Artykuł

Wywiad z Piotrem Borowcem

Opublikował

dnia

Piotr Borowiec – absolwent prawa na Uniwersytecie Rzeszowskim, ojciec dwóch córek. Na co dzień pracuje w firmie konsultingowej, prywatnie miłośnik klasycznej grozy i muzyki rockowej. Współpracuje z blogiem Okiem na Horror. Jego opowiadanie „Czwarte użycie noża” zajęło II miejsce w konkursie Horror na debiut. Na początku tego roku nakładem wydawnictwa Gmork ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Piotra „Wszystkie białe damy”.

Powyższy opis jest nieco suchy. Czy mógłbyś nam nieco przybliżyć kim jest Piotr Borowiec?

Nie lubię mówić o sobie! O książkach, muzyce albo filmach mógłbym gadać godzinami, natomiast ja uważam się za nieciekawą osobę. Nie mam jakiejś szczególnie intrygującej biografii ani wielkich osiągnięć. Urodziłem się w roku, w którym Jonathan Carroll opublikował swoją „Krainę Chichów”, Black Sabbath wydał pierwszy album po opuszczeniu grupy przez Ozzy’ego Osbourne, a w Polsce komuniści i Wałęsa podpisali Porozumienia Sierpniowe. Należę więc do pokolenia genialnie sportretowanego przez Orbitowskiego w „Szczęśliwej Ziemi”. I jestem tego pokolenia przedstawicielem bardzo typowym. Moja młodość przypada na lata dziewięćdziesiąte, czasy kiedy książki były tanie, śnieg bielszy, a muzyka dobra. Potem poszedłem na studia, których nie skończyłem, potem na następne, nie bardzo wiedząc po co. Wyjechałem za granicę, ale wróciłem, gdzieś tam pracowałem, jednak mnie wyrzucili. Typowe. Tak naprawdę na pytanie „kim jest Piotr Borowiec” powinienem odpowiedzieć w pierwszej kolejności „ojcem”. Co chyba wyraźnie jest widoczne w moich opowiadaniach. Alicja i Julia to najważniejsze osoby w moim życiu. I są już w wieku, w którym mogę im przekazywać miłość do tego co sam kocham: szeroko rozumianej fantastyki we wszelkich odmianach, gatunkach i formach. No właśnie – Piotr Borowiec jest też fanem literatury. Przede wszystkim literatury grozy, ale nie tylko. Czytanie jest dla mnie równie oczywiste, równie potrzebne i równie przyjemne co jedzenie.

Czemu właśnie horror? Czemu nie inne gatunki literatury?

Z dwóch powodów. Pierwszy z nich wymieniłem już w odpowiedzi na pierwsze pytanie. Mając 11 lat pożyczyłem od kolegi starszego brata „Christine” Kinga, „Manitou” Mastertona i „Nawiedzonego” Herberta. Potem dość szybko odkryłem klasykę, XIX-wieczną nowelę niesamowitą, powieść gotycką, ghost story Le Fanu i M. R. Jamesa, obłąkane weird fiction Lovecrafta. Znam literaturę grozy, rozumiem ją i kocham. Wybór tej akurat konwencji dla moich opowieści jest oczywisty. Po drugie, horror pozwala mi na bezpieczne opowiadanie o swoich osobistych lękach i prywatnych koszmarach, jak najbardziej realistycznych. W opowiadaniach, które do tej pory stworzyłem dość często pojawia się motyw krzywdy, jaka przydarza się rodzinie głównej postaci. Jest to mój największy lęk, rzecz której boję się najbardziej. Po trzecie wreszcie, literatura niesamowita jest częścią fantastyki, a to właśnie fantastyka jest konwencją najlepiej nadającą się na opisywanie rzeczywistości „tu i teraz”. Brzmi to może jak paradoks, jednak sprawdza się. Pisząc „Klauzulę sumienia” pisałem nie tylko historię o upiorze, chciałem też przedstawić swój pogląd w sprawie coraz paskudniejszej dyskusji światopoglądowej o „ochronie życia poczętego” w Polsce. „Anioł ciszy” to nie tylko mój hołd dla literatury gotyckiej, to również spisanie historii, która rozegrała się w jednym z polskich miast, a która mnie bardzo zbulwersowała.

W Twoim zbiorze opowiadań „Wszystkie białe damy” bohaterami – dobrymi i złymi – są kobiety. I widać, że dobrze rozumiesz ich psychikę. Czemu właśnie taki kierunek obrałeś tworząc te historie?

Najważniejsze osoby w moim życiu to kobiety. Matka, żona i córeczki. Nie jestem wcale specjalistą od kobiecej psychiki, po prostu na co dzień mam bardzo dużo okazji do obserwowania kobiecych zachowań. Wybieranie pań jako bohaterek moich opowiadań nie było jednak jakąś z góry powziętą decyzją. Tworzę postaci pod pomysł, nigdy odwrotnie. Tak akurat się złożyło, że we „Wszystkich białych damach” sporo tekstów opiera się na pomysłach, w których najlepiej sprawdzała się postać kobieca.

W większości opowiadań z tego zbioru sytuacje, które opisujesz wydają się być wzięte z życia codziennego. Jakie są źródła Twoich inspiracji, skąd czerpiesz pomysły?

Skąd tylko się da, poważnie. Moje teksty są odbiciem moich doświadczeń, zainteresowań, przeżyć, lęków, problemów, tego co mnie wkurza i ciekawi. Faktycznie, 90% wydarzeń jakie opisałem w fabułach moich utworów, to zdarzenia w których uczestniczyłem lub których byłem świadkiem. Tomasz Piątek, jakiś czas temu poradził młodym autorom, aby nie bali się fikcji… jeśli tylko jest ona prawdziwa. Ja zastosowałem tę radę bardzo dosłownie. Stephen King z kolei powiedział, że podstawową zasadą jest pisanie o tym, na czym autor się zna. Oczywiście, ma to swoją drugą stronę medalu. Pierwowzorem narratora „Dla świętego spokoju” jest mój znajomy. To chyba najlepiej skonstruowana z moich postaci, nawet nie tyle skonstruowana, co opisana. Facet rozpoznał siebie w opowiadaniu, a że jest ono bardzo posępne i dość makabryczne, to teraz dostaje od niego pytania w stylu: „czy ty, Borowiec, dobrze się czujesz?”. Osobnym źródłem inspiracji jest historia. Wyraźnie widać to w „Zapisanym”. Na pomysł opowieści wpadłem czytając eseje z teorii historiografii. Pomyślałem sobie: skąd niby wiemy, że ofiary dramatów z przeszłości faktycznie chciałyby, aby krzywdy rozgrzebywać oraz opisywać w monografiach i podręcznikach? Może jest dokładnie odwrotnie? Może oni chcę mieć spokój? Fascynację przeszłością widać – mam przynajmniej taką nadzieję że widać – w „Górze krzyży”, która ukaże się w kwartalniku Brama. W tym kawałku nawiązałem do kolejnego z problemów, które mnie bardzo poruszają, czyli politycznych awantur wokół wojskowych cmentarzy.

Czytelników na pewno interesuje Twój warsztat pisarski – pisujesz zrywami czy regularnie, jak znajdujesz czas na pisanie?

Piszę regularnie. Staram się codziennie spędzać od dwóch do czterech godzin przy tekstach. Efekty są różne, czasem przez ten czas udaje mi się stworzyć po pół strony tekstu. Jestem człowiekiem okropnie leniwym, niesystematycznym, o słomianym zapale. Gdybym czekał na wenę, na „bycie w nastroju” nie napisałbym już nic. Zdaję sobie tez sprawę, ze swoich braków warsztatowych. Wiem, że niekiedy zawodzi mój styl, czasem język, może razić toporność zdań. Są trzy sposoby, aby nauczyć się pisać lepiej. Pierwszym jest pisanie, drugim pisanie, trzecim, co zaskakujące, pisanie. No i oczywiście czytanie, ale do tego nie muszę się zmuszać…. Znajdywanie czasu na tworzenie opowiadań jest bardzo proste. Po prostu mniej go poświęcam na rzeczy mniej istotne jak praca zawodowa czy sen.

„Wszystkie białe damy” to bardzo ciekawy zbiór i wróżę mu duże powodzenie wśród Czytelników. A co dalej? Jakie masz plany, tworzysz nowe opowiadania czy też możemy się spodziewać jakiejś dłuższej formy?

Logika kariery młodego (przynajmniej duchem…) autora jest taka, że po pierwszym zbiorze opowiadań, powinna ukazać się powieść… której ja bardzo nie chcę pisać. Uwielbiam krótkie formy literackie i jeśli mam wybrać czy czytać powieść, czy zbiór opowiadań, to zawsze wybieram to drugie. Z drugiej strony, pomysłów, które w tej chwili mam, a które wydają mi się najbardziej atrakcyjne, nie sposób dobrze zrealizować w krótkim, kilkunastostronicowym tekście. Zresztą tendencje do zbyt spiesznej akcji w niektórych tekstach całkiem słusznie wytknięto mi w recenzjach. Planuję więc napisać książkę, na którą składać się będą trzy rozbudowane opowieści, każda po przynajmniej sto stron maszynopisu. Trzy historie łączące się tematyką, wątkami i postaciami. Co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Rozmawiał: Bogdan Ruszkowski

Bogdan Ruszkowski
od najmłodszych lat miłośnik horroru we wszystkich odmianach. Recenzent, grafik-rzemieślnik, propagator polskiego horroru - prowadzi stronę www.polskihorror.com.pl

Polecamy także