Artykuł

Wywiad z Magdaleną Kałużyńską

Opublikował

dnia

Parę lat temu zabłysnęła mroczną debiutancką powieścią „Ymar”, a w tym roku poprawiła jeszcze bardziej udaną książką „Alvethor. Białe miejsce”. Czyżby Magdalena Kałużyńska pretendowała do miana Najbardziej Przerażającej Kobiety w Polsce? Pytamy ją o to grzecznie i w nieco zawoalowany sposób…

Dlaczego horror? Co skłoniło Cię do tworzenia właśnie w takim gatunku? Trudno przecież o mniej popularny, również według statystyk sprzedaży.

Cóż… Przyznam, że to pytanie słyszałam wielokrotnie, już nie liczę ile razy. Za każdym razem próbowałam odpowiedzieć rzeczowo, uargumentować merytorycznie nawet, sensownie odeprzeć argumenty przemawiające przeciw – zarówno przeciw samemu horrorowi, jak i przeciw kwestii pisania horroru przez kobietę… Tak, właśnie, dlaczego kobieta zdecydowała się pisać horrory, czy coś z tą kobietą jest nie tak? Oczywiście w sensie psychicznym? Czy zdecydowałam się pisać horrory, żeby walczyć z jakimiś osobistymi traumami? Czy ktoś mnie skrzywdził? I tak dalej, i tak bardziej. Przyznam, że na każde tego rodzaju pytanie udzielałam grzecznie odpowiedzi, w moim mniemaniu wyczerpujących i zrozumiałych. I każdorazowo okazywało się, że jednak odpowiedzi wyczerpujące i zrozumiałe nie były. To męczące doświadczenie pytań, które miały niby sprawić, że się po prostu wytłumaczę z mojego „dziwactwa” oraz nawet poproszę o społeczne przyzwolenie sprawiło, że obecnie, kiedy słyszę pytanie „dlaczego horror?”, odpowiadam – „bo tak”. Albo „bo lubię”, albo „gdyż dla mnie to jest najpiękniejsza forma literacka, ever”. Jest również dobitniejsza i bardziej wulgarna wersja mojej na to pytanie odpowiedzi, ale przytaczam ją głównie w kręgach prywatnych.

Jeżeli chodzi o fakt, że horror jest gatunkiem mało popularnym, również według statystyk sprzedaży, to powiem tylko – i bardzo dobrze. Odkąd pamiętam, horror był gatunkiem niszowym i to po części przyczyniało się do wyjątkowości tego rodzaju tekstów. Z drugiej strony patrząc, ja nie należę do osób, które mają coś na względzie statystyk sprzedażowych. Innymi słowy – nie piszę horrorów dla pieniędzy. Proste.

No właśnie, takiej mniej więcej odpowiedzi oczekiwałem, bo przecież miłości do danego gatunku, a co za tym idzie wyboru do tworzenia w jego ramach wytłumaczyć się nie da. Ale za to można doszukać się genezy i odnaleźć korzenie, źródła tego co ostatecznie napiętnowało Cię jako pisarkę horrorów. Jak to więc było? Klasyczna literatura grozy? Tandetne horrory książkowe przełomu lat 80./90? Czy też szał VHS-ów?

Standardowo, czyli wszystko, co powyżej napisałeś – każdy przejaw horroru, filmy, książki, szczególnie z przełomu lat 80./90. Jak również szał VHS-ów. No bo jakie pierwsze filmy z kaset wideo zapodałam sobie będąc nastoletnią szczeniarą? Horrory! Pamiętam dokładnie wielki, srebrny magnetowid JVC, z przyciskami w kształcie olbrzymich figur geometrycznych, którego to magnetowidu silnik, czy napęd, warczał niczym traktor i rezonował niczym pudło od klasycznej gitary. I na takim olbrzymim, ciężkim, warczącym magnetowidzie dwie nastolatki, ja i moja przyjaciółka, całą noc oglądałyśmy cudem zdobyte (czytaj: z pirackiej wypożyczalni kaset video – o ile wtedy były jakieś nie-pirackie) filmy typu „Piątek 13-go” – wszystkie wtedy dostępne części, „Evil Dead”, „Wywoływacza Piekieł” (no, tak się kiedyś dumnie zwał „Hellraiser”), „The House”, „The Blob” (obecnie znany jako „Plazma”, ale ja go pamiętam jako „Blob” i niech tak oryginalnie w tej mojej pamięci zostanie), „The Stuff” (obecnie znany jako „Substancja”, ale dla mnie to zawsze będzie oryginalnie „Stuff”). Za filmami poszły tandetne horrory książkowe, które pochłaniałam natychmiast, kiedy tylko się jakiś ukazał, Amber albo Phantom Press wydał, czy były do zdobycia na naszym ówczesnym księgarnianym, albo głównie antykwarycznym rynku. Polowałam na te serie, przyznaję, fanatycznie. I tak od książki do książki, od filmu do filmu, powoli kiełkowało we mnie coś, co się zwie pasja do horroru. Ale – paradoksalnie – parcie na pisanie, znaczy na tworzenie literatury poczułam po lekturze książki z gatunku… fantasy. Przez jakiś czas to heroic fantasy było u mnie na piedestale, ale, jak widać i co – chyba – było do przewidzenia, horror się podkradł pod ten piedestał i wszystkie zajawki fantasy oblał blobem i pożarł. End of the story.

Piękne tytuły wymieniasz, słyszałem też, że masz słabość do „Dyniogłowego” i pasjami uwielbiasz „Predatora”…

Tak! „Dyniogłowy”… Mam do tego filmu słabość. Z powodu? Z powodu całokształtu. Ten film się mianowicie wpisuje we wzorcowy horror klasy B. Ale tak wzorcowy, że aż niemożliwie. Począwszy od scenografii, przez grę aktorską, albo wręcz jej brak, dialogi, leżące na stole w kuchni maczety – nie wiadomo skąd… Samo dobre. Mogłabym ten film oglądać cały czas. Opowieść taka sobie, rzekłabym – standardowy motyw winy oraz kary, wiadomo, standardowa grupa głupich, pewnych siebie oraz zbuntowanych amerykańskich nastolatków, wiadomo, którzy coś tam przeskrobali, wiadomo i… zamiast uciekać, gdzie pieprz rośnie oraz ile sił w nogach, wiadomo, wchodzą głębiej w las, też wiadomo. Coś pięknego. To również zahacza o odwieczną dyskusję na temat sensu postępowania bohaterów horroru. Gdyby pomyśleli, gdyby po prostu wstali i uciekli, to… nie byłoby opowieści. A tak samochodu nie ma, motocykl rozwalony, potrącone nieżywe dziecko, no i klasyczna wszechmocna wiedźma – gdyż w każdej wiosce powinna taka być, zapomniany cmentarz w środku lasu. Coś pięknego. Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu. No i sam Dyniogłowy jako przykład majstersztyku charakteryzacji plus mechanicznych modeli potworów, albo mechanicznych modeli fragmentów potworów. To naprawdę wielka sztuka zrobić coś takiego. Nie w wyniku efektów tak zwanych komputerowych. Charakteryzacja na poziomie mistrzowskim! No i Lance Henriksen, wiadomo, który się do horroru nadaje jak mało kto. Z tego, co wiem, za Dyniogłowego odpowiada coś, co teraz się zwie Stan Winston School of Character Arts. Która to szkoła, a raczej kopalnia cudów, albo ludzie z nią związani, są również odpowiedzialni za całokształt oraz wygląd Predatora – kolejnego mojego ulubieńca. Tak, przyznam to teraz, mam wielką słabość do potworów. Ale to muszą być potwory… specyficzne. Taki Dyniogłowy. Albo Predator. Mimo że to są filmy skrajnie różne, ale mają jeden konkretny punkt wspólny – wspaniałego potwora. Predator, charakteryzacja aktora, motywy broni, kamuflażu, sam pomysł na kosmicznego łowcę, drapieżnika tego rodzaju, nie człowiek, nie zwierzę, czyli „kim ty w ogóle jesteś?!”… – przyznam, że inspirowałam się Predatorem podczas pisania „Alvethor”. Może tego nie widać w „Białym miejscu”, ale na pewno będzie widać w tomach kolejnych. To znaczy, ja mam nadzieję, że to będzie widać. Jeżeli chodzi o „Dyniogłowego” to motywy z opowieści oraz filmu są wplecione w akcję, a raczej dialogi, w „Cytrynowej śmierci”. Jak widzisz mogłabym o tych filmach gadać i gadać, pisać i pisać…

Jak już jesteśmy przy starociach, to głównym motywem tego numeru Grabarza jest seria „X-Files”. Jakie wspomnienia, odczucia wywołuje w Tobie hasło „Z Archiwum X”? Byłaś fanką, czy raczej irytowała Cię ta moda?

Poczekaj, poczekaj… Jak to było? „Byłam fanką serialu „Z Archiwum X”, zanim stało się to modne?” Coś w tym stylu. I zawsze obstawałam za zapatrzonego w zjawiska nadprzyrodzone agentem Mulderem, który w oczach cynicznej agentki Scully uchodził za nawiedzonego świra, potencjalnego pacjenta zakładu dla obłąkanych – gdzie powinno być jego miejsce, a nie w szeregach FBI. Pierwszą serię „Z Archiwum X”, bardzo dawno temu, oglądałam z rozdziawioną gębą. Kolejne serie – już mniej. Na temat filmu kinowego się nie wypowiem. Tak, wiem, większość widzów, a przynajmniej ja się z takim odruchem spotkałam – czekali na moment, kiedy między Mulderem a Scully zaiskrzy do tego stopnia, że w końcu pójdą do łóżka. Ja natomiast czekałam na kolejne zaskakujące teorie, kolejne niewytłumaczalne i przez to oczywiście dziwne zjawiska, zbliżenia na pływające w rurach kanalizacyjnych pijawkopodobne, olbrzymie potwory… Następnie właśnie nastała ogólne „bum” na „Archiwum X”, pałeczkę w scenariuszu przejęli Obcy vel UFO, aż do niemożliwej niemożliwości – UFO było wszędzie i za każdym razem, aktorzy odgrywający role w serialu urośli do rozmiarów gwiazd, w USA powstał nawet Kościół Niepokalanej Jillian… Generalnie „Z Archiwum X” było wtedy wszędzie – nawet w przysłowiowej lodówce. Zaczęły powstawać seriale i filmy stylizowane na „Archiwum X”, podobne do „Archiwum X”… Wedle zasady, że co za dużo, to i świnia nie zje oraz w obliczu histerii wtedy właśnie oglądanie tego serialu sobie po prostu darowałam. I już.

Przyznaję, że choć czytałem kilka Twoich opowiadań, to dopiero powieści naprawdę powaliły mnie na ziemię. Odnoszę wrażenie, że krótka forma Cię ogranicza. Nie pomysłami czy wykonaniem, ale brakiem możliwości na pełne rozwinięcie skrzydeł.

Bo tak jest. Ogólnie powiem, że opowiadania mnie nie kręcą. Owszem, napisałam kilka, ale raczej dla sprawdzenia, czy potrafię napisać opowiadanie. Ostatnim efektem, który chciałam wywołać to był zamiar, żeby rzucić kogoś tymi tekstami na kolana. Moim zdaniem nie da się tego zrobić. Ale może się mylę. I masz rację – opowiadanie ogranicza. Ja się po prostu nie odnalazłam w tej formie literackiej, kiedyś nawet oficjalnie stwierdziłam, że rezygnuję z pisania opowiadań. Oczywiście padły pytania – dlaczego się wycofuję, dlaczego nie daję sobie szansy na szybsze dotarcie do szerokiego grona odbiorców? Bo przecież opowiadania się pisze szybko, a powieść nie. Ależ spokojnie, ja sobie szanse dałam. Doceniam troskę, kochani. Ale mimo wszystko ja opowiadań, jakby to określić zwięźle, nie czuję… Są pisarze, którzy odnajdują się w krótkich formach, ja się nie odnalazłam. Mimo prób i starań. Dodam, że żadne z opowiadań, które napisałam, nie wywołało u mnie poczucia dobrze wykonanej roboty, raczej niedosyt.

Jestem mile zaskoczony, że w odróżnieniu od wielu innych autorów nie starasz się wciskać na siłę kitu, że wszystko co napiszesz jest najlepsze i najwspanialsze. Wiem, że przy tym śledzisz to co się dzieje na scenie, czego dowodem jest Twoja audycja „Krwawa Kałuż(yńsk)a”. Skąd wziął się pomysł na jej realizację? Jak do tego doszło?

Ja stawiam na szczerość. Nawet jeżeli ta szczerość jest niemile widziana przez tam kogoś, to trudno być nieszczerym wobec siebie, prawda? A prawda jest taka, że pisanie ma mi sprawiać frajdę. I sprawia, mimo tych twórczych całych męczarni. Znasz klimat? Znasz. Znaczy, pisanie powieści sprawia mi frajdę, bawię się jak świnia w błocie, czuję flow, czy coś… Podczas pisania opowiadań tego nie było. Ani frajdy, ani flow, ani nic z tych rzeczy. No to po cholerę pisać? Przecież to od razu widać, moim zdaniem, daje się wyczuć, kiedy tekst jest pisany na siłę. Większość moich opowiadań, może trochę z wyjątkiem „Niosącego Światło” oraz „Die Hard” to są opowiadania niedoskonałe, niedopracowane, nie jestem z nich zadowolona, słyszałam pytania – ale co takie krótkie, ma potencjał na coś więcej. Może i te teksty mają potencjał na coś więcej, ale nie zamierzam tego potencjału wykorzystywać. Chociaż, jakby się tak zastanowić, to rozpisując każde z moich opowiadań na tak zwaną powieść, każde z osobna na książkę, miałabym dzisiaj na karku tych powieści dziewiętnaście, a nie dwie. Ale… czy pisanie to jakieś, że tak się wyrażę, wyścigi? Jakaś kompetycja à la Pardubicka Wielka?

Nie sądzę.

Takoż, powtórzę, niechaj pisze opowiadania pisarz do pisania opowiadań bardziej predysponowany. Ja sobie darowałam. Odnośnie tego, że śledzę poczynania na scenie polskiego horroru i grozy. Tak, dowodem tego jest audycja radiowa, emitowana na antenie RDJ-o kulturalne radio internetowe, zwana wesoło i w skrócie ta audycja – „Krwawa Kałuża”. Pomysł na realizację był pomysłem tak zwanego natychmiastowego reagowania. Odezwał się do mnie Grzegorz Raczek, z portalu DużeKa, z jakimś tam pytaniem, odnośnie książki, czy generalnie horroru polskiego i od słowa do słowa okazało się, że ów człowiek zakłada radiostację. Zaproponował mi audycję autorską o grozie i horrorze, z naciskiem na grozę i horror polski, właśnie. Zgodziłam się. I tak to się zaczęło.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Już Twoja pierwsza powieść, „Ymar” podniosła bardzo wysoko poprzeczkę, zdobyła kilka nagród i ogólne uznanie raczkującej sceny horroru. Spodziewałaś się takiego odzewu?

Biorąc pod uwagę to, co się działo, co słyszałam – opinie, rady – przed opublikowaniem książki fakt, że „Ymar” został uznany przez czytelników Grabarza książką roku oraz zdobył miejsce w plebiscycie portalu granice.pl sprawiło, że… w pierwszym odruchu potraktowałam te nagrody jako marny żart z debiutantki. Nie uwierzyłam. Usiadłam mając wielki znak zapytania nad głową. Nie spodziewałam się tego rodzaju nagród i wyróżnień. Jak również ostatnią rzeczą, której się spodziewałam było, że „Ymar” zyska uznanie. Jakiekolwiek.

A czy odczuwałaś „presję poprzedniej książki” zabierając się za prace nad „Alvethorem”?

Tak. Presja to mało powiedziane. Widmo, również… Chociaż, jakby się zastanowić to właśnie widmo „Ymar” krążyło nade mną przez cały czas pisania „Alvethor – Białe miejsce”. Dodatkowo, niektórzy ludzie, którzy mieli wgląd w roboczą wersję tekstu stwierdzili, że tekst – cytuję „ale jak to… dlaczego tekst nie jest taki, jak „Ymar”, chociaż bardzo podobny?”. Nie wiedziałam, jak rozumieć tego rodzaju opinie oraz pytania. Nic nie dało tłumaczenie, że piszę zupełnie inną opowieść, że to – mimo wszystko – nie jest kontynuacja mojej powieści debiutanckiej. I tak dalej. Owszem, „Ymar” posiada coś, co mądrzy ludzie nazwali fachowo „zakończeniem otwartym”, ale tego rodzaju zakończenie wynika z konstrukcji powieści. To wszystko. Fakt, „Alvethor – Białe miejsce” również posiada zakończenie otwarte, ale tego rodzaju zakończenie ma być zapowiedzią dalszego ciągu i również wynika z konstrukcji powieści… Wracając do pytania. Tak. Odczuwałam presję. Mało powiedziane – odczuwałam piętno „Ymar”. Do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę napisać wstęp do „Alvethor” i umieścić w nim prośbę o nie porównywanie do „Ymar”, czy coś w tym stylu. Ale nie napisałam tego.

Skoro już jesteśmy przy „Alvethorze”, Twoim najnowszym, znakomitym dziele, nie sposób nie wspomnieć o imponującej kampanii promocyjnej. Sesja zdjęciowa przedstawiająca stylizowanych na bohaterów powieści osób, wielkie plakaty… Skąd taki pomysł? Kim są te osoby?

To moi znajomi. Z tym że podczas kampanii promocyjnej trzy osoby zostały zastąpione modelami – również już moimi znajomymi. Pierwotną wersją „szalonego” pomysłu było, żeby realne osoby występujące w powieści wystąpiły również na plakatach, czy w planowanym krótkim filmie promocyjnym. Ale ze względów głównie technicznych, czyli dzielącej nas odległości, musiałam Agatę Brzozowską, Michała Rejmana oraz Annę Gołębiowską zastąpić modelami, właśnie.

Nie obawiałaś się reakcji „środowiska”? Paradoksalnie, żyjemy w kraju, gdzie na takie zabiegi patrzy się z zazdrością, a nierzadko wielu „znanych i poważanych” ex catedra krytykuje takie praktyki, jako nie przystające niszowym autorom i pisarzynom horroru. Jest to sytuacja dość często spotykana, gdy ktoś się wychyli. Tak było kilka lat temu z Łukaszem Śmiglem, który ostro reklamował „Demony”, tak było ze Stefanem Dardą, który ostro wziął życie za rogi i promował się gdzie i jak się dało. Dotknęło to również i mnie z Robertem Cichowlasem, gdy „Pradawne Zło” zdawało się czekać nawet w każdej lodówce (śmiech). Jak to było u Ciebie?

Ale ja właśnie z wymienionych przez Ciebie praktyk wzięłam przykład! Serio. Pomyślałam sobie – patrz, co robił Łukasz (Śmigiel), co robi Stefan (Darda), co robią chłopaki (Cichowlas i Radecki)… Można? Można! A nawet – trzeba! I tak to się zaczęło. A czy obawiałam się reakcji „środowiska”. Wiesz, powiem to głośno, a raczej: napiszę – gdybym obawiała się reakcji „środowiska”, komentarzy krytycznych, ocen, porównań, całego tego… czegoś. Gdybym się tego obawiała, to nie zaczęłabym w ogóle nic robić. Ani pisać horrorów. Ani promować w sposób „szalony”, albo „odstający od przyjętych norm promocji”. O ile jest coś takiego, jak przyjęte normy promocji. Przez ulotny moment pomyślałam sobie coś o wyskakiwaniu z lodówki, właśnie. Ale, cóż, machnęłam na tę lodówkę ręką. Wpadłam na pomysł sesji zdjęciowej, plakatów oraz szorta filmowego i już. Nie wiem, może ktoś się spodziewał, że spytam się „środowiska” o zgodę. Najlepiej na piśmie. Podanie miałam złożyć, czy co? I do kogo? W takich sytuacjach mówię – nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady (śmiech, mimo zajadów).

Przyznam, że gdy w moje ręce trafił plakat promujący „Alvethor”, przestraszyłem się, że to powieść o zombie. Nie żebym ich nie lubił, wręcz przeciwnie, ale sam właśnie współtworzyłem taką, więc sama rozumiesz… Tymczasem zaskoczyłaś mnie po raz kolejny pomysłem i oryginalnością. Nie znoszę pytań typu „skąd bierzesz pomysły”, ale powiedz – nie lubisz chodzić utartymi ścieżkami?

A, bo na plakacie jest dziewczyna z dziurą postrzałową na środku czoła? I że „żyje” to znaczy – jest zombie? Hm… no niekoniecznie. Ale rozumiem pierwsze skojarzenie. I nie walczę z tym skojarzeniem. Nie tłumaczę czytelnikowi – to nie jest, mimo wszystko, powieść o zombie. Ani o czymś w podobie. Jeżeli ktoś, mimo skojarzeń, sięgnie po książkę, jeżeli ktoś przełamie swoje myślenie porównawcze/stereotypowe, to sam ów ktoś się przekona, że Avethor nie jest powieścią o zombie. Mimo obecności „nieżywej” kobiety w akcji. Z tym, że ona tylko pozornie wygląda jak człowiek… A wiadomo, że pozory mylą.

Inaczej – ja nie umiem chodzić utartymi ścieżkami. Ja tego nie umiem. Próbowałam, przyznam. Na przykładzie opowiadań widać te moje ścieżki utarte. Nie umiem. Każdorazowo, kiedy stawiałam stopę i robiłam krok na tej utartej ścieżce literackiej, właśnie, nie dane mi było zrobić więcej niż kilka kroków i wywalało mnie z koleiny w… literackie chaszcze oraz nieprzeniknione zarośla. Metaforycznie mówiąc – wywalało mnie w rejony, mimo wszystko, nietknięte literackim szlifem. Tak, wiem, znam opinie typu „wszystko już napisane zostało”. I teraz postaw się w moich butach. Stoisz w zaroślach, metaforycznie. Tam jest wszystko, dosłownie, mydło i powidło. Krzuny takie, że ruszyć się nie można – czyli kopalnia pomysłów, tematyki, rozwiązań fabularnych, takie rzeczy. I co? A iść, czyli pisać, trzeba. Bo masz parcie. No to nie wychodzisz z tych krzaków aka zarośli, nie wracasz na utartą ścieżkę (z której przed momentem Cię wyrzuciło w te krzaki), tylko wyjmujesz zza siebie (jak na kreskówkach) maczetę i… idziesz przed siebie.

Mimo że prawie każdy mówi, żeby nie iść.

Mimo że słyszysz głosy, dobiegające z utartej ścieżki, przepełnione pretensjami oraz nawet groźbami, czy emocjonalnym szantażem.

Mimo że jest cholernie ciężko, jesteś w tych krzakach grozy i horroru sam, że gałęzie uderzają Cię po twarzy, że krwawisz, że słyszysz dobre rady (nie zarobisz kokosów, nie da się z tego wyżyć, po co piszesz takie okropieństwa, nie lepiej, żebyś napisał coś „chodliwego”?) i że wielokrotnie tracisz motywację machania maczetą, wielokrotnie masz ochotę rzucić to wszystko, cisnąć tę cholerną maczetę, wyjść na prostą, nie raniącą stóp ścieżkę i…

Znajome, prawda?

Cytuję „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajduje się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi”.

Czyli „ten typ tak ma”.

Spoglądam na Twoje dokonania i nie mogę wyjść z podziwu, z jaką pieczołowitością podchodzisz do swojej pracy. Jakiś czas temu widziałem, że poszukujesz bodajże fizyka kwantowego, w celu konsultacji do drugiego tomu „Alvethora”. Wkraczasz na tereny science fiction z naciskiem na science… Szykujesz rewolucję polskiego horroru? Czy do pierwszego tomu również przygotowywałaś się tak sumiennie? Sądząc po opisach sekcji nie przymykasz oczu na szczegóły i detale…

Złapałam się na tym, że wkraczam na nieznane mi tereny. Fakt. I żeby nie pisać głupot, albo nie „popełnić babola”, postanowiłam poznać te nieznane tereny na tyle dobrze, żeby móc o nich pisać swobodnie. Z czym to się wiąże? Właśnie z tym całym „riserczem”. Ale nie tylko książkowym, czy podręcznikowym. Chciałam mieć kontakt z „żywą” nauką. Dlatego umieściłam ogłoszenie o konieczności zgnębienia konsultanta naukowego. Znalazłam konsultanta, nawet dwóch. Chodzi mi o to, że w pewnym momencie poczułam się strasznie ograniczona tematycznie i merytorycznie. Pisarz nie musi się znać na wszystkim. Ale co w przypadku, kiedy wpadnę na pomysł umieszczenia akcji na pokładzie łodzi podwodnej? Pierwsze, co zrobię, to zadzwonię do… kogoś z marynarki wojennej albo ze szkoły morskiej, czy coś, z pytaniami dotyczącymi owych łodzi podwodnych, właśnie. Taki przykład. Wymyśliłam akcję dziejącą się w kosmosie, ale w kosmosie szczególnym, bo od strony wyższych wymiarów czasoprzestrzennych… musiałam i nadal muszę poznać temat na tyle dobrze, żeby się w nim swobodnie poruszać. Nie trzeba od razu iść na studia, czy robić doktoratu w temacie, ale na pewno kłaniają się opracowania naukowe oraz naukowcy, którzy się tematem zajmują. Kopalnia wiedzy i pomysłów. Ot, cała tajemnica.

Takoż odpowiadam: Tak, do pierwszego tomu „Alvethor” przygotowywałam się sumiennie. Tak, do drugiego tomu przygotowuję się sumiennie. Tak, do pisanej równolegle „Cytrynowej śmierci” przygotowuję się sumiennie. Nie, nie szykuję rewolucji polskiego horroru. Mimo wszystko.

No właśnie, wspomniałaś o „Cytrynowej śmierci”. Znając Twoje pisanie, nie da się pewnie zamknąć koncepcji w kilku słowach, ale spróbujmy. O czym będzie ta książka? I czy już znasz wydawcę? 

Wydawcę poznam, kiedy książkę skończę i kiedy ją do potencjalnego wydawnictwa wyślę, celem zaprezentowania jako propozycji, oczywiście, wydawniczej. Wolę przedstawić wydawnictwu gotową powieść, niż nakręcać nomenklaturę na projekt rozgrzebany. Tak jest, chyba, najbardziej logicznie i najbardziej uczciwie. Inaczej – coś konkretnego będę mogła powiedzieć, kiedy na istniejącą już powieść podpiszę wydawniczą umowę. Na razie wszystko jest w sferze zamierzeń, dobrych chęci, planów i pomysłów. I nie powiem za dużo o tej powieści, zanim nie postawię kropki tak zwanej finalnej. Ogólnie mogę powiedzieć, że „Cytrynowa śmierć” jest o epidemii śmiertelnej choroby nie powodowanej ani przez wirus, ani przez żaden znany czynnik chorobotwórczy. Na razie tyle informacji musi wystarczyć.

Wracając do „Alvethora”. Szykujesz inwazję ze światów równoległych, opierasz się na starannych badaniach dotyczących wszechświata i fizyki kwantowej, powiedz mi na ile części planujesz rozpisać cykl? Uderzasz w modne dziś trylogie, nie zamierzasz się ograniczać, czy po prostu, jak zwykle po swojemu, wszystko skończysz w tomie drugim?

Pierwotnie, w zamierzeniu tak zwanym początkowym, „Alvethor” miał być powieścią jednotomową. Ale zmieniłam zdanie, podczas pisania. Stwierdziłam, że będzie kontynuacja „Białego miejsca”. Podczas robienia planów „Pandemii”, a raczej rozrysowywania akcji, dosłownie rozrysowywania… stwierdziłam, że nie zmieszczę w II tomie akcji całej i należy przesunąć zakończenie na tom III. Podczas rozpisywania szkicu tomu III stwierdziłam, że… tak naprawdę akcję skończę w tomie IV.
Czyli – suma summarum, wyszedł mi czteropak. I tego się trzymajmy.

Na koniec, w ramach zajęć z grupy wsparcia, spytam Cię jak oceniasz dzisiejszą scenę horroru w Polsce? Myślisz, że można mówić o czymś takim? Na pewno widać zmiany w stosunku do tego, gdy debiutowałaś, ale czy rzeczywiście są one tak imponujące jak chcieliby je widzieć niektórzy?

Można mówić i nie można mówić. Scena horroru jest i sceny horroru nie ma. Zależy gdzie spojrzeć. Widzę progres, bo powstają nowe wydawnictwa, albo odnogi tychże, specjalnie do wydawania grozy i horroru. To wielce mnie cieszy. Jest KFASON. Jest Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Grabińskiego. Jest grupa zapaleńców, którzy co jakiś czas wychodzą z inicjatywami wydawniczymi typu Krypta, Horror Masakra, obecnie pojawiła się „BRAMA”. Jest co robić, przyznam. Są portale całkowicie poświęcone horrorowi. To również mnie cieszy. Ogólnie można powiedzieć, że jakby się przyjrzeć horror przestaje być postrzegany jako… zło konieczne i jakiś twór w stylu wypierd ślimaka, albo ubogi krewny fantastyki, tej prawdziwej fantastyki. Określenie o ubogim krewnym przeczytałam kiedyś w którymś felietonie Stonawskiego. Czyli – coś się dzieje, ludzie chcą pisać horrory, chcą w miarę możliwości wydawać horrory, ilustrować horrory, śpiewać horrory. I oby tak dalej. Ale nie może być za dobrze, prawda? Jednocześnie zauważyłam jakieś dziwne podziały środowiskowe – nawet kiedy środowisko jest bardzo małe. Jakieś zamknięte grupy, a w nich jakieś zakulisowe szemranie, nadęcia, bąble w nosie, gwiazdorzenie. W pewnym stopniu to rozumiem, dlatego, że środowisko horroru aka scenę, tworzą ludzie. Emocje, krew nie woda, rzyć nie skrzypce. Niezależnie od środowiska ludzie są różni, kwadratowi i podłużni. I jednocześnie tego podziału i animozji nie rozumiem. W czym tkwi problem? Stawiam na profesjonalizm, na szczerość. Ale to ja. W większości przypadków zawodzi czynnik ludzki. Ludzie sobie po prostu nie ufają, nie chcą, albo nie umieją. Może sobie właśnie zazdroszczą? To niech przestaną zazdrościć. Mogę sobie mówić… Wiadomo, bywa różnie, ale odczułam raczej coś w stylu niekiedy wcale nie cichej rywalizacji, niż współpracy, czy chociażby porozumienia. Ktoś tam kogoś nie lubi, albo się obraził, albo strzelił focha, albo coś w tym stylu. A co to ma do rzeczy? Moim zdaniem na niwie polskiego horroru nie może być mowy o osobistych animozjach, ani nie może być podkopywania dołków, czy podkładania sobie świń. Chcemy rzetelnej sceny grozy i horroru? Zachowujmy się rzetelnie. Proste. To co istnieje, jakieś grupki wsparcia, niech sobie istnieją i niech się rozrastają. Niech horror się rozrasta i niech spadnie z tego horroru klapka literatury plugawej. Jak to zrobić? Pisać dobre horrory i nie odstawiać tak zwanych siupów. Nie wiem, czy się dobrze wyraziłam. Marzy mi się ogólne porozumienie, może jakaś nawet współpraca, wsparcie moralne, na przykład. A nie towarzystwa wzajemnej adoracji i jakieś chore jazdy. Ja tu nie mówię o udzielaniu kredytów hipotecznych, albo nie mówię o dawcy organów, ja tu mówię o tak zwanej właśnie współpracy. W ramach możliwości, oczywiście. Albo w ramach chęci. I żeby żadna ze stron nie przekraczała swoich kompetencji, żeby nikt nikomu nie właził na głowę, nikogo nie gnębił psychicznie, nie deprecjonował. Bardzo łatwo przekroczyć granicę. Widać to na przykładzie recenzji, niekiedy. Recenzja ma dotyczyć tekstu, nie autora. Ale to temat rzeka.

Większość inicjatyw horroru, nowe pisma, startują od zera, również finansowego. Nie rozwiną się na byle tekstach i nie rozwiną się natrafiając na postawę roszczeniową, głównie pieniężną. Ogólnie rzecz ujmując, żeby coś wyjąć, należy najpierw coś włożyć. Ogólnie mówię, ale wiadomo o co chodzi.

Nie, nie jestem idealistką. Jestem, po prostu, szczera.

I jeszcze jedno – ze względu na zakres tematyczny oraz dziedzinę pisarską, nie ma pisarzy lepszych i gorszych. Pisarz to pisarz. Czy ów pisze horrory, czy obyczaj, czy pornosy, czy książki historyczne…

Pisarz to pisarz.

Właśnie dziś gruchnęła wiadomość, że „Alvethor” doczekał się statusu bestsellera. Nie dość, że to fenomen w skali krajowej (horror bestsellerem!), to jeszcze czas, w którym to osiągnął… Serdecznie i szczerze gratuluję, ale proszę o komentarz…

Dziękuję za gratulacje. No horror, no bestseller. No, fajnie. Tylko że ja naprawdę nie wiem co się robi w okazji bestsellera. Idzie na piwo?

Tyle komentarza.

Czekamy więc na kontynuację „Alvethora” i „Cytrynową śmierć”, życząc Ci kolejnych sukcesów literackich i coraz lepszych powieści, zarówno tych własnych, jak i tych do czytania. Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam serdecznie!

Również dziękuję za rozmowę i również pozdrawiam.

Rozmawiał: Łukasz Radecki

Łukasz Radecki
Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także