych. Jestem raczej optymistycznie nastawiona do świata, co może dziwić zważywszy na to, że lubuję się we wszelakiej grozie. Pisać zaczęłam dopiero po trzydziestce. Wcześniej wiedziałam oczywiście, że mam lekkie pióro, jednak przez myśl by mi nie przeszło, że kiedykolwiek wydam książkę. Ale to chyba dobra wiadomość dla wszystkich z nas – życie jest pełne niespodzianek. Co jeszcze? Bywam paranoiczką. (śmiech) Jestem empatyczna, czasem nadwrażliwa, czasem niecierpliwa. Kilka lat temu niemal dopadła mnie Kostucha, za co w sumie w jakiś sposób jestem jej wdzięczna. Bo teraz już z niczym nie czekam na tak zwane jutro. Jeśli naprawdę czegoś chcę, to po to sięgam. Nie powiem, że za wszelką cenę, ale na pewno z dużym uporem. O ironio losu, gwałtowne zderzenie ze świadomością własnej śmiertelności przyniosło mi większą radość życia. Bo jak tu nie doceniać każdego momentu, kiedy jutro może nas już nie być? Tak po prostu…

Jaka była Pani droga do fantastyki — jako czytelniczki, ale i pisarki? 

Nie wiem, czy możemy tutaj mówić o jakiejkolwiek dalekiej drodze. Od dziecka dużo czytam, mam bujną wyobraźnię i lekkie pióro. A, że dodatkowo lubię wymyślać najprzeróżniejsze historie, to w końcu napisałam też i powieść grozy. Być może do wyboru gatunku przyczyniła się również przyjaźń z kilkoma krakowskimi pisarzami poruszającymi się głównie w tej konwencji, bądź moje częste swego czasu odwiedziny na forum Horror Online – tam, gdzie lata temu owych pisarzy poznałam. (śmiech) W grę weszła też chyba ciekawość, coś na zasadzie: skoro czytuję horrory i je uwielbiam, to może sama jakiś napiszę? Więc napisałam.

Na okładce powieści można znaleźć informację, iż jest Pani admiratorką twórczości Stephena Kinga. Czy stąd właśnie pomysł na pseudonim – trochę jak w „Mrocznej połowie”? Co urzekło Panią w jego książkach? Która z nich przypadła Pani najbardziej do gustu?

Tak, lubię Stephena, można powiedzieć za całokształt. Jako czytelniczka chyba najbardziej doceniam grozę, która dzieje się tuż obok, niemal w sąsiedztwie, a taki klimat znajdujemy w wielu powieściach tego autora. Podobnie zresztą jak u Koontza, czy Mastertona – pozostając przy tych najbardziej znanych nazwiskach. Nie znam oczywiście wszystkich dzieł Kinga, a „Mroczna połowa”, którą Pan wspomniał, nie należy akurat do moich ulubionych – z tego, co pamiętam, utknęłam z lekturą gdzieś na początku i nigdy nie udało mi się jej dokończyć. Trudno powiedzieć, którą z jego książek lubię najbardziej, bo każda z nich jest inna. Z czystej przekory zdradzę, która mi się ostatnio nie spodobała – otóż „Pan Mercedes”. Spore rozczarowanie, prawdę mówiąc. Od początku miałam wrażenie, że czytam powieść zupełnie innego autora, bo tego Stephena, którego lubię, w tej akurat książce niewiele. Sztampowi bohaterowie, dialogi też miejscami jakieś marne, no i pomimo szokujących wydarzeń, nie czuje się nawet cienia takiej gęstej, mrocznej atmosfery – nie „kupiłam” tego. Na koniec – co mnie urzeka w większości jego książek? Myślę, że to samo, co miliony innych ludzi – King po mistrzowsku potrafi wzbudzać w czytelniku emocje, sprawiać, że opisywany przez niego świat na moment staje się naszym, po prostu bez reszty nas wciąga. Myślę, że pomocna jest tu szeroko rozumiana globalizacja – jesteśmy Polakami, mamy swoje własne wierzenia, czy tradycje, a jednak w coraz większej mierze, po części bywamy po prostu obywatelami świata. Wszechobecna amerykanizacja odbija swoje piętno przede wszystkim na młodych, zafascynowanych tym co obce, dalekie i w pewnym sensie nieosiągalne. Oglądamy amerykańskie filmy, seriale, czytamy książki autorstwa amerykańskich pisarzy i może dzięki temu mieszkający przykładowo w Bostonie bohater nie jest już dla nas kimś obcym, z poza naszego kręgu. Powoli staje się „swój” bo przecież przyswajamy obce języki, cieszymy się coraz większą łatwością podróżowania, poznajemy inne kultury, a będąc z natury mniej lub bardziej empatyczni, dzięki temu w jakiś intensywniejszy sposób przeżywamy emocje bohaterów.

Czym dla Pani jest fantastyka grozy? Czemu akurat taka tematyka?

Fantastyka grozy kusi mnie chyba najbardziej ze względu na jej zupełnie nieprzewidywalne oblicze. Bo stwórzmy przykładowo postać spokojnego, kochającego żonę i dzieci urzędnika. Gość jest przewidywalny, skrojony niemal na miarę. W powieści obyczajowej, czegokolwiek by nie zrobił, można to przewidzieć. Oczywiście dobry pisarz postara się maksymalnie zaskoczyć Czytelnika, jednak siłą rzeczy lista jego potencjalnych reakcji, czy zachowań, jest ograniczona. W powieści grozy ten sam spokojny, cichy urzędnik, wpadając powiedzmy na posiadającego macki zielonego stwora, który właśnie wypełzł spod łóżka, zareaguje również w kilka łatwych przez nas do przewidzenia sposobów, a jednak o wiele bardziej ciekawi nas to jego spotkanie z nieznanym, niż powiedzmy z otyłą panią ze skarbówki, która mogłaby go nękać na kartach powieści obyczajowej.  Poza tym pisarz ma tu większe pole do popisu, może się  wykazać wyobraźnią, zaszaleć. Bo owszem – urzędnik może z krzykiem uciec, albo podjąć nierówną walkę z potworem. Ale może też w jakimś nagłym szale posiekać go na parę kawałków, obsmażyć w głębokim oleju i zaserwować żonie przy kolacji. Horror pozwala przekraczać ogólnie przyjęte przez społeczeństwo normy, bawić się fabułą, sięgać po środki, które w innych gatunkach byłyby co najmniej nie do zaakceptowania. Bohater kryminału poszatkować i obsmażyć stwora z mackami już nie może, chociażby dlatego, że wówczas kryminał zamieniłby się właśnie w… horror, bądź przynajmniej w coś na pograniczu obu gatunków. Inną sprawą jest kwestia emocji czytającego – myślę, że w naszym dzisiejszym, w miarę poukładanym i spokojnym świecie, tkwiąc przez parę godzin dziennie przed monitorami komputerów potrzebujemy jakichś dodatkowych bodźców, silniejszych wrażeń. Wieki temu mężczyzna brał maczugę, maczetę, czy co tam miał pod ręką i szedł upolować kolację. Dzisiaj dobity rutyną, zmęczony całodzienną harówką w korporacji samiec jedzie do supermarketu, gdzie w świetle jarzeniówek, poziewując z nudów, wybiera z lodówek pizzę, kabanosy i piwo. Zmieniła się otaczająca nas rzeczywistość, sprawiła, że w pewien sposób stępiły nam się zmysły. Groza pozwala poczuć adrenalinę, odwołuje się do tkwiących gdzieś głęboko w nas pierwotnych instynktów, stymuluje nasze umysły. Część zajmujących się zjawiskiem grozy badaczy twierdzi, że to nie strachu szukamy oglądając takie filmy, ale poczucia ulgi, jaka przychodzi wraz z rozładowaniem emocji. Osobiście myślę jednak, że po prostu uwielbiamy się bać. Przynajmniej dopóki rzecz dzieje się na ekranie, bądź kartach powieści. Bo przeżyć opisywanych przez moich ulubionych pisarzy grozy, najgorszemu wrogowi bym nie życzyła. Pseudonim Olga Haber przybrałam z tylu różnych względów, że długo by pisać – wspominałam o tym całkiem niedawno w rozmowie z Sebastianem Sokołowskim, więc jeśli ktoś będzie bardzo ciekawy, zawsze może zajrzeć na stronę „Okiem na horror” gdzie sprawę bardziej szczegółowo wyjaśniam.

W czym upatruje Pani szczególnej popularności tej konwencji, wyrażającej się przecież nie tylko w znaczącym wzroście ilościowym utworów, ale i powołaniu nagrody literackiej, mającej promować najcelniejsze realizacje?

Myślę, że jest to taka swoista reakcja łańcuchowa. To nie tak, że ludzie nagle wyjątkowo zaczęli się interesować grozą, bo bać lubimy się od wieków. Wystarczy przejrzeć podania ludowe, czy nawet bajki i baśnie, w których strach bywa kluczowym elementem fabuły. Jednak w Polsce szeroko rozumiana groza przez lata była chyba mocno niedoceniana. Obecnie wydawcy nie boją się już wydawać tego gatunku, ba, prześcigają się wręcz w promowaniu nowych tytułów stąd wrażenie, że to na naszych oczach wszystko się rozkręca. Tymczasem na świecie horror kwitnie od dziesięcioleci, a moda, która przyszła do nas poniekąd z zachodu, po prostu zaowocowała. Urodzeni w latach siedemdziesiątych, czy osiemdziesiątych, „wychowywali się” przykładowo na Mastertonie, który wtedy był chyba jednym z ulubionych pisarzy Polaków. Ci z lat dziewięćdziesiątych mają już o wiele większy wybór lektur, do tego filmy, seriale utrzymane w tej konwencji i mamy prawdziwy „horror boom”. Pomysł na nagrodę Polskiej Literatury Grozy uważam za świetny – z racji, że wręczenie jej odbyło się na krakowskim KFasonie, miałam okazję uczestniczyć w gali, a emocje były spore. Przy okazji jeszcze raz serdecznie gratuluję Krzysztofowi Maciejewskiemu! Takie wyróżnienie ukazuje, że nie tylko wydawcy, ale i Czytelnicy coraz poważniej traktują gatunek – można więc powiedzieć, że dekadami spychany u nas na margines literatury horror w końcu zdobył wszelką racje bytu, wręcz zatriumfował.

W ubiegłym roku najbardziej prestiżową rodzimą nagrodę literacką NIKE zdobyła Joanna Bator za „Ciemno, prawie noc”; w tym do niej nominowany został Jerzy Pilch za „Wiele demonów”. Oba utwory utrzymane są w konwencji fantastyki grozy. Czyżby  powieść realistyczna utraciła moc przybliżania nam świata?

To nie jest tak, że powieść realistyczna utraciła moc przybliżania nam świata. Ona wciąż ją posiada, horror natomiast ten dobrze nam znany, otaczający nas świat, w dużej mierze odrealnia, wynaturza. A im bardziej odrealniony świat powieści, tym większa ciekawość i zarazem przerażenie Czytelnika. Bo przecież wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych utartych schematów, których nagłe obalenie może wywołać strach, niepokój, czy chociażby pewien psychiczny dyskomfort. A czemu tak radośnie nurzamy się w takich klimatach? Nie mnie odpowiadać, bo nie czuję się ekspertem. Przy okazji poddam się publicznej chłoście przyznając, że książki pani Joanny Bator niestety nie czytałam. „Wiele demonów” Jerzego Pilcha jest na mojej liście must have!, więc miejmy nadzieję, że niebawem nadrobię zaległości.

Na kreacji świata przedstawionego Pani powieściowego debiutu zaważyły nie tylko wizje literackie. Od lat etnografowie i antropolodzy kultury (m.in. Bohdan Baranowski) podkreślają przemiany w obyczajowości wiejskich środowisk, w  których kontakt z diabłem został zastąpiony przez kontakt  z kosmitami. Do jakiego stopnia taka kreacja jest wynikiem Pani lektur antropologicznych, na ile zaś efektem obserwacji owych przemian?

Na początek muszę Pana rozczarować – jak długo żyję, nie czytałam niczego z dziedziny antropologii. Są oczywiście seriale, czy książki, zajmujące się mniej lub bardziej serio tą tematyką i te bardzo lubię. „Trupia farma”, czy powieści Simona Becketta – to na przykład całkiem wciągające lektury. Jednak żadnych rozpraw naukowych z tej dziedziny nie śledzę. Pyta Pan o ewolucję wierzeń, w której główną rolę zamiast diabła zaczynają odgrywać kosmici… Myślę, że to jest kwestia swoistej mody – dawniej Kościół pełnił w społeczeństwie znacznie większą rolę, stąd ludzie dopatrywali się wszelkiego zła w działalności szatana. Dzisiaj „na fali” są kosmici, więc to im przypisujemy część diabolicznych cech i to ich ingerencji w naszą egzystencję się boimy. Człowiek od wieków śledzi walkę dobra ze złem, żywiąc wyobraźnię tym, co go aktualnie otacza. Dawniej grzmieli z ambony księża strasząc maluczkich ogniem piekielnym, czy szatanem właśnie; dzisiaj mamy filmy takie, jak „Czwarty stopień”, który na mnie osobiście zrobił dość duże wrażenie. Wiem, że to stek bzdur przedstawionych w formie paradokumentu, ale pamiętam, że w paru momentach udało się twórcom mnie przestraszyć. Inna sprawa, że jak na kogoś lubiącego grozę, to ja strasznie strachliwa jestem. Horrory najbardziej lubię oglądać w towarzystwie przyjaciół. Sama już odrobinę niewyraźnie się czuję. (śmiech)

Posiłkuje się Pani w kreacji wyobraźni bohaterów opowieściami, które w ramach świata przedstawionego pełnią rolę podań ludowych. Wiara w nie ma przemożny wpływ na decyzje postaci. Czy istotnie folklor może obecnie stanowić źródło opowieści grozy? 

To akurat w żaden sposób mnie nie dziwi, bo folklor od zawsze stanowił źródło opowieści grozy – wszystkie te strzygi, zmory, utopce, płanetnicy i inne dziwne stworzenia znaleźć można na kartach wielu książek; u naszych współczesnych rodzimych pisarzy folklorystyczne motywy przewijają się chociażby w głośnym kilka lat wcześniej debiucie powieściowym Stefana Dardy „Dom na wyrębach”. A patrząc nieco dalej wstecz należałoby wspomnieć o folklorze w dziełach twórców epoki Romantyzmu, czy Młodej Polski. Będąc głęboko zakorzenionym w naszej tradycji i kulturowym dziedzictwie, folklor mocno działa na wyobraźnię Czytelnika, budzi częściowo zapomniane, głęboko uśpione lęki. W dzieciństwie baliśmy się najprzeróżniejszej maści potworów i myślę, że ten zakorzeniony w nas lęk, nadal tam gdzieś tkwi.

Podczas lektury trudno nie zauważyć zakorzenienia języka bohaterów w świecie pozatekstowym. Skąd czerpała Pani inspirację? Czy wzorowała się Pani na realnych, zasłyszanych rozmowach?

O, jaki ładny eufemizm – nazwanie wszelkich padających w mojej powieści wulgaryzmów „językiem świata pozatekstowego”. Skąd czerpałam inspirację? Z życia, proszę Pana. Jestem już na tyle dużą dziewczynką, żeby czasem bezkarnie rzucić mięsem i świetnie wiedzieć, jak taki dialog w miarę realistycznie opisać. Ludzie klną. W domu, w pracy, w tramwaju, nad Wisłą i na wizji. Mnie też się zdarza, nie będę ściemniać. Poza tym myślę, że każdy pisarz, który ma jaki taki warsztat, musi potrafić kreować skrajnie zróżnicowanych społecznie bohaterów. Jedni przeklinają, inni mówią nieskalaną polszczyzną, jeszcze inni raz tak, raz tak – podobnie jak w życiu otaczają nas różni ludzie, tak i na kartach książki musi być różnorodność. Ja nie mówię, że każdy mężczyzna, który pracuje w budowlance klnie, ale jeśli autor opisze go rzucającego tak zwanym mięsem, nikogo to nie zdziwi. Bo niestety my, ludzie, lubimy myśleć stereotypowo. Oczywiście, można też Czytelnika zaskoczyć tworząc coś na zasadzie kontrastu z ogólnie przyjętymi schematami, stworzyć rzucającą za przeproszeniem „kurwami” bibliotekarkę z siwym koczkiem, czy przeklinającą zakonnicę. Tutaj jednak cienka jest już chyba granica pomiędzy realizmem, a śmiesznością, więc trzeba uważać, żeby nie przegiąć zarówno w jedną, jak i w drugą stronę.

Równie, co język postaci, pełnowymiarowi są też bohaterowie. Do jakiego stopnia pozostają oni wytworem Pani wyobraźni? Czy też może, kreśląc ich portrety, sugerowała sie Pani realnie istniejącymi postaciami? Jeśli tak, to czy odnajdywały sie one na kartach powieści? 

Nie inspirowałam się żadnymi realnie istniejącymi postaciami – wszyscy bohaterowie mojej powieści są przeze mnie wymyśleni na potrzeby fabuły. Prawdę mówiąc nie wiem, czy kiedykolwiek bym się odważyła opisać kogoś ze znajomych, czy z rodziny. Jasne, zdarza się  tak, że pewne zachowania, upodobania, czy gusta „pożyczam” sobie od bliskich mi osób, jednak każdy z moich bohaterów stanowi zazwyczaj taką swoistą mieszankę cech, przyzwyczajeń czy upodobań ludzi, których obserwuję na co dzień, którymi się otaczam.

A Pani? Z którym z bohaterów utożsamia się najbardziej? 

Nie mam zwyczaju ani potrzeby utożsamiania się z żadną z moich bohaterek – bo sądzę, że jako kobieta mogę w tej sytuacji myśleć przede wszystkim o bohaterkach żeńskich. Czemu? Bo chyba bym zwariowała… Mnogość postaci, jakie tworzę jest taka, że niewiele mam czasu na doszukiwanie się jakichkolwiek podobieństw. Z Natalią łączy mnie może strach przed upływającym czasem, bo takie lęki od niedawna mnie męczą. Z tym, że u niej zakrawa to już niemal na jakąś obsesję, a u mnie przebiega w miarę łagodnie i okazjonalnie. (śmiech) A tak poza tym, niewiele mamy ze sobą wspólnego. Zresztą sądzę, że trzeba wielkiej odwagi, żeby szczerze i otwarcie pisać o samej sobie, uzewnętrzniać swoje własne lęki, obsesje, czy pragnienia. Wkraczamy tutaj na dość grząski grunt, przekraczamy granice intymności, za którą każdy z nas w jakiś sposób pragnie się skryć. Oczywiście jest mnóstwo pisarzy, którzy nie mają takich oporów, ja jednak raczej do nich nie należę. Moi bohaterowie to twory czysto fikcyjne, a nawet jeśli siłą rzeczy przelewam na nich jakieś własne lęki, czy odczucia, osobiście potrafię chyba odciąć się od wszelkich porównań z własnym życiem.

Równie precyzyjnie, co postaci, wykreowana zostaje w utworze  miejscowość, w  której rozgrywają się przygody Natalii. Czy można odnaleźć ją na mapie, czy też pozostaje w domenie kartografii wyobraźni?

Odnośnie miejscowości możemy mówić tylko i wyłącznie o kartografii wyobraźni. Cieszy mnie, że zwrócił Pan na to uwagę, bo miałam pewne obawy w tej kwestii. Mianowicie jest kilkakrotnie wspomniane, że bohaterka posiada mieszkanie w Bielsku-Białej, a letni domek jej byłego faceta, pod którego dachem obecnie mieszka, znajduje się nad malowniczym jeziorem gdzieś nieopodal. Oczywiście w okolicach Bielska nie ma takiego miejsca – zostało ono przeze mnie wykreowane na potrzeby powieści. Miałam jednak obawy, że ludziom może przeszkadzać fakt iż po części umiejscowiłam bohaterkę w konkretnym miejscu, a po części w …wymyślonym. (śmiech) Ale z drugiej strony papier wszystko zniesie, a prawem pisarza jest kreowanie najprzeróżniejszych krain, nawet takich, które niekoniecznie znajdują się na mapach.

Na zakończenie tradycyjne pytanie o dalsze plany twórcze. Czy dane nam będzie powrócić do świata znanego z debiutanckiej powieści – czytając ją miałem wrażenie, że kilka wątków zostało otwartych i zostawionych „na później”? Czy też może szykuje Pani inną niespodziankę?

Pana wrażenie wzięło się pewnie stąd, że ja osobiście bardzo lubię pozostawiać trochę takich otwartych wątków  –  myślę, że uruchamiają wyobraźnię Czytelnika, zostawiają część rzeczy w sferze domysłów. I bardzo dobrze, bo niby czemu wszystko ma być dopięte na ostatni guzik? Na dzień dzisiejszy nie sądzę, żebym kiedykolwiek napisała kontynuację tej akurat powieści, ale jak mawiają mądrzy ludzie, nie ma co palić za sobą mostów, więc nie będę się tutaj zarzekać, że nigdy, przenigdy. Czas pokaże… Obecnie mam już w głowie i na milionach różnych karteczek z notatkami zarys fabuły kolejnej powieści grozy. Zaczęłam nawet pisać, ale o tym ani mru, mru, bo jak każdy, kto para się piórem, jestem pod tym względem raczej przesądna – to jeszcze nie jest ten etap, żebym chciała mówić o kolejnej książce. Bywa przecież i tak, że powstaje sto, czy nawet dwieście stron i nagle autor stwierdza, że to nie to. Że nie czuje tematu, nie chce dalej pisać. Więc cicho, sza! (śmiech) Na razie wylałam fundamenty. Wiechę zawieszę, miejmy nadzieję, za jakieś parę miesięcy.

W imieniu czytelników „Grabarza Polskiego” dziękuję za rozmowę.

Ja również serdecznie dziękuję zarówno za rozmowę, jak i za medialny patronat. Pozdrawiam Czytelników „Grabarza”!

Rozmawiał: Bogdan Ruszkowski

Za pomoc w przygotowaniu pytań dziękujemy Adamowi Mazurkiewiczowi.

Polecamy także