Artykuł

Wywiad z Kazimierzem Kyrczem Jr. i Dawidem Kainem

Opublikował

dnia

Tym razem zabójczy duet Kyrcz/Kain zaserwował nam „pierwszą polską powieść bizarro” zatytułowaną „Wojna świrów”. Uznaliśmy, że wypada zapytać o co świry toczą wojnę i czy to całe bizarro jeszcze się autorom nie przejadło. Oto co panowie mieli nam do powiedzenia…

Kto ma wysypkę na sam dźwięk słowa bizarro, ten pewnie już się schował w piwnicy, a cała reszta świata – mniemam, że większa – chętnie pozna kilka faktów z okoliczności powstania „Wojny świrów”. Na bizarrową modłę zacznę od końca, czyli od okładki, poniekąd zatem jednak od początku. Skąd pomysł na tak konkretną, bardzo graficzną i zabawną stylistykę?

KKJ: Wiesz, od początku chcieliśmy być na tej okładce, bo uznaliśmy, że nasze facjaty dobrze się sprawdzą jako forma straszaka.

DK: Ja często zapominam brać ze sobą dokumentu ze zdjęciem, więc pomyślałem, że mógłbym mieć zawieszoną na szyi książkę i pokazywałbym ludziom, że to właśnie ja, a potem, zamiast podawać z pamięci pesel, czytałbym fragment o sobie: „ten stary, przećpany…”.

KKJ: Tak, tak, jeśli ktoś chciałby uzupełnić swój zasób epitetów, to „Wojna świrów” będzie jak znalazł.

Ciekawe jak „Wojnę świrów” strawiliby celebryci, którym się przytrafiło dostać na stronice powieści. Na przykład taki Masterton… Nie baliście się rzucić wyzwania ojcowi samego „Manitou”?

KKJ: Graham ma u nas specjalne względy, odkąd docenił urodę polskich kobiet… Sorry, o czym to ja właściwie…?

Podobno w okolicach premiery pojawili się w Polsce Masti i Edward Lee. Maczaliście w tym palce?

DK: My nie, ale jak wie każdy czytelnik „Wojny świrów”, Lee i Masterton mogą być tylko kukiełkami, którymi steruje ktoś z Polski. Może nawet… Sami Wiecie Kto.

Tyle powieść warta, co jej bohater. Lub bohaterowie. W niewielkiej gabarytowo powieści pomieściliście całe stado bohaterów specjalnej troski. Kogo tam nie ma? Jest nawet Dusiołek od kolegi Leśmiana i aż szkoda wspominać o obdarzonej morderczym głosem lasce… Zdradzicie jak Wam się udało zlepić w jedną ekipę tak szczególne jednostki (a)społeczne?

DK: Początkowy pomysł był taki, żeby po prostu wrzucić stworzone przez klasycznych autorów postaci (Dusiołek, Smoluch) do współczesnego Krakowa, zamieszać i zobaczyć, czy zabulgocze. Ale potem pojawiali się kolejni bohaterowie, przejmowali kontrolę nad nami i nie mieliśmy już nic do powiedzenia. Na przykład taki Roger krzyczał, że albo będzie głównym bohaterem, albo poczujemy na własnych tyłkach karzącą moc Białej Siły! Cokolwiek to znaczy.

KKJ: Inna sprawa, że przyjęliśmy sobie za punkt honoru, żeby zgromadzić bandę maksymalnie barwnych oszołomów, takich których czytelnik będzie mógł łatwo identyfikować. Sam nie przepadam za powieściami, w których są tłumy postaci, bo przy moich problemach z koncentracją łatwo się gubię. Nawet mgła mi do tego niepotrzebna.

Wyszła Wam z tego niezła banda nieco rustykalnych X-Menów! Kogo Waszym zdaniem w tym wino-gronie zabrakło? Kogo byście dopisali tak, aby idealnie pasował do zwariowanej kompanii z Dusiołkiem na czele?

DK: Nasi bohaterowie sporo piją, więc dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie „Wiecznie Wkurzonego Polaka, Który Nie Może Się Upić”. Jego moc polega na tym, że ani alkohol, ani żadne inne pobudzacze na niego nie działają, przez co staje się coraz bardziej wkurzony i stopniowo przechodzi na stronę zła. Wieczna trzeźwość koniec końców prowadzi właśnie do tego!

KKJ: Z kolei po jasnej stronie Mocy mógłby być wampir energetyczny, który wysysałby z otoczenia jedynie negatywne emocje i na bieżąco przerabiałby je na kolejne kilometry polskich autostrad. Myślę, że w ciągu roku ich długość powiększyłaby się co najmniej dziesięciokrotnie.

Jak wymyślaliście tych bohaterów, którzy już pojawili się na kartach powieści: rzucaliście kością o ścianę, wyciągaliście ich z wnętrzności przypadkowych ofiar czy zastosowaliście bardziej zaawansowane metody twórcze?

KKJ: Używaliśmy ściągaczek zawartych w Nekronomiconie, do tego doczepiliśmy trochę przepisów z Kuchni Babuni, no i jakoś tak wyszło.

DK: Opisywaliśmy też naszych sąsiadów, nie siląc się na żadne upiększenia.

Pocztą pantofelkową doszły nas słuchy, że „Wojna świrów” miała być zaledwie „Bitwą świra”, czyli opowiadaniem, któremu się nieco urosło. Chyba nieczęsto się zdarza, aby krótki tekst nadawał się do pracy nad czymś większym, prawda? Jak było tym razem?

DK: To nie do końca tak. Oczywiście na początku było tylko opowiadanie, na dodatek o trochę innej tematyce (koleś podszywający się pod geja wplątuje się w niebezpieczny związek), ale gdy już omówiliśmy sprawę, to właśnie powieść stała się naszym celem. Po prostu zmieniliśmy to opowiadanie tak, by stało się prologiem większej całości.

KKJ: Później długo walczyliśmy z naszymi bohaterami, szczególnie, że żaden z nich nie chciał zginąć… A na koniec jeszcze dopisaliśmy prolog do prologu. Do pewnego momentu było pod górkę, ale potem było już z górki.

Wy, jako zdobywcy bizarrycznych przyczółków na nadwiślańskim gruncie powinniście mieć o gatunku więcej niż dobre pojęcie. Są „Wojny świrów” literaturą bizarro czy nie są?

KKJ: Jak słusznie zauważyłeś, gatunek ma pojemność zbliżoną do kontenerowca. O to zresztą chodziło Amerykanom, którzy ukuli tę nazwę – by pod jego skrzydła zmieściło się wszystko co napiszą…

DK: Na pewno „Wojna świrów” zawiera wiele elementów bizarro. Nie jest może aż tak dziwaczna jak dzieła amerykańskich mistrzów gatunku (rzućmy przykładowym tytułem: „Peklowana apokalipsa Wyspy Naleśników”), ale pozostaje dziwniejsza niż 98% pozycji u nas wydawanych.

Pozostańmy jeszcze w temacie bizarro, bo to ciekawy temat jest. Kilka lat temu była to zaledwie niezrozumiała ciekawostka, dzisiaj… no, nie nazwiemy bizarro jeszcze dominującym gatunkiem literackim, ale z pewnością da się go określić mianem gatunku solidnie osadzonego w krajobrazie. Jak postrzegacie ewolucję gatunku oczami ojców i matek założycieli?

DK: Gatunek przyciągnął całą masę czytelników i początkujących autorów, co widać po statystykach Niedobrych Literek. Mnie to bardzo cieszy, zauważam jednak, że część twórców nie do końca rozumie, na czym bizarro się opiera. Nie chodzi w nim o to, by napisać megabrutalny tekst o patologiach i zboczeniach, bo wtedy mamy po prostu horror ekstremalny.  Najważniejsza jest właśnie ta nieokreślona „dziwność”. Przy czym może to być zarówno dziwność głupiutka i dziecinna (w stylu: chomik ninja mści się na mafii kotów, przez którą zginął jego brat), ale też coś bardzo ambitnego, łączącego surrealizm z literaturą wysoką (np. zbiór „Scorch Atlas” Blake’a Butlera, mówiący o zagładzie świata, w którym rozpada się nie tylko sama rzeczywistość – tonąca w błocie i niszczona opadami szkła oraz żwiru – ale i jej logiczne, racjonalne podstawy).

KKJ: Najważniejsze, że zamieszaliśmy w kotle. Jeśli już mowa o literaturze, uważam, że nie ma nic gorszego od stagnacji… A co z tego mieszania wyniknie? Wierzę, że nasze rodzime bizarro jeszcze sporo zwojuje.

Rzeczywiście, bizarro-fiction zdaje się wyłapywać z przyrody mnóstwo energii negatywnej i, mówiąc krótko a dosadnie, strasznie się brutalizuje. Także horror ogarnął wyścig zbrojeń: byle więcej trupów i krwi. A jeden i drugi gatunek może być inteligentną literaturą. Nie uważacie, że przydałaby się może jakaś promocja tego lepszego bizarro? Czy w ogóle takie lepsze bizarro powstaje?

KKJ: Nie dzieliłbym w ten sposób bizarro czy literatury w ogóle. Można trafić na kawałki ekstra brutalne napisane na wysokim poziomie i takie, które niby są wybitnie głębokie, a przy ich czytaniu nie tylko zęby bolą, ale i ziemniaki człowiekowi gniją w piwnicy (niezależnie od tego, że nie posiada ani ziemniaków, ani rzeczonej piwnicy).

DK: Lepsze bizarro na pewno powstaje i u nas – piszę je na przykład ja! – ale ciężko zwrócić uwagę ludzi na coś, w czym nie ma cycków i karabinów. Ideałem do wypromowania w sieci byłaby książka o cyckach i karabinach napisana przez kota. Schwytaliśmy ostatnio z Kazkiem pewną grupę miauczących czworonogów, więc powstanie napędzanego karmą wydawnictwa, które nie musi płacić autorom niczym innym niż żwirkiem do kuwety, jest tylko kwestią… naszych chęci.

Czy bizarro ma potencjał stania się gatunkiem ostatecznym, który połączy to co najlepsze w literaturze i ludzkim umyśle? Czy może się wyswobodzić z własnej niszowości? 

DK: Nie. Bo jeśli przestanie być niszowe, to już nie będzie bizarro. Jeśli tylko jakaś książka z tego czy innych gatunków zdobywa większą popularność i jest połykana przez główny nurt, od razu zaczyna się mówienie, że to nie jest pozycja z gatunku jakiegoś tam, tylko coś znacznie, znacznie więcej.

KKJ: Zachodzi szybki transfer i autor niszowy nagle staje się gówno… sorry, główno nurtowcem. Znaczy się: smuteczek.

Duet Kyrcz & Kain ciągle się jeszcze nie wypstrykał z pomysłów. Więc pewnie – oczekuję odpowiedzi pozytywnej – „Wojna świrów” nie jest Waszym ostatnim wspólnym słowem?

KKJ: Rzeczywiście nie. Mam nadzieję, że rzeczywiście za jakiś czas znów spotkamy się w tym uroczym gronie, omawiając piątą kniżkę sygnowaną wspomnianymi przez Ciebie wyzwiskami.

Rozmawiał: Dariusz Barczewski

Polecamy także