Artykuł

Wywiad z Ashanem Ridha Hassanem

dnia

Ashan Ridha Hassan pochodzi z Bielska Białej. Z wykształcenia prawnik, na co dzień przedsiębiorca. Założyciel portalu Wydaje.pl. Propagator self-publishingu. Miłosnik prozy Kafki, Gombrowicza i Gaimana. Pisuje głównie grozę i new weird, choć lubi balansować na granicy gatunków. Rozmawiamy o wydawaniu ksiazek na zasadach self publishingu i vanity, o jego debiutanckim zbiorze opowiadań „Wieża” – wydanym przez Novae Res oraz o planach wydawniczych naprzyszłość.

Jesteś popularyzatorem self-publishingu, wydajesz swój debiut w vanity-publishingowym wydawnictwie… Czy tak postrzegasz przyszłość literatury? Na zasadzie „zrób to sam”?

Wydaje mi się, że rynek wydawniczy będzie kształtował się w podobnym kierunku, w jakim dzieje się to np. w Stanach. Obok tradycyjnych wydawnictw, którą są i, które w mojej opinii na pewno będą, coraz silniejszą rolę będą odgrywać alternatywne ścieżki wydawnicze. Czyli self publishing i vanity publishing. Dowodem na to jest fakt, że w Polsce również duże podmioty z rynku wydawniczego zaczęły poważnie podchodzić do uruchamiania swoich odnóg self publishingowych. Przyszłością literatury na pewno będą autorzy, ich wytwory i czytelnicy, a to kto będzie pośredniczył między autorem a czytelnikiem i w jakiej formie będzie medium (papier, ebook), jest trochę drugorzędną sprawą.

Jako twórca i właściciel portalu wydaje.pl dałeś wielu ludziom możliwość dzielenia się swoją twórczością, a także zarabianie na tym. Jednak kiedy każdy może publikować, nie oznacza to od razu, że każdy powinien. Nie boisz się, że dzięki tobie rynek zaleje fala grafomanii?

Nie każda książka wydana przez tradycyjnego wydawcę jest przecież dobra. (śmiech) Podchodzę do tego w inny sposób. Autor jeszcze całkiem niedawno mógł wydać swoją twórczość wyłącznie za pośrednictwem tradycyjnego wydawnictwa. I dość często wielu autorów, nie tylko grafomanów, miało problemy z „przebiciem się”, wydaniem. Nie zawsze powodem było to, że książka była kiepska. Często na przykład wydawca miał dość ograniczony plan wydawniczy i chciał inwestować tylko w sprawdzone nazwiska. Pamiętajmy, że wydawnictwo to system biznesowy i działa na rynku na takich samych zasadach, jak inne przedsiębiorstwa. Mamy produkty, marki, budżet na promocję i dystrybucję. Łatwiej jest inwestować w sprawdzone marki, niż promować nowe. Dlatego na rynku powstały serwisy typu self publishing. Wydaje.pl nie jest pierwsze, ale jest jednym z pierwszych i największych serwisów tego typu w Polsce. Jeżeli my byśmy tego nie zrobili, ktoś inny zająłby się tą niszą. Tak działa rynek.

Co do fali grafomanii – różni autorzy wydają różne pozycje. Część książek jest, delikatnie mówiąc, słaba. Autorzy oddają książkę bez korekty, redakcji, nie dbają w ogóle o promocję i mają nadzieję, że ktoś kupi, komuś się spodoba. Ale to nie jest duży odsetek autorów. Większość publikacji jest na naprawdę dobrym poziomie. Poza tym tutaj komunikacja na linii autor-książka-czytelnik jest bezpośrednia, bez tzw. gate keeperów w postaci recenzentów. Jeżeli coś jest wartościowe, czytelnicy to docenią, jeżeli nie… Szkoda autora.

Podsumowując: self publishing jest po to, by autorzy, których z różnych powodów nikt nie wydaje, mieli szansę pokazać swoją twórczość czytelnikom. Natomiast praca trwa dalej po napisaniu książki, o czym należy pamiętać. I to czytelnicy oceniają, czy książka jest dobra, czy nie.

Twój debiut „Wieża” – to zbiór opowiadań. Tradycyjni wydawcy nie przyjmują zbiorów opowiadań od debiutantów. Czy vanity to była jedyna opcja?

W przypadku „Wieży” historia była dłuższa. Napisałem zbiór, podesłałem go do kilku agencji literackich. Jedna z nich z entuzjazmem podeszła do książki, co prawda był to debiut i to jeszcze zbiór opowiadań, ale uznali, że warto spróbować znaleźć wydawcę. Poszukiwali przez pół roku bez skutku, rozwiązaliśmy umowę, wziąłem sprawy w swoje ręce. Po wysłaniu książki do nastu wydawnictw, odpisał Świat Książki. Stwierdzili, że zbiór jest ok, ale gdybym napisał powieść np. na bazie tytułowego opowiadania, to by mnie wydali. Zaraz potem odezwało się Novae Res. Zaproponowali współfinansowanie. Na tym etapie miałem do wyboru jeszcze self publishing. Ale, żeby dobrze promować swoją książkę w tym modelu, potrzeba czasu. Czasu niestety za bardzo nie miałem. Poszukałem opinii o wydawcy, kilku autorów napisało, że są zadowoleni ze współpracy, wydawca oferował ciekawe propozycje dystrybucji i promocji. Novae Res również zadeklarowało, że bierze na siebie sporą część finansowania i ryzyka w związku z wydaniem książki, ale po pierwsze książka im się podobała, stąd ich propozycja, a po drugie mają duże doświadczenie w promocji debiutantów. Podjęliśmy współpracę. Po prawie pół roku od wydania książki mam mieszane uczucia. Co prawda wydawca wywiązał się z wszystkich naszych ustaleń umownych, ale przyznam, że miałem wyższe oczekiwania co do efektów promocji – liczyłem na indywidualne podejście, o czym byłem zapewniany, a tymczasem książka została potraktowana bez entuzjazmu w obszarze promocji. Nie ukrywam, że sądziłem, iż kiedy opublikuję książkę w wydawnictwie, które stara się poprzez swoje działania być jednak wydawnictwem bardziej tradycyjnym niż vanity, „Wieża” trafi do szerszego grona odbiorców.

W tekstach z „Wieży” bardzo często znacząca role odgrywa samo miejsce, gdzie rozgrywa się akcja. Miasto jest na równi bohaterem historii, jak i jej scenografią. Czy to fascynacja zaczerpnięta od Neila Gaimana?

Ten motyw wykorzystuje wielu autorów. Jednakże z racji tego, że jestem fanem m.in. Gaimana, na pewno podpatrzyłem kilka zabiegów literackich, przerobiłem po swojemu i wprowadziłem do „Wieży”.

Pisujesz opowieści z pogranicza grozy i weird tales. Jaki jest twój ulubiony gatunek? 

Czytam książki z różnych gatunków, dlatego ciężko powiedzieć, jaki jest mój ulubiony. Przez pewien czas fascynowałem się fantasy, new weird, grozą, w pewnym stopniu horrorem, potem Kafką, Frazerem, Bator, itd. Wydaje mi się, że najlepiej odnajduję się w mieszaniu gatunków. W przypadku „Wieży” była to, powiedzmy, szeroko pojęta literatura niepokoju (w tym groza), przy nowych powieściach jest to już np. realizm magiczny, czy literatura obyczajowa.

A dlaczego właśnie groza? Czy uważasz, że to nośny, popularny gatunek? Czy – jak twierdzi wielu – gatunek ten nadal jest traktowany po macoszemu, nawet przez swoją „starszą siostrę”, fantastykę?

W momencie, kiedy pisałem „Wieżę” bardziej kierowałem się tym, co chciałem napisać, co mnie wtedy ciekawiło, fascynowało. Groza była mi najbliższa. Czy jest to nośny gatunek? Na pewno, przecież mamy wielu fanów grozy w Polsce i na świecie. Co więcej, wydaje mi się, że groza powoli robi się w Polsce coraz bardziej popularna. W ciągu ostatnich kilku lat powstało trochę inicjatyw wokół literatury grozy, „odkopanie” twórczości Stefana Grabińskiego – z tego, co kojarzę kiedyś tylko Lem o nim wspominał, a w szerszym odbiorze, poza kilkoma filmami („Dom Sary”) raczej nie był znany czytelnikom – powstała Nagroda im. Grabińskiegio, kilka czasopism i serwisów internetowych skoncentrowanych tylko wokół grozy. Aczkolwiek fantastyka na pewno jest i chyba przez długie lata będzie ciągle bardziej popularniejsza od grozy.

Czy nie obawiasz się, że wydanie w wydawnictwie typu vanity sprawi, że mniej czytelników sięgnie po Twoją twórczość? Autorom z takich wydawnictw często czytelnicy przyklejają łatkę grafomana. Niejednokrotnie na wyrost. Co ty o tym sądzisz?

Powiem tak – napisałem książkę, wystawiłem ją na opinię czytelników i recenzentów, i „Wieża” zbiera przeważnie dobre recenzje – przykład serwis polter.pl, który jest dość „wybredny” wystawił ocenę 8/10. Jak dla mnie jest to sukces. Jeżeli ktoś ma ochotę oceniać mnie na bazie samej ścieżki wydawniczej, jaką z opisanych powyżej powodów wybrałem, polecam jednak sięgnąć do samej książki. Porównanie jest na pewno na wyrost, więc proszę mnie nie zrozumieć źle, ale jak czytam książkę Dukaja, to mało mnie obchodzi, czy wydała go SuperNowa, Literackie, czy ostatnio serwis aukcyjny. Kupuję książkę dla treści, a nie dla ścieżki wydawniczej.

No właśnie – „Wieża” zebrała całkiem pozytywne recenzje. A jak z twojej perspektywy wypadł ten debiut? Jesteś usatysfakcjonowany? Coś byś zmienił? 

Jestem zadowolony z tak pozytywnego przyjęcia książki. Oczywiście było trochę negatywnych opinii, ale staram się na nich uczyć, jeżeli były to opinie konstruktywne, z uzasadnieniem. Kilka osób pisało o tym, że tekst mógł być bardziej dopracowany od strony redakcyjnej. Tu się zgodzę. Ale to jest akurat ciężar, który leży po stronie wydawcy. Dlatego jeżeli coś miałbym zmienić, na pewno zwróciłbym większą uwagę na to, czy książka jest w stu procentach dopracowana. Niestety nie na wszystko jako autor miałem wpływ.

Co szykujesz w najbliższym czasie? Jakie są Twoje plany wydawnicze? Kolejne opowiadanie? Gdzie będzie można przeczytać coś nowego od ciebie?

Oczywiście. Polecam nowy numer kwartalnika „Brama”, będzie tam moje opowiadanie pt. „Pendolino”. A poza tym oczywiście mnóstwo świetnych tekstów innych autorów.

A kiedy powieść? Masz jakieś plany? Pracujesz nad czymś dłuższym?

Są dwa projekty. Może od końca. Teraz piszę zaplanowaną na ponad 500 stron powieść obyczajową, która zaczyna się od takich słów: „Przychodzi taki czas, kiedy każdy młody mężczyzna rozważa popełnienie samobójstwa. Krzysztof również. Ma trzydzieści trzy lata i chcę się zabić. Dzisiaj wieczorem.” Na ten moment tyle mogę powiedzieć o tej powieści.

Na temat drugiego, a w zasadzie pierwszego projektu mogę zdradzić trochę więcej. Jest to powieść z pogranicza gatunków fantasy, new weird, horror i nazywa się „Trupojad”. Powieść zbudowana jest na podstawie baśni ludowych, więc jest dość brutalna. O fabule w dużym skrócie: główna bohaterka ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę. Po wybudzeniu znajduje się w świecie pełnym tajemnic, a ona musi rozwiązać jedną z nich. Tajemnicę Trupojada, który pożera zwłoki. Świat, w którym się znalazła rządzony jest przez kapłanów, przerażających morloq’ów i upiornych istot, np. Konsyliarza, który próbuje dociec natury Mroku. Podczas swoich wędrówek Adrianna spotyka Śmierć i Jej Uczennicę, mitycznego Kostucha, który porywa ludzi do Zimowego Orszaku. Znajdziemy tu pradawne cmentarzyska, Monastyr ogromny jak mityczny Lewiatan, lasy zasnute mgłą, pełne upiorów i Stworzeń Nocy oraz inne budzące ciekawość i niepokój miejsca. W tym momencie jestem na etapie szukania wydawcy.

Rozmawiał: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także