Artykuł

Wywiad z Thomasem Olde Heuveltem. Część I

dnia

Thomas Olde Heuvelt to holenderski pisarz, znany w Polsce (tylko) dzięki powieści „Hex” wydanej nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka (książka sprzedała się w trybie błyskawicznym i już szykowany jest jej dodruk), ale tak naprawdę to autor pięciu powieści i licznych opowiadań. Jest zapalonym wspinaczem wysokogórskim, podróżnikiem, udziela się także w mediach społecznościowych. Z tym miłym i szalenie otwartym pisarzem rozmawiał Michał, a wspólnie: rozebrali „Hex” na czynniki pierwsze, wojowali z niewygodnymi pytaniami, rozważali na tematy trudne i trudniejsze, szukali istoty holenderskiej mentalności i wiele, wiele innych.

Zapraszamy do przeczytania pierwszej części wywiadu z Thomasem Olde Heuveltem.

Pytanie na rozgrzewkę: poświęciłbyś syna czy Sudan?

Ha, wredny początek! Na to pytanie nigdy nie ma dobrej odpowiedzi. Ale niech będzie, jeśli chodzi o mojego własnego chłopca, poświęciłbym Sudan. Tak jak wszyscy.

Czy posiadasz jakieś doświadczenie ze zjawiskami paranormalnymi? Może przykładowo odwiedziłeś nawiedzony dom w swoim kraju lub w pobliżu albo coś w tym stylu?

Nie. Niekoniecznie wierzę w rzeczy, o których piszę, a przynajmniej nie w te nadnaturalne. Jestem trochę niechętny, by nazywać historie o duchach prawdziwymi, ponieważ zawsze są to relacje z drugiej ręki. Nie było mnie tam, nie mam żadnej możliwości zweryfikowania takiego doświadczenia, więc naturalnie zamieniam to w opowieści. Może ludzie widzą cień, czy coś w rodzaju „zniekształcenia” ich wyobraźni, albo coś, czego w ogóle tam nie było, co było zdecydowanie martwe. Chciałbym bardzo pewnego dnia zobaczyć ducha. Ale nie, odkąd umarłem, przestałem wierzyć w duchy. [Przypis red.: Ostatnie zdanie jest najprawdopodobniej żartem… ale kto wie…]

Często wspominasz o kilku członkach rodziny, którzy wprowadzili Cię w gatunek horrorów i odegrali ważną rolę w twoim dzieciństwie. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, kim byłbyś dzisiaj, gdyby Twój dziadek i wujek nie mieli talentu do opowiadania historii i nie częstowali cię nimi, gdy byłeś dzieckiem? Czy miało to zasadniczy wpływ na Ciebie jako pisarza?

Zdecydowanie tak. Zapoczątkowali moją pasję. Bez nich prawdopodobnie byłbym teraz pilotem linii lotniczych. Jako dziecko uwielbiałem samoloty. Zbierałem modele. Wiesz, te, które musisz skleić od zera, a następnie całe pomalować. Pewnego razu dostałem nowy duży samolot, a zbudowanie go zajęło mi wiele dni. Kiedy to zrobiłem, wziąłem młot dwuręczny i zmiażdżyłem go, uderzając przez sam środek. Podpaliłem krawędzie zapałkami i użyłem spalonej tkaniny i pomarszczonej folii aluminiowej, aby upozorować wrak. Następnie porozstawiałem zabawkowe karetki pogotowia wokół miejsca „wypadku” i pokazałem je mojej mamie. Zrobiłem coś w stylu: „Tadaaaa!”- nie była rozbawiona. Prawdopodobnie to pokazuje, jak dobrze się stało, że jednak nie zostałem pilotem.

Zastanawiam się, w jaki sposób podchodzisz do kolejnych etapów tworzenia swoich powieści. Czy masz w zwyczaju dzielić się regularnie z bliskimi nowinami odnośnie skończonego właśnie rozdziału, pokazując im mniejsze fragmenty swojej pracy? Masz potrzebę natychmiastowego feedbacku? A może jest zgoła odmiennie: wszystko, co tworzysz owiane jest tajemnicą i nikt nie może zobaczyć efektów, dopóki nie ukończysz całości? Czy dążysz do pisania ustalonej ilości słów/stron dziennie (np. tak, jak S. King)? Czy postrzegasz proces twórczy właśnie w ten sposób?

Nie lubię, gdy ludzie podczytują moją historię, gdy ta nie jest jeszcze skończona. Mam jednego bliskiego przyjaciela – producenta filmowego – z którym omawiam swoje pomysły, kiedy czuję taką potrzebę. Tak było na przykład z „HEXem”. Pokazałem mu moją wstępną koncepcję, a on ją doszczętnie „spalił” – i słusznie. To było nudne, mdłe i nieoryginalne. Potem zaczęliśmy się z tego śmiać. To były rozważania w stylu: „a co, jeśli wiedźma nie jest przerażającą, nadprzyrodzoną zjawą, tylko miasteczkowym błaznem? Co, jeśli mieszkańcy przyzwyczaili się do niej, zamiast się jej bać, i powieszą na jej twarzy ścierkę do naczyń, gdy ta po raz enty pojawi się w ich salonie?”. To sprawiło, że książka wskoczyła na właściwe tory. Ale oprócz tego jednego przyjaciela, nie radzę się nikogo. Płynę gładko z rytmem i regularnością. Staram się planować dni tygodnia w sposób nieograniczony, dawać sobie wolność w tworzeniu i pisać około 1000 słów dziennie. 2.000 jeśli mam szczęście.

„HEX”, jak powiedziałeś [przypis red.: w innym wywiadzie], powstał w cztery i pół miesiąca, prawda? Widziałem też gdzieś Twoją deklarację: jedna powieść na rok. Czy takie tempo nie jest dla Ciebie zbyt ostre? Czy to bardziej kwestia czystego entuzjazmu i głowy pełnej pomysłów, a może chodzi o idealną organizację i skuteczny research?

To najwyraźniej okazało się zbyt ciężkie, ponieważ teraz pracuję nad moją nową powieścią już trzy lata! Ale ma to głównie związek z pracą, którą musiałem wykonać, aby międzynarodowy przeskok „HEXa” doszedł do skutku. Pracowałem nad pisaniem historii na nowo, redagowałem tłumaczenie, odwiedzałem wiele państw. To duża frajda, ale też spora intensywność. A potem presja wzrosła. Przedtem pisanie było dobrą zabawą. Nagle „The Guardian” i „The Wall Street Journal” popełniają entuzjastyczne recenzje, a nie kto inny, jak mój idol z dzieciństwa, Stephen King, ćwierka na Twitterze, że „HEX” mu się podoba. Ta presja była czymś, do czego musiałem się przyzwyczaić. Ale wróciłem już do „gry”, znów piszę, i jeśli będę pracować w stałym tempie, to w przyszłości uda mi się napisać jedną powieść na rok.

Przyznaję, że dla mnie to jedno z kluczowych pytań związanych z Twoją książką. Jak osadziłeś, bardzo klasyczne, motywy grozy w kontekście nowych technologii? Jak wyglądała Twoja praca? Ponieważ w tym właśnie przejawia się cała wartość „HEX”: książka sięga po klasyczne tematy i odczytuje je z perspektywy hi-tech.

Ostatnio często debatuje się nad tym, w jaki sposób nowoczesna technologia zabija klasyczny horror, ale to są kompletne bzdury. Teraz nie ma już żadnego usprawiedliwienia dla postaci, która nagle zapomina o swojej komórce, gdy zostaje uwięziona na odludziu, a zagrożenie czai się gdzieś w pobliżu. Czemu jako pisarz miałbym nie skorzystać z możliwości oferowanych przez te „nowe czasy”? To właśnie zrobiłem w „HEX”. To całkiem logiczne, że miasto nawiedzane przez wiedźmę, zapewnia wszystkim swoim mieszkańcom bezpłatną aplikację na iPhona – aplikację HEX – która na dodatek zostaje połączona z ich GPSami i służy do zgłaszania obserwacji Katherine. Tak postąpiłoby współczesne społeczeństwo, a jednak to nadal małe miasteczko. Uwielbiałem małomiasteczkową nieudolność ludzi z Centrum Kontroli HEX. Za każdym razem, kiedy wiedźma pojawiała się w kamerach CCTV lub przez aplikację napływały zgłoszenia o jej obecności w miejscu publicznym, oni musieli jeszcze tam iść i ukryć ją, wykorzystując do tego szopę z narzędziami, krzak albo śpiewający chór starszych pań. No wiesz, na wypadek, gdyby w miasteczku pojawili się przyjezdni. Z upływem czasu, nabierasz praktyki.

Kwestia „aplikacji” i „nadzoru” jest mocno eksploatowana w Twojej historii. Jestem pewien, że ludzie zwrócą uwagę na ten aspekt, tak jak zrobiłem to ja. Bo jednocześnie nowoczesność łączy się przecież z przeszłością – tak, jakby zabobon był immanentną cechą ludzkiej natury, na którą postęp technologiczny nie ma wpływu. Podsumowując, czy uważasz, że technologia nas zmienia, czy zmienia naszą moralność, czy też uważasz, że to coś „ponadepokowego”, „ponadtechnologicznego”?

Technologia sprawiła, że ​​życie stało się o wiele łatwiejsze, ale nie wierzę, że wpłynęła na zakodowaną w nas ludzką naturę. W czasach niepewności wciąż przejawiamy pierwotny strach przed mocami, które są niewidzialne i nienamacalne, i zagrażają naszemu poczuciu „normalności”. To właśnie dlatego ludzie w dawnych czasach zwykli oskarżać innych o czary: gdy tylko wydarzyło się coś niewytłumaczalnego, musiał być ktoś, kogo można za to obwinić. Ten sam strach odgrywa ogromną rolę w „HEX”: chociaż fabuła jest osadzona w czasach współczesnych, to gdy w Black Spring dzieje się coś złego, mieszkańcy miasteczka nie zwracają się przeciwko wiedźmie, ale sobie nawzajem. Szukają kozła ofiarnego… ponieważ to, co naprawdę leży u podstaw tej sytuacji, jest czymś, o czym nie chcielibyśmy rozmawiać. Nasze własne słabości, lęki i niepewność. Zamiast książki o nadprzyrodzonych mocach, „HEX” traktuje o deprawacji ludzkości, kiedy jesteśmy uwikłani w nieprzyjemną, niepożądaną sytuację. I to nie zmieniło się ani trochę wraz z postępem technologii.

Który moment w powieści (które wydarzenie) było dla Ciebie trudne? Czego doświadczyłeś pisząc tę ​​historię?

Zabawy. Świetnie się bawiłem pisząc tę ​​książkę i zajęło mi to niecałe pięć miesięcy. Nie mam problemów z pisaniem mrocznych fragmentów opowieści – a w tej powieści jest sporo takich momentów. Jeśli już borykam się z czymkolwiek podczas twórczego procesu, to z tym, jak dojść z punktu A do punktu B. Ale nauczyłem się nie myśleć o tym za dużo, ponieważ kiedy już zacznie się pisać, historia zwykle sama się rozwinie.

„HEX” posiada duży potencjał dramatyczny. Przez dramat rozumiem takie tematy, jak: dokonywanie trudnych wyborów, relacja rodzic-dziecko, ukrywanie wielkiej tajemnicy Black Spring przed obcymi, granice oporu i to, co wszystkie mają ze sobą wspólnego – moralny punkt widzenia. Co o tym sądzisz i co czujesz?

Dramat jest sednem każdej dobrej historii. Kiedy byłem młodszy, miałem mentora, który nauczył mnie cennej lekcji na temat opowiadania historii: każda dobra historia opowiada o sympatycznej postaci, która wbrew wszelkim przeciwnościom przezwycięża pozornie niemożliwe zadanie. Ale „hej” – w horrorach nie zawsze pokonujesz tę trudność. A bohaterowie nie zawsze dają się polubić… Wreszcie: nie dbam o moralność i zasady. Nie chcę nikomu dawać lekcji. Po prostu chcę opowiadać dobre historie. Jeśli to sprawia, że ​​czytelnicy myślą, tym lepiej.

Zastanawiam się, czy morał całej historii nie narzucał Ci zbyt mocno sposobu, w jaki wykreowałeś swoje postacie? Innymi słowy, czy jesteś zwolennikiem metody budowania postaci pod dramat, czy dramatu pod postaci? Pytam, ponieważ mam bardzo ambiwalentne uczucia co do poziomu ich kreacji. Z jednej strony jest świetna Griselda i nie mniej udana Katherine (rodziny Grantów nie oceniam), a z drugiej strony, jednowymiarowy i przewidywalny, wyraźnie negatywny Colton Mathers oraz Jaydon. Miałem silne wrażenie, że niektóre postaci stały się pionkami ilustrującymi konkretną tezę.

Nie wiem. Władza nie zawsze nas deprawuje, chociaż w odpowiednich okolicznościach może się tak zdarzyć, a Ty odnosisz się do postaci, które jednocześnie są zepsute przez władzę lub siłę, a do tego dzieje się to w bardzo niekorzystnych okolicznościach. Przewodniczący Rady Colton Mathers jest wielce konserwatywnym, bogobojnym i religijnym człowiekiem, który ma czarownicę, dosłownie, pod ręką. W jego miasteczku zwykły strumień zmienia się w potok krwi, a on sam widzi znaki na niebie… Nie sądzę, by w jego przypadku niezwykłym było to, że stracił złudzenia i zgorzkniał. Podczas gdy Jaydon, maltretowany dzieciak, obwinia wiedźmę za śmierć swojego ojca, i nagle odkrywa potęgę szantażu… Za czyjąś ciemną stroną zawsze kryje się jakaś historia.

Założę się, że słyszałeś o takim terminie, jak „efekt Lucyfera” P. G. Zimbardo? Znajduję wiele podobieństw między nim, a tym co zawarłeś w „HEXe”, ponieważ stwarzając takie okoliczności i środowisko, dałeś ludziom możliwość obudzenia w sobie starych średniowiecznych praktyk i przesądów. A co najgorsze? Zrobili to z wielką łatwością! To prawdziwy koszmar tej książki…

Nie mogę się niestety zgodzić. Przerażający jest fakt, że to wciąż rzeczywistość naszego społeczeństwa. Zabierz element normalności, wprowadź ludzi w lekkie wyobcowanie, a wielu z nas zamienia się w stado pieniaczy. Spójrz, ile kłopotów spowodował napływ uchodźców w wielu krajach w Europie. Ludzie nie radzą sobie dobrze ze zmianami, a szczerze powiedziawszy, nawet ze sobą nawzajem. To był tylko ludzki element „obcości” – inni ludzie uciekający przed wojną czy głodem. Wyobraź sobie, co w takim razie zrobiłby z grupą przestraszonych ludzi element nadprzyrodzony. Nie trzeba wiele, by społeczeństwo się rozpadło.

Pozwolę sobie odnieść się do mojej recenzji „HEX”. Stworzyłem tezę, że Holender postawił w miasteczku wiedźmę, aby „zainspirować” społeczność do bycia sobą, do „zbiorowego szaleństwa” i „powszechnego ogłupienia”. Czy to było Twoim celem? Odbierasz to w taki sam sposób? Przy okazji dziękuję za to, że nie uczyniłeś Katherine „płaskim, pustym potworem”, który istnieje tylko po to, żeby nas przestraszyć. Dobrze, że ludzie są tu złoczyńcami – dzięki temu twoja książka jest znacznie lepsza.

Tak. Ostatecznie poczułem, że Katherine była źle rozumianą matką. To ludzie są prawdziwymi potworami. I dziękuję za te miłe słowa! Cieszę się, że czytelnicy podchwytują to, że ludzkie zło jest ostatecznie znacznie bardziej przerażające, niż jakikolwiek potwór z pazurami i zębami.

Zgodnie z Twoimi słowami, „Katherine van Wyler […] była źle rozumianą matką”. Czy możesz powiedzieć to samo o, jednej z moich absolutnie ulubionych postaci, Griseldzie? Ciekawi mnie również, kiedy pomysł stworzenia jej pojawił się w Twojej głowie? Czy wzorowałeś się na kimś rzeczywistym?

Griselda nie była oparta na żadnej prawdziwej osobie – z resztą to samo można powiedzieć o wszystkich moich postaciach. Za to przez cały czas miałem słabość do Griseldy. Prawdopodobnie ona sama siebie określiłaby mianem „niezrozumianej matki”, ale to coś więcej, ona jest prawdziwym antybohaterem. Oprócz jej niepokojącej przeszłości, przemocy małżeńskiej i wątpliwej roli w radzie miejskiej, uczyniłem z niej symbol praktyczności, z jaką mieszkańcy Black Spring podchodzili do elementów nadprzyrodzonych. Griseldzie napędza strachu już sama myśl, że pewnego dnia Katherine otworzy oczy, a miasteczko spotka zagłada. Dlatego, by ugłaskać wiedźmę, oferuje jej najcenniejszy dar, jaki tylko przychodzi jej do głowy: półmisek słynnego pasztetu domowej roboty. Kiedy miasteczko dotyka pierwszy wstrząs, Griselda czuje, że potrzebuje lepszej ofiary. Jaka jest najpiękniejsza rzecz, jaką może wymyślić i która zadowoli Katherine, a z drugiej strony nadal będzie się mieścić w dużej torbie na zakupy, którą może zawiąza wokół jej ciała? Oczywiście paw! Więc zdobywa jednego. Generalnie uważam, że właśnie tak mogą postępować ludzie praktyczni, w przypadku gdy nadprzyrodzone otoczenie wymknie się spod kontroli.

W „HEXie” kreujesz się na gawędziarza (czyli wchodzisz w rolę, jaką pełnili Twoi bliscy wobec Ciebie). Również bezpośrednio wyznajesz, że popularna literatura amerykańska miała na Ciebie największy wpływ, więc mentalnie nie jesteś – mimo miejsca urodzenia – pisarzem „w duchu europejskim”. Nie kryjesz się też z opinią, że literatura holenderska nie jest tak ekscytująca jak amerykańska, jednak nie widzę powodu, by nie łączyć psychologicznych aspektów i „długich wewnętrznych monologów” (to Twoje słowa) ze sprawną narracją i czymś ekstra, co wywołuje gęsią skórkę. Jaki jest Twój punkt widzenia? Czy wszystko kręci się wokół podekscytowania?

Aspekty psychologiczne – tak. Długie wewnętrzne monologi – nie. Jedną rzeczą, którą musisz wiedzieć o kulturze holenderskiej jest to, że posiadamy kalwińską naturę. Nasze ulubione powiedzenie w Holandii brzmi: „Doe maar gewoon, dan doe je al gek genoeg”. W przekładzie znaczy to tyle, co „po prostu zachowuj się normalnie, bo to i tak wystarczająco szalone”. Są tego dobre strony – stąpamy twardo po ziemi, nie szalejemy z powodu polityków czy celebrytów, jak na przykład ludzie w USA – ale jeśli chodzi o opowiadanie historii, istnieją jednak ograniczenia. Jednym z „klasyków wszech czasów” literatury holenderskiej jest powieść pt. „De Avonden” („The Evenings”) Gerarda Reve’a. To książka o niczym. Rozciąga się na dziesięć dni nicości. Nic się w niej nie dzieje. A Ty czytasz, i czytasz, i nadal to samo, czyli nic. Książka została we mnie wmuszona w szkole średniej, gdy miałem piętnaście lat, a mój nauczyciel literatury nazwał ją „eksploracją znudzenia, celebracją nicości”. Byłem innego zdania, delikatnie mówiąc. Poczekaj chwilę – tutaj stawiam linię. Dajesz któremukolwiek z piętnastolatków tę książkę, a ona zabija w nich radość z czytania. Chciałem celebrować „coś”, a nie nic. Do tego czasu czytałem już sporo literatury amerykańskiej i odkryłem, że (w przeciwieństwie do literatury holenderskiej) tamta zawsze opierała się na fabule. Nie tylko powieści gatunkowe, ale także powieści literackie. Po prostu w tych książkach coś się działo. I kochałem to. Prowadzenie fabuły nie ma nic wspólnego z brakiem psychologicznej głębi. Kiedy czytam książkę, chcę się dobrze bawić i być nią poruszony. Nadal tak robię.

W niemal każdym wywiadzie podkreślasz, że „HEX” kładzie nacisk na stworzenie „doskonałego poczucia swojskości”, a następnie go niszczy. Zmiana lokalizacji (przeniesienie do USA) z powodu amerykańskiego przekładu jest dla mnie dość oczywista – wystarczy wspomnieć o szczególnej świadomości geograficznej ludzi tamtego rejonu lub Twojej, sięgającej dzieciństwa, fascynacji Kingiem, ale naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego wprowadziłeś tak istotne modyfikacje dla wszystkich europejskich czytelników? Nie żałujesz tego? Dlaczego nie przedstawiłeś swojej Holandii przynajmniej jej zachodnim i południowym sąsiadom? Powiedz nam, czy miałeś wtedy jakiś wybór? Czy możliwe było powiedzenie „nie” dla stworzenia nowszej wersji „HEX” dla Europejczyków?

Książka została oryginalnie osadzona w Holandii. Postanowiłem zmienić jej lokalizację, gdy Amerykanie nabyli do niej prawa. „HEX” to przerażająca książka, i kiedy ukazała się w Holandii, otrzymywałem setki wiadomości od czytelników, którzy pisali mi: „Ty draniu, musiałem spać przy włączonych światłach”. Tego też chciałem – takich reakcji – od czytelników w Ameryce. I aby naprawdę przestraszyć czytelnika, koniecznie musisz stworzyć to doskonałe poczucie swojskości, wciągnąć w nie czytelnika, a następnie rozerwać je na strzępy, gdy elementy nadprzyrodzone wejdą na scenę. Jeśli czytam książkę osadzoną w kraju, na którego temat nie wiem zbyt wiele, np. w Azerbejdżanie, zastanawiam się: „Jak wymawia ich imiona? Jakie panują tam normy społeczne? A co normą już nie jest? Co ich przeraża? A co nie? Dla każdego innego gatunku literackiego, np. fantasy, wyobcowanie, jakie tworzy dane dzieło, jest cudowne. Ale w przypadku horroru tworzy dystans, który stoi na drodze do pierwszego ciosu w brzuch, który chce zadać czytelnikowi. Uznałem, że amerykańscy odbiorcy literatury popularnej doświadczyliby tego samego w powieściowej scenografii rodem z Holandii. I dlatego to zmieniłem – nową wersję umieściłem w północnej części Nowego Jorku. Co oznacza, że ​​zmieniło się całe kulturalne serce książki. Ale wciąż pozostało wiele typowej holenderskości – i to celowo. Jak już wcześniej powiedziałem, Holendrzy są bardzo przyziemni. Kiedy rozsądna osoba widzi siedemnastowieczną oszpeconą wiedźmę z zamkniętymi oczami, pojawiającą się w narożniku salonu, prawdopodobnie ucieknie by ratować swoje życie. Kiedy Holender widzi siedemnastowieczną, oszpeconą czarownicę z zaszytymi oczami, pojawiającą się w narożniku salonu, powiesi na jej twarzy ścierkę, usiądzie na kanapie i poczyta gazetę. Ta typowa holenderskość była jedną z mocnych stron książki, więc ją zatrzymałem. W rezultacie miałem dwie różne wersje tej samej powieści. Osobiście nie przedkładam jednej nad drugą. Obie są moje i nad obiema tak samo ciężko pracowałem. Dobrze będzie teraz zaznaczyć, że nowe wydanie zostało sprzedane wydawcom w 26 krajach na całym świecie. Każdemu oferowaliśmy zarówno pierwotną (holenderską) wersję, jak i tę nowszą (amerykańską)… i bez jednego wyjątku, nieważne, czy chodziło o Niemcy, Francję, Japonię czy Brazylię, wszyscy wybrali wersję amerykańską. Ze względów komercyjnych uważali, że to przyniesie książce korzyść w ich kraju. Nie mogę osądzić ich decyzji, ponieważ nie jestem ekspertem od wszystkich tych rynków. Ale to też mówi Ci coś o tym, jak działa dzisiejszy świat, prawda?

Drugą część wywiadu znajdziesz TU

Rozmawiał i przetłumaczył: Michał „LelandLester”

Kliknij na okładce i przeczytaj recenzję "Hexa".

Kliknij na okładkę i przeczytaj recenzję „Hexa”.

 

Michał „LelandLester”

Recenzent. Czytelnik. Poszukiwacz dobrej literatury. Miłośnik klasyki. Sięgam po różne gatunki, nie mam jednego ulubionego. Preferuję literaturę polską, amerykańską oraz brytyjską. Nie oznacza to jednak, iż zamykam drzwi przed innymi wydawnictwami. Prowadzę blog z recenzjami Dobra Komplementarne, gdzie tytuły starsze i klasyczne przeplatają się z tymi nowszymi. Pisząc o czytaniu piszę o życiu, bo czytać – to żyć. Zawsze gotowy na dyskusję o książce.

Polecamy także