Artykuł

Wywiad z Arturem Urbanowiczem

dnia

Artur Urbanowicz – rocznik 1990, pochodzi z Suwalszczyzny. Z wykształcenia matematyk, z zawodu m.in. wykładowca akademicki, z zamiłowania – pisarz. Autor trzech powieści, w tym bestsellerowego „Inkuba”. Laureat Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego i zdobywca Złotego Kościeja. Przekonany o rozrywkowej roli literatury, pisze głównie w konwencji szeroko rozumianego horroru.

Z Arturem rozmawiamy o najnowszej powieści, o współpracy z wydawcami i wadze umiejętnej promocji swojej twórczości. O tym, czy chce być „polskim Kingiem”, czy napisze kiedyś kryminał i po co komu stand-up. Oraz o kilku innych rzeczach.
Zapraszamy!

Mieliśmy już kilku „polskich Kingów”. Często rynek wydawniczy chwyta się takich określeń, by podbić sprzedaż bowiem nazwisko King jest z pewnością najbardziej rozpoznawalne w gatunku horroru literackiego. Nie boisz się takiej łatki? A może sądzisz, że Ci się należy? 

Zdaję sobie sprawę, że taki tytuł to świetny chwyt marketingowy, niektórzy polscy pisarze z innych gatunków niż groza właśnie łatkom zawdzięczają swój sukces. Ale boję się takiej łatki o tyle, że nie chcę być nazywany polskim Kingiem, tylko polskim Urbanowiczem. Nie chcę od nikogo kopiować, tylko wyznaczyć własny kierunek, z którym będę kojarzony i pracować na własne nazwisko. Marzę o tym, by Czytelnicy nie potrafili porównać mojej twórczości z żadną inną. By mówili znajomym: „musisz sam to przeczytać i się przekonać”.  

Nigdy nie myślałem i nie pomyślę, że cokolwiek mi się należy. Jestem zwolennikiem strategii życiowej pod tytułem: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”, orędownikiem pracowitości. Uważam również, że nigdy nie zapracuję na tytuł mistrza grozy/pisarstwa. Nikomu nie zabronię tak o sobie mówić, każdy ma prawo do dowolnych poglądów, ale nie oznacza to, że będę z nim się zgadzać. Osobiście uważam się za słabego pisarza. Takie kontrolowane podcinanie skrzydeł samemu sobie ma tę zaletę, że pozytywne recenzje cieszą podwójnie, a kiepskie nie ruszają. Do tego wymusza na mnie bezustanny rozwój, stawianie sobie coraz większych wyzwań. Bo zamierzam rozwijać się pod tym względem (i innych) aż do śmierci, progres musi być zauważalny również w twórczości. 

Twoja najnowsza powieść  INKUB  sprzedaje się znakomicie. Recenzje zresztą też bardzo mocno chwalą powieść. Spodziewałeś się aż takiego sukcesu? Zwłaszcza z powieścią grozy, które przecież w Polsce są niejako niszą w niszy. 

Mam gorącą prośbę, byśmy przestali powtarzać, że groza jest w Polsce niszą i nikt jej nie czyta, bo w ten sposób sami się deprecjonujemy i depczemy, bynajmniej nie kontrolowanie. Mało osób czyta polską grozę, to fakt, ale generalnie grozę czyta sporo ludzi. Dowód na to jest prosty: najpopularniejszym pisarzem w Polsce jest Stephen King. Wykazano to w jakimś oficjalnym badaniu. Stephen King pisze nie tylko grozę, ale z grozą kojarzy się jednoznacznie, jego najpopularniejsze dzieła do dziś znajdują się na listach bestsellerów w Polsce (dajmy na to w tym momencie „Cmętarz zwieżąt” i „Misery” na odpowiednio drugim i trzecim miejscu w bestsellerach empik.com w kategorii horror). „Cmętarz zwieżąt” na samym LubimyCzytać ma prawie 16 tys. ocen. Tylko tam! Czy zdajesz sobie sprawę, że gdyby każdy z oceniających kupił jedną i tę samą polską powieść grozy, to byłaby ona drugim najlepiej sprzedającym się polskim horrorem w historii po „Czarnej Madonnie”? A mówimy tylko o użytkownikach LC, na które nie każdy zagląda. Na grozę jest popyt. W tym momencie pozostaje tylko odkryć, co zrobić, by popyt ten przełożyć również na grozę polską. 

Co do, jak to nazwałeś, sukcesu „Inkuba” – nie spodziewałem się go, bardziej miałem świadomość wykonania rzetelnej, trzyletniej roboty, bo tyle czasu minęło od pierwszego konceptu powieści do wysłania tekstu do drukarni. Opłaciło się również poszerzanie wiedzy na temat warsztatu pisarskiego, dotykanie tego tematu z różnych stron, uczestnictwo w różnych zajęciach i czytanie fachowych książek. Bardzo mi to pomogło, otworzyło oczy na wiele rzeczy. Ale koniec końców i tak wszystko zweryfikuje Czytelnik. Jaki będzie odbiór powieści – tego nie mogłem przewidzieć.  

Udało Ci się wyjść ze swoją twórczością poza fandom horroru, poza wąskie i mocno hermetyczne środowisko  co chyba przesądza właśnie o Twoim sukcesie. Gdzie tkwi sekret? 

Sekret jest bardzo prosty – nie popadać w skrajności i zwracać uwagę na szczegóły, bo to one mają znaczenie. Przeciętny człowiek chce odpoczywać przy książce, nie po niej, dlatego książki trudne w odbiorze, pisane z przesadną poetyckością i abstrakcyjnym językiem nigdy nie wybiją się do mas. Można się na to obrażać, ale taki jest fakt. Pewien wydawca powiedział mi niedawno, że nawet zdobycie nagrody Nike nie wpływa zbytnio na sprzedaż danej pozycji. Świat jest tak skonstruowany, że w dziedzinach sztuki takich jak film czy beletrystyka, zawsze najważniejsza będzie opowieść i to, jak ludzie się przy tym bawią. Fajnie opisał to Rafał Pacześ – ludzie harują czasem po dwanaście godzin na dobę i przy sztuce chcą przede wszystkim się odprężyć i wyłączyć. Tak wygląda świat i nie dostosuje się do nas, więc jedyne, co możemy zrobić, to dostosować się do niego i pisać takie książki, które będą czytane. Ja mam akurat to szczęście, że piszę to, co czuję, to, co sam lubię czytać, więc nie muszę do niczego się dostosowywać.  

Kolejna rzecz – przeciętny Czytelnik nie będzie chciał czytać makabrycznych opisów przemocy, bo to dla niego żadna przyjemność. Lubi się bać, ale bez przesady. Sam od czasu do czasu oglądam jakiś lajtowy slasher w stylu „Wrong Turn”, ale już po horror ekstremalny taki jak „Srpski film” nie sięgnę nigdy. Bo to nie dla mnie, nie czerpię żadnej przyjemności z odbioru wynaturzeń. Jestem pewien, że większość ludzi ma podobnie, jak sama nazwa wskazuje – ekstrema to skrajność, nisza.  

Po trzecie – wszyscy wiemy, że okładka ma duże znaczenie, lecz mało kto z obytych z horrorem Czytelników zdaje sobie sprawę, że jej zbytnia dosłowność może zewnętrznego odbiorcę odstraszyć. Jeżeli już sama grafika krzyczy: „będzie bardzo przerażająco i krwawo”, to Czytelnik niebędący koneserem mocniejszego horroru po książkę nie sięgnie.  

Po czwarte – dystrybucja. Można się śmiać z książek na poczcie, w Biedronce i w kioskach, ale nawet jeżeli ludzie ich tam nie kupują, to przynajmniej widzą okładki. Działa to jak mały billboard. Jak reklama. Jeżeli widzisz jakąś okładkę wszędzie, to zwiększa się prawdopodobieństwo, że w końcu po książkę sięgniesz. Vesper może nie dystrybuuje książek po pocztach, Biedronkach i kioskach, ale przynajmniej jest obecny w każdej sieci księgarń stacjonarnych i „Inkub” jest moją pierwszą powieścią, którą można zobaczyć na księgarskich półkach w całej Polsce. Poprzednie można było znaleźć jedynie w pojedynczych, rodzinnych księgarniach, które same decydują, co postawią na półce. Strasznie deprecjonuje się rolę dystrybucji (jak najwygodniejszej, i mówię tu o takich szczegółach, jak możliwość kupna książki bez zalogowania się i szybkie metody płatności), która ma ogromne znaczenie.  

Wreszcie po piąte i najważniejsze: wyjść do Czytelników! Bo to sedno całej zabawy!  

Bardzo aktywnie angażujesz się w promocję swoich książek. Przy „Inkubie” chyba jest to najmocniej widoczne, jednak już przy wcześniejszych tytułach dałeś się poznać jako autor bardzo aktywny, chętny do licznych spotkań z czytelnikami. Kiedyś zapewniło to sukces komercyjny Stefanowi Dardzie, dziś Tobie. Czy to najważniejsza kwestia, której nie dostrzegają twórcy grozy? Ta umiejętność dotarcia do potencjalnego odbiorcy? 

Oczywiście, że najważniejsza! Autor bez Czytelników jest nikim. Można napisać i opublikować milion książek, ale to żadne osiągnięcie, jeżeli nikt nie będzie chciał ich czytać. Jednak uważam, że kluczową kwestią jest nie tyle sama umiejętność dotarcia do odbiorcy z książką w sensie fizycznym, co dotarcia do niego w sensie ludzkim. Chętniej sięgną po powieść faceta, który jest po prostu sobą i niczego nie udaje. Który jest pozytywny, otwarty i którego polubią. Moja relacja z Czytelnikami nie jest żadnym marketingiem, ja naprawdę jaram się, kiedy mogę się z nimi spotkać, porozmawiać, podpisać im książkę i zrobić z nimi wspólne zdjęcie. Jaram się każdym komentarzem, jaki zostawiają pod postami na moim fanpage’u i chętnie im odpisuję. Jaram się, kiedy piszą do mnie wiadomości prywatne i zapraszają do znajomych. Ja ich naprawdę kocham! Ich życzliwość i dobre słowo mnie napędzają. W momencie, w którym to piszę, siedzę na dyżurze autorskim w bibliotece w Gdańsku. Wcześniej ogłosiłem, że tutaj będę, usiądę sobie z laptopem i jeżeli jacyś Czytelnicy są chętni przyjechać i pogadać, to jestem do ich dyspozycji. Przychodzą, zagadują, proszą o podpis. I o to chodzi! Myślę sobie, że gdyby kiedyś udało mi się zostać naprawdę popularnym autorem, z takich dyżurów autorskich zrobiłbym stały element tygodnia. Raz w tygodniu odwiedzałbym inne miasto i w całości poświęcałbym ten dzień Czytelnikom. To nie byłoby spotkanie autorskie, a właśnie danie Czytelnikowi możliwości obcowania z autorem sam na sam, swobodnie, bez pośpiechu i ciśnienia.  

Dwa lata temu otrzymałeś Nagrodę czytelników w ramach Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. W minionym roku powtórzyłeś sukces, sięgając po Nagrodę Główną, przyznawaną już przez Jury, składające się z eksperckiego grona krytyków i literaturoznawców. A zaczynałeś od traktowanego bardzo niechętnie vanity publishing. Czy uważasz, że forma wydawnicza nie ma znaczenia i tylko praca nad sukcesem gwarantuje tenże sukces? 

Oczywiście, że nie ma znaczenia. To nie wydawca decyduje o tym, czy książka nadaje się do publikacji, tylko Czytelnik, który ją przeczyta. Jeżeli ogół Czytelników oceni ją dobrze, w każdym razie nie gorzej od książek wydanych tradycyjnie, to z jakiej paki mam czuć się gorzej od autora, który wydał książkę inaczej? Wielu artystów pracuje na swoje nazwisko najpierw inwestując swoje pieniądze i nie czeka, aż ktoś ich łaskawie zauważy i da szansę. Popek, ten raper, wybił się, inwestując potężne pieniądze w promocję swojej twórczości. Można dyskutować nad jakością tego, co tworzy, ale jego sukces jest niepodważalny. Wszyscy wiedzą, kto to jest, jego koncerty przyciągają tłumy. 

Inny przykład – stand-up. W Polsce wygląda to tak: jesteś kompletnie nieznany, ale czujesz, że masz coś fajnego i śmiesznego do opowiedzenia? Jeździsz na tzw. open-majki. Inwestujesz własne pieniądze, by przejechać czasem nawet pół Polski i wystąpić z pięciominutowym setem żartów, jako rozgrzewka przed gwiazdą wieczoru (a czasem nawet jako rozgrzewka przed supportem!). Oczywiście nie dostajesz za to wynagrodzenia, nikt nie zapewnia ci noclegu itd. Potem nagrywasz swój materiał i udostępniasz za darmo na Youtube. Jeżeli jest dobry, szybko rozniesie się po sieci. Wtedy jakiś uznany komik może zaprosić Cię jako swój oficjalny support i nawet będziesz mieć z tego jakieś pieniądze. Najbardziej jednak zyskujesz na tym, że występujesz przed liczną widownią gwiazdy, więc poznają również ciebie. Wreszcie nadchodzi czas, że dzięki Youtube i jeżdżeniu z gwiazdą jesteś na tyle znany, że zaczynasz występować samodzielnie. Taką drogę przeszedł każdy komik w Polsce, nawet giganci tacy jak Giza, Pacześ czy Ruciński (ten ostatni był na przykład supportem kabaretu Ani Mru-Mru). Zaczęło się od inwestowania swoich pieniędzy i czasu, by jak najwięcej osób poznało ich twórczość. To prosta matematyka – im więcej osób pozna twórczość danego artysty, tym większej liczbie osób się ona spodoba. Zapytajcie teraz tych panów, zapytajcie Rafała Paczesia, który na stand-upie stał się milionerem, i wielu innych, którzy tak zaczynali (a wszyscy komicy w Polsce tak zaczynali), czy czują się źle z tym, że najpierw musieli dokładać do tego, by pokazywać ludziom swoją sztukę. Zapytajcie ich, czy jednak lepiej nie byłoby, gdyby czekali, aż ktoś ich zauważy i da możliwość, by od razu na tym zarabiać.  

Twój nowy wydawca  Wydawnictwo Vesper  jakiś czas temu sięgnął po literaturę grozy (z powodzeniem), jednak opierał się głównie na wydaniach klasyków. Ty jesteś jednym z pierwszych (a pierwszym polskim) współczesnych twórców, który znalazł się ze swoją powieścią w ich ofercie. I niejako przecierasz szlaki, bo w przygotowaniu jest już obiecująca „Ćma” Kuby Bielawskiego [red. książka jest już dostępna na rynku]. Trudno było przekonać ludzi z Vesper, by zaryzykowali ze współczesnympolskim autorem grozy? 

Nikogo nie musiałem przekonywać, ponieważ to wydawnictwo Vesper odezwało się do mnie samo. Zwrócili uwagę przede wszystkim na moje zaangażowanie w promocję swojej twórczości. Oczywiście nie było tak, że wzięli powieść w ciemno. Dostali tekst, zweryfikowali jakość i już po miesiącu dostałem odpowiedź. Nie zastanawiałem się nawet chwili i od razu przyjąłem ofertę. Doceniłem konkretne działania, jakie podjął Vesper. Z takimi ludźmi chcę współpracować.  

Jak oceniasz (po wcześniejszych doświadczeniach z wydawcą typu vanity oraz z małym, niszowym wydawnictwem GMORK) współpracę z dużym, ogólnopolskim wydawcą? Czuć różnicę w zasięgu działania, w możliwościach promocji, w dystrybucji? Słowem  czujesz, że to ogromny krok we właściwym kierunku? 

Oczywiście. Poczynając od takich drobnostek, jak na przykład zwrot kosztów mojego wypadu na targi do Poznania. Nie wiem, czy to stała praktyka u dużych wydawców, ale dla mnie stanowiło nowość. Nie wspominając o regularnym uczestnictwie w targach książki, na których dotąd bywałem sporadycznie. W samym Poznaniu, przez dwie godziny dyżuru autorskiego przy stoisku Vesper, podpisałem chyba 20 książek. Swoje robi też marka wydawnictwa, które znane jest ze szczególnej dbałości o jakość wydania. Ludzi na pewno zaciekawiło, co znajduje się w prozie pierwszego współczesnego polskiego autora grozy, jakiego wydali. Jestem zdania, że na ten moment ułożyło się to optymalnie. Przez jakiś czas była szansa, że wyda mnie nawet większe wydawnictwo, ale nic z tego nie wyszło i bardzo dobrze się stało, bo w większym byłbym zaledwie płotką i nie zapewniłoby mi takiej promocji, jaką daje mi Vesper, angażując swoje środki. Na przykład zapewniło książce ekspozycję w Empiku, wykupując miejsce na stole promocyjnym. Zaangażowanie moje i wydawcy dało efekt i bardzo się z tego cieszę. Chciałbym jednak, by ludzie mieli świadomość, że hałas związany z „Inkubem” to również moja ciężka praca i jeżeli inne tytuły polskich autorów, jakie wydaje Vesper, mają mniejszą promocję, nie wynika to wcale z tego, że kogoś się faworyzuje lub odwrotnie. Ta różnica to właśnie moje zaangażowanie. Na przykład to, że pojawiłem się w Trójce, to wynik moich działań.  

Twoja powieść „Inkub” sięga po słowiańską grozę, która zyskuje ostatnimi czasy na popularności, jednak nasze rodzime „straszaki” są mocno obecne w Twojej twórczości. Już debiutancka powieść „Gałęziste” sięga do rodzimej, lokalnej demonologii. Jesteś szczególnie przywiązany do tej tematyki, tych wierzeń (jak np. Maciej Szymczak, autor zbioru „Sinobrody”)? Czy to zainteresowania czysto literackie? 

Czy tematykę czarownic, które zaprzedają duszę diabłu, można nazwać słowiańską? Mam wątpliwości. Tak naprawdę każda z trzech książek, nawet „Gałęziste”, w którym groza opiera się na słowiańskich demonach, dotyka tematyki chrześcijańskiej. Nie powiedziałbym, że to moje zainteresowanie. Przychodzi mi do głowy jakiś pomysł i tworzę z tego powieść, choć fakt faktem moje zainteresowania mają z tym czasem wiele wspólnego, na przykład czwarta powieść będzie częściowo o matematyce i tematyki chrześcijańsko-demonologicznej nie znajdziemy w niej w ogóle. Krążą mi po głowie również pomysły, by napisać horror ekstremalny o stand-upie. Byłby to taki literacki eksperyment. Nie chciałbym, by mnie szufladkowano, sam stawiam sobie nowe wyzwania w twórczości i dbam, by każda powieść była pod pewnym względem inna niż poprzednie. W skrajnych przypadkach zdarza się, że kiedy coś piszę i w zdaniu używam pewnego środka stylistycznego, to uderza mnie myśl: „kurczę, podobne, jak nie identyczne porównanie lub metafora padło już w mojej wcześniejszej książce. Nie mogę użyć go drugi raz. Trzeba to  zmienić”.  

„Inkub” odniósł sukces komercyjny  to fakt. Kolejnym są pochlebne i BARDZO pochlebne recenzje  inne praktycznie się nie zdarzają. Czy to dobrze wróży polskiemu horrorowi? Myślisz, że czytelnicy w końcu się przekonają do rodzimych twórców? Remigiuszowi Mrozowi nie udało się rozpropagować gatunku swoją „Czarną Madonną”. Czy myślisz, że Tobie się uda, jako twórcy, który się z polskiego horroru wywodzi, a nie wskoczył w te buty tylko na chwilę? I  kluczowe  czy masz takie aspiracje? 

Nie wiem, jak to wróży polskiemu horrorowi, gdyż rodzimi twórcy po pierwsze tworzą inaczej niż ja, a po drugie inaczej promują swoje książki. Remigiuszowi nie udało się rozpropagować gatunku, ale za to jego „Czarna Madonna” jest najlepiej sprzedającym się polskim horrorem w historii. Popularność Kinga w Polsce sprawiła, że ludzie łakną więcej Kinga, nie Mastertona, Simmonsa i Ketchuma, którzy stanowią inną półkę sprzedażową. Dlatego myślę, że nie uda mi się rozpropagować gatunku w Polsce w takim sensie, że Polacy masowo zaczną sięgać po innych polskich twórców (choć z drugiej strony w recenzjach „Inkuba” Czytelnicy, którzy dotąd nie znali mojej prozy, często podkreślają, że sięgnęli po niego, bo zajawka fabuły skojarzyła im się z Dardą), ale nie wykluczam, że uda mi się zainteresować gatunkiem tych, którzy dotąd po niego nie sięgali. Że tak powiem: ludzie przestaną bać się horroru jako gatunku drugiej kategorii, stereotypowo kojarzącego się z pulpą. Moją aspiracją jest przede wszystkim zwiększać liczbę swoich Czytelników. Pośrednio przyczyni się to do zwiększenia liczby odbiorców horrorów ogólnie. Nie zawaham się polecać książek polskich pisarzy, które przypadły mi do gustu, czyli w pewien sposób bawić się w influencera. Zamierzam również pojawiać się na konwentach grozy, nawet jeżeli nie jako prelegent, to jako publika. Może ktoś przyjdzie tam, ponieważ będzie można mnie spotkać i przy okazji pozna nowych twórców? Niech to będzie nawet jedna osoba, która zechce uzyskać podpis na książce. Zawsze to jedna osoba więcej na festiwalu.  

Jak odnosisz się do polskiej literackiej grozy? Czytujesz? Masz swoich ulubionych autorów? Czy wolisz twórców zza granicy? A może zupełnie nie sięgasz po grozę? Co czyta Artur Urbanowicz? 

Czytuję polską grozę, zaliczyłem już prawie wszystkich współczesnych autorów w tym gatunku, choć mam jeszcze wielu do nadrobienia. Bardzo podobał mi się na przykład zbiór dwóch nowel Wojtka Guni pod tytułem „Miasto i rzeka”. To najlepsza polska książka w tym gatunku wydana w 2018 roku, jaką przeczytałem. Podobała mi się zwłaszcza pierwsza, tytułowa nowela: jej klimat, fragment napisany w narracji drugoosobowej, a więc najtrudniejszej dla autora, oraz fajny twist na koniec. Ale ogólnie rzecz biorąc, mam tylko jednego ulubionego pisarza i akurat on nie pisze grozy, choć zapowiada, że ma pomysł na powieść w tym gatunku. To Wojciech Chmielarz. Konstruuje świetne fabuły zakończone mocnym uderzeniem. To po pierwsze. Po drugie – nie ma wodolejstwa, jego powieści czyta się szybko, wciągają, zajmują. Po trzecie – używając minimalnej liczby słów kreuje wyraziste postacie. Gangster Borzestowski z cyklu o Mortce to jedna z najlepiej wykreowanych postaci w literaturze, jakie znam. 

Jeżeli chodzi o innych, trudno mi takowych wskazać, gdyż staram się sięgać po jak największą liczbę autorów. Głównie po to, by dotykać różnorodnych stylów i wynosić coś dla siebie pod kątem pisarskim. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie czytam już przede wszystkim dla przyjemności, a w ramach pracy nad warsztatem. Z tego powodu prędzej mógłbym mówić o pojedynczych książkach, które zrobiły na mnie wrażenie. Na przykład bardzo podobał mi się styl, w jakim Miłoszewski napisał „Jak zawsze” – gawędziarski, z humorem, z jajem. Zresztą jego elementy dostrzeżemy także w trylogii o Szackim. Jedyny horror w takim klimacie, jaki przeczytałem, to „Slade House” Davida Mitchella. Bardzo polecam. 

Choć nigdy nie byłem wielkim fanem Kinga, ostatnio zacząłem słuchać jego największych dzieł w audiobookach. Ale znowu – przede wszystkim w ramach pracy nad warsztatem. Z prostej przyczyny – nie mogę mu nie oddać, że ma bardzo dobry rytm zdań. Liczę, że się z nim osłucham i w nawyk wejdzie mi pisanie w takim rytmie. To działa, zauważyłem, że od kiedy zacząłem słuchać audiobooków, nawet w swojej codziennej mowie inaczej konstruuję i akcentuję zdania. Aktualnie na tapet wziąłem „Miasteczko Salem”, wcześniej zaliczyłem w tej formie „Christine”, „Cmętarz zwieżąt”, „Lśnienie”, „Misery”, „Wielki marsz” i „Mroczną połowę”, choć ją akurat w ramach researchu do czwartej powieści, to jedna z książek Kinga zbierających gorsze recenzje. W planach mam jeszcze przynajmniej „Dallas ‘63”, może „Zieloną milę”. Mam również gorącą nadzieję, że w audiobooku kiedyś wyjdzie „To”, choć wydawnictwo Albatros raczej nie wydaje książek w takim formacie.  

Konsekwentnie sięgasz po horror, jako główną konwencję wykorzystywaną w swoich książkach. Czy bierzesz pod uwagę zmierzenie się z innym gatunkiem? Jak np. kryminał? 

Nie mówię nie, ponieważ krążą mi po głowie zalążki historii komediowych, obyczajowych, sci-fi, a nawet z literatury typowo kobiecej, ale dopóki pojawiają się pomysły na historie spod szyldu „groza”, one będą miały pierwszeństwo. Nie oznacza to jednak, że nie będę zawierał w swoich horrorach elementów komediowych lub obyczajowych, gdyż to one ubarwiają historie. Zauważyłem w opiniach Czytelników, że na przykład dialogi w moich historiach albo się kocha, albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy. Tak samo żarty – albo się je uwielbia, albo uważa za suche. Te same! Nie przejmuję się tym, bo po prostu nie ma czegoś takiego jak dobre i kiepskie poczucie humoru. Po prostu humor może do nas trafiać albo nie. Weźmy na przykład komika Wojtka Fiedorczuka, który wyspecjalizował się w specyficznym humorze abstrakcyjnym. Do mnie jego stand-up nie trafia, ale już jego roasty uważam za genialne i mam do niego ogromny szacunek. Za to, że jest oryginalny i jego żarty można rozpoznać nawet kiedy czyta je ktoś inny. Na przykład Dawid Podsiadło na roaście Wojewódzkiego. Wszyscy zachwycają się jego występem, a mało kto wie, że to Fiedor pisał mu tekst.  

Masz na koncie trzy powieści. A co z opowiadaniami? Większość twórców fantastyki/grozy zaczyna właśnie od nich. Czy Ty, na starcie, bądź teraz, pisałeś lub piszesz krótkie formy?  

Kilka napisałem: „Randkę” do OkoLicy Strachu, „Metodę pani Bazi” dla Magazynu Histeria i „Hydrę” jako suplement do „Inkuba”. Mam na nie pełno pomysłów, ale ich nie realizuję, bo szkoda mi na to czasu, który mogę poświęcić na pisanie i szlifowanie powieści. Brutalna prawda jest taka, że opowiadania cieszą się mniejszą popularnością niż pełnokrwiste, długie formy. Wolę pomysły na nie wykorzystywać w powieściach. Na przykład prolog „Inkuba” pierwotnie miał być opowiadaniem. W pewien sposób jest to zamknięta historia. Tylko po co, skoro lepiej było wykorzystać ten pomysł, by ulepszyć „Inkuba”? Każde opowiadanie to czas, który trzeba poświęcić na jego napisanie, a ja nie lubię pracować na odwal się, więc nawet krótką formę staram się dopieścić do maksimum. Czas nie jest z gumy i wychodzę z założenia, że lepiej jest dopieszczać powieść niż opowiadanie. Więcej autorów wybiło się na powieściach niż na opowiadaniach. Paradoksalnie o wiele łatwiej jest napisać dobrą powieść niż dobre opowiadanie. Dlaczego? Bo masz więcej czasu i miejsca, by się wykazać. 

Jesteś pasjonatem stand-upu. Masz już zresztą za sobą pierwsze występy. To drugie  trochę zaskakujące oblicze autora horrorów. Opowiesz o tym coś więcej?  

Czy chcemy tego, czy nie, popularność stand-upu będzie tylko rosnąć. Róbcie screeny: kiedyś największe imprezy z komikami będą zapełniać Stadion Narodowy. Wynika z tego, że także beletrystyka pisana przy użyciu narzędzi językowych znanych ze stand-upu zawsze będzie miała przewagę. Ubolewam jedynie nad tym, że świadomość w społeczeństwie jest bardzo niska i wciąż traktuje się komików jak klaunów zamiast jak artystów. W ramach poszerzania wiedzy pisarskiej miałem przyjemność uczestniczyć w dwóch warsztatach stand-upu – z Abelardem Gizą i Cezarym Jurkiewiczem, więc miałem okazję poznać obu panów osobiście. To bardzo charyzmatyczni faceci, artyści w prawdziwym tego słowa znaczeniu, stuprocentowi profesjonaliści, którzy podchodzą do pisania swoich monologów bardzo poważnie. A przy tym naprawdę fajni goście. Dzięki nim nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Nie tylko jak pisać żarty, nie tylko jak stać się biegłym w żonglerce słowem, ale również jak łatwo kreować w literaturze sytuacje, w których Czytelnik wczuwa się w stan emocjonalny bohatera. W końcu w trakcie słuchania stand-upu często dopada nas myśl: „rzeczywiście, ja też uważam, że to, o czym on mówi, jest dziwne/straszne/trudne/głupie!”. 

Jak już mówimy o dziwach tego świata, to dziwi mnie gloryfikacja trudnego w odbiorze, poetyckiego stylu pisania i deprecjonowanie prostego, lekkiego i rozrywkowego, podczas gdy dobry stand-up jest równie trudno napisać jak dobry wiersz. Jak nie trudniej. I w poezji, i w stand-upie znajdziemy grę słowem, i w poezji, i w stand-upie ważny jest rytm, i w poezji, i w stand-upie znajdziemy nietypowe porównania, tańczące metafory i abstrakcję, ale stand-up jeszcze ma bawić i nie ma żadnego przypadku w tym, że na wieczorkach poetyckich frekwencja nie powala, podczas gdy na występach komików sale pękają w szwach. Wykorzystuje się te same narzędzia językowe do różnych celów, choć tak naprawdę w obu wypadkach robi się to samo: opisuje świat wokół. Zdaję sobie sprawę, że stand-up kojarzy się głównie z wulgarnymi żartami o seksie, jaraniu zioła i imprezowaniu, ale nie wszyscy komicy tworzą w taki sposób. Taki Cezary Jurkiewicz jest z wykształcenia filozofem i to widać w jego programach, w których znajdziemy klasyczny humor obserwacyjny. Z kolei Andrzej Poniedzielski, chyba pierwszy stand-uper w Polsce, w swojej twórczości płynnie przemieszcza się między stand-upem a poezją i najlepiej pokazuje, że obie sztuki są bardzo sobie bliskie.  

Moim zdaniem w beletrystyce najważniejsza jest opowieść. Zajmująca, pochłaniająca cię bez reszty. Taka jak te, które opowiadamy sobie na co dzień, kiedy pytamy się nawzajem co słychać. Jeżeli czytam jakąś opowieść i jej nie rozumiem, ponieważ znajduje się w niej zbyt wiele trudnych słów i pojęć abstrakcyjnych, trudno mi ją docenić, gdyż w takich tekstach ważniejsza od treści staje się forma i trochę zapomina się o fabule, która powinna stanowić sedno. Zdałem sobie sprawę, że modelowy sposób opowiadania, który podoba się większości ludzi na świecie to stand-upowy storytelling. Bo to świetna zabawa dla odbiorcy. Każdy zna osoby, których gadania szczególnie lubi słuchać, o czymkolwiek by nie nawijały. Dzięki swobodzie w operowaniu słowem, humorowi, błyskotliwym metaforom i puentom, potrafią zamienić nawet najbanalniejszą opowiastkę w świetną rozrywkę, umieją opakować ją tak, że słucha się jej z zapartym tchem. Ja mam to szczęście, że jedna z takich osób jest moim przyjacielem (na marginesie – stanowiła inspirację dla postaci Chestera w „Inkubie”). Wzorami gawędziarzy są właśnie najlepsi stand-uperzy. Potrafią świetnie obserwować i z rozmachem komentować rzeczywistość, każdy element codzienności opisują w zabawny sposób, pół żartem, pół serio można ich nazwać nawet współczesnymi spadkobiercami filozofów. Nawet nie zauważamy, jak szybko mija nam z nimi czas, zaś kiedy następuje koniec występu, żałujemy, że ich opowieść nie trwa dłużej. Jestem zdania, że tak samo można pisać. Nawet horrory. Nie horrory komediowe, chodzi o używanie tych samych narzędzi językowych co w stand-upie, także w historiach pozbawionych humoru. 

Komicy inspirują mnie także w taki sposób, że staram się, by moje spotkania autorskie przypominały właśnie stand-up o moich książkach. To kolejna bardzo ważna kwestia dla mnie, a przede wszystkim ogromna frajda, by rozwijać kreatywność na tylu polach, na ilu się da. Mogę być kreatywny nie tylko w swoich historiach, mogę być kreatywny także w wymyślaniu do nich tytułów albo okładek, a uwierz, że historia tytułu dla trzeciej powieści była pełna wzlotów, upadków i całego mnóstwa słabych pomysłów. Z kolei okładki do wszystkich trzech powieści to był magiczny przypływ inspiracji, ręka Boga, jaka czasem dotyka każdego twórcę. Mogę też ćwiczyć kreatywność w wymyślaniu, jak wypromować swoje książki i dać ludziom coś nowego, jak zainteresować ich swoją twórczością, jak atrakcyjniej ją opakować. Każdy szczegół ma znaczenie.  Nie jestem profesjonalnym komikiem, więc swoje monologi na spotkania autorskie lubię nazywać “one man show”, w każdym razie staram się pisać żarty o przygodach, jakie przytrafiły mi się w trakcie tworzenia powieści. A działo się sporo. Wystarczająco, by napisać godzinny program. Na koncie mam już dwa: pierwszy o „Gałęzistym” i „Grzeszniku”, drugi o „Inkubie”. Cieszy mnie to, że ludzie świetnie się na nich bawią.  

A kim  poza pisarzem grozy i stand-uperem – jest Artur Urbanowicz prywatnie? Powiesz o sobie coś więcej? Czy wolisz pozostawić sferę prywatną w tajemnicy? 

Kawalerem, singlem, choć nie z wyboru. Człowiekiem, którego największymi pasjami obok pisarstwa i stand-upu są piłka nożna, rozwój osobisty i psychologia. Regularnie korzystam z usług specjalistki w tej dziedzinie, wręcz nazwałbym tę panią najważniejszym człowiekiem, z jakim miałem okazję obcować w zeszłym roku. Bardzo pomogła mi w wielu kwestiach i uporządkowała mi głowę. To między innymi dzięki niej każdy kolejny rok to progres w każdej dziedzinie. Jeżeli chodzi o futbol – oczywiście granie, nie oglądanie. Kiedyś nałogowo oglądałem mecze w telewizji, teraz robię to z rzadka, bo po prostu szkoda mi czasu, ale na boisko nigdy nie odmówię wyjść. Odkryłem też w sobie frajdę do nauki nowych rzeczy i mam tradycję, że co najmniej raz do roku zaliczam jakiś kurs, który mnie rozwija. A to szybkie czytanie, a to warsztaty stand-upu albo improwizacji teatralnej, a to budowania własnej marki w internecie, a to kreatywnego pisania, od którego zaczęło się moje bezustanne szlifowanie warsztatu. To były świetne decyzje. Wiedza jest kapitałem, który naprawdę ułatwia życie.  

Na zakończenie – największe plany, aspiracje, ambicje? I co planujesz w najbliższym czasie? O czym będzie kolejna powieść? 

Długoterminowych celów nie nazwałbym planami, bo nie mam żadnych gwarancji, że uda mi się je zrealizować. Nazwijmy więc je marzeniami i ambicjami. Są to: życie z pisania, wydanie powieści za granicą w renomowanym wydawnictwie, stanie się jednym z najlepiej sprzedających się polskich autorów bez względu na gatunki, ekranizacja powieści i Nagroda Brama Strokera. Zanim ktoś nazwie te ambicje zbyt zuchwałymi: nie twierdzę, że uda mi się to wszystko osiągnąć. Chodzi o postawienie sobie odpowiednio dużego celu, do którego się dąży, by nigdy nie zabrakło motywacji do rozwoju. Takie podejście jest o tyle fajne, że nawet jeżeli nie uda się go osiągnąć, to po drodze wyniknie z tego sporo innego, trochę mniejszego dobra. Na przykład, jeżeli nie uda się sprzedać stu tysięcy książek w Polsce, to może uda się sprzedać pięćdziesiąt? To też byłaby wielka sprawa. 

Z planów krótkoterminowych: „Paradoks”, moja czwarta powieść. Inna niż dotychczasowe, groza bardziej psychologiczna. Marzy mi się, by opakować ją w psychodeliczny klimat rodem ze „Lśnienia” Kinga. Nie wiem, czy się uda, ale spróbuję. W tej książce biorę na tapet motyw sobowtóra. Sporo będzie też o matematyce, a przede wszystkim o samotności pewnej grupy ludzi, samotności, z której mało kto zdaje sobie sprawę. Draft powieści jest ukończony, teraz można z niego lepić coś lepszego. Bardzo podoba mi się jej koncept, który nieźle zrył mi beret, zakończenie również, znowu z mocnym uderzeniem i twistem. Jestem ciekaw, jak odbiorą ją Czytelnicy, bo to bardzo osobista historia. I cholernie smutna. Co do daty premiery – jeżeli powieść wyjdzie na święta 2020, będzie bardzo dobrze. Nie mogę jednak tego obiecać, bo będę chciał ją mocno dopieścić.  

Dziękuję za rozmowę.  

Rozmawiał: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Przeczytaj recenzję „Inkuba”! Kliknij na okładce książki.

Polecamy także