Artykuł

Wywiad z Robertem Dudzińskim ze Stowarzyszenia Badaczy Popkultury i Edukacji Popkulturowej Trickster

Opublikował

dnia

Od lutego w sieci dostępny jest w wolnym dostępie tom artykułów naukowych „Groza w kulturze polskiej”. O monografii rozmawiamy z przedstawicielem Stowarzyszenia Badaczy Popkultury i Edukacji Popkulturowej Trickster. Dlaczego z reprezentantem akurat tego ośrodka? Ponieważ to dzięki „Tricksterom” mamy okazję zapoznać się z nowatorskimi odczytaniami znanych powszechnie (a niekiedy też i zapomnianych) tekstów kultury współtworzących polski nurt grozy. Rozmawiamy też o celach Stowarzyszenia, powodach zainteresowania popkulturą i planach na przyszłość.

Kim Państwo są? Co legło u źródeł zawiązania Stowarzyszenia, badającego kulturę popularną? Kim są jego członkowie, z jakich środowisk akademickich się wywodzą?

Stowarzyszenie Trickster jest organizacją zrzeszająca ludzi zainteresowanych naukową refleksją nad różnymi fenomenami kultury popularnej. Od początku chcieliśmy stworzyć platformę umożliwiającą współpracę studentom, doktorantom i pracownikom naukowym, których zainteresowania naukowe oscylują wokół różnych zagadnień kultury masowej. W polskiej humanistyce istnieje problem rozdrobnienia badań – pracując nad określonym zagadnieniem, często nie mamy pojęcia, że kogoś na innej albo nawet tej samej uczelni interesuje podobna problematyka. Tymczasem dzięki Tricksterowi mogliśmy nie tylko dowiedzieć się o swoich badaniach, lecz także połączyć siły i wspólnie organizować przedsięwzięcia na większą skalę: wydawać publikacje poświęcone kulturze popularnej, organizować konferencje i wykłady popularyzatorskie.

Jeszcze zanim powstało nasze stowarzyszenie, działaliśmy jako koło naukowe na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Z czasem chcieliśmy nawiązywać współpracę z badaczami spoza Wrocławia oraz organizować coraz więcej przedsięwzięć, dlatego też formuła koła naukowego przestała nam wystarczać. Stąd decyzja o zawiązaniu stowarzyszenia.

W tej chwili mamy już kilkudziesięciu członków: studentów, doktorantów i pracowników naukowych. Są wśród nich filolodzy, kulturoznawcy, etnolodzy, socjologowie, filmoznawcy, medioznawcy i filozofowie, związani nie tylko z Wrocławiem, lecz także Opolem, Krakowem, Poznaniem, Łodzią czy Katowicami.

Pełna nazwa reprezentowanej przez Państwa instytucji brzmi: Stowarzyszenie Badaczy Popkultury i Edukacji Popkulturowej. Zarówno na stronie Stowarzyszenia, jak i jego facebookowym profilu można zauważyć Państwa aktywność, ogranicza się ona jednak przede wszystkim do Wrocławia (mam na myśli cykle spotkań „Kultura nie wysoka” i „Laboratorium Gier Wideo”). Czy to świadomy wybór, czy też może dopiero poszukują Państwo kontaktów z innymi ośrodkami kulturowymi i akademickimi?

We Wrocławiu rzeczywiście odbywają się nasze cykliczne przedsięwzięcia i większość konferencji, ponieważ to tutaj mieści się siedziba stowarzyszenia. Niemniej nasza działalność nie ogranicza się tylko i wyłącznie do tego miasta – w czerwcu 2014 r. w Opolu zorganizowaliśmy konferencję „Uniwersum Marvela”, naszych wykładów i prelekcji można było wysłuchać m.in. w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku, a także w Zielonej Górze czy Sobótce. Staramy się więc docierać do różnych, także mniejszych miejscowości, często jesteśmy też zapraszani przez organizatorów rozmaitych imprez, m.in. konwentów.

groza5 

W jaki sposób Państwa zainteresowania przekładają się na współpracę z pierwszą w Polsce samodzielną jednostką uniwersytecką, zajmującą się popkulturą – Pracownią Literatury i Kultury Popularnej oraz Nowych Mediów, która powstała w 2012 roku w ramach Uniwersytetu Wrocławskiego z inicjatywy Prof. dr hab. Anny Gemry?

Profesor Gemra wspierała nasze projekty od samego początku – jako opiekun koła naukowego. Z przyjemnością braliśmy i bierzemy udział w inicjatywach pracowni, gdyż uważamy, że w nauce nie ma nic gorszego od izolacji. Chcemy więc utrzymywać stały kontakt z innymi badaczami kultury popularnej, dyskutować o naszych przedsięwzięciach, wymieniać doświadczenia i wyniki badań. Tylko w ten sposób nauka może się rozwijać. Dlatego możliwość stałej współpracy z Pracownią Literatury i Kultury Popularnej oraz Nowych Mediów jest dla nas bardzo istotna.

Czym tłumaczyć obserwowany od niejakiego czasu wzrost fascynacji badaczy związanych ze środowiskiem uniwersyteckim wytworami kultury popularnej? Czy jest to tylko moda, czy też może kryje się za owym zainteresowaniem coś więcej?

Mam nadzieję, że to nie tyle moda, ile symptom pewnej głębszej zmiany w polskiej humanistyce. Kultura popularna nie jest już bowiem powszechnie traktowana jako niewarta badań i naukowego namysłu. Takie głosy zdarzały się w środowisku naukowym i zapewne nadal się zdarzają, niemniej dostrzega się już chyba powszechnie, że wykluczanie na podstawie własnego gustu tak ważnego dla ogromnej części społeczeństwa fenomenu kulturowego, jest po prostu nieprofesjonalne i ma więcej wspólnego z krytyką niż z rzetelnymi badaniami.

Członkowie reprezentowanego przez Państwa Stowarzyszenia zajmują się nie tylko rodzimą kulturą popularną. Przykładowo: Natalia Dmitruk zajmuje się popkulturą Japonii, Joanna Płoszaj i Dorota Ucherek – literaturą fantasy, a Kamila Kowalczyk – folklorem; z kolei Adam Flamma specjalizuje się w grach komputerowych, Michał Wolski w supersystemach rozrywkowych, zaś Szymon Makuch w kulturze międzywojnia. W jaki sposób taka różnorodność zainteresowań przekłada się na projekty Stowarzyszenia?

Dzięki temu nasze projekty mogą mieć szeroki zakres i ujmować to samo zagadnienie z różnych perspektyw. Dlatego w tomie „Bękarty X muzy” mogły znaleźć się teksty o adaptacjach komiksów amerykańskich i francuskich, o grach bazujących na filmach czy o produkcjach odwołujących się do twórczości oralnej.

Jednocześnie nie bez znaczenia jest również to, że możemy dzięki innym członkom stowarzyszenia poszerzać własną wiedzę. Są to bowiem specjaliści w swoich dziedzinach, którzy chętnie dzielą się – w ramach wykładów, dyskusji, konferencji – wynikami własnych badań. Ten walor jest więc również nie do przecenienia.

Przeglądając stronę ośrodka nietrudno zauważyć, iż wszystkie monografie Stowarzyszenia ukazują się w wolnym dostępie. Czy taki sposób propagowania efektów naukowych badań to przyszłość, która nieuchronnie czeka polską Akademię, czy też może to pochodna założeń statutowych ośrodka?

Od samego początku było dla nas jasne, że nasze publikacje muszą ukazywać się w wolnym dostępie. Tekst naukowy tylko wtedy spełnia swoje zadanie, gdy jest czytany i omawiany, gdy się z nim polemizuje i się do niego odnosi. Otwarty dostęp bardzo ułatwia i przyspiesza proces wchodzenia nowych publikacji w obieg naukowy, a to jest dla nas najważniejsze.

Ponadto mieliśmy nadzieję, że tematyka, którą się zajmujemy, sprawi, że nasza działalność może zainteresować również ludzi niemających na co dzień związku z akademicką humanistyką. Wolny dostęp w połączeniu z odpowiednią promocją sprawił, że oni również sięgnęli po te publikacje i przeczytali je z zainteresowaniem. W tej chwili pierwszym tom monografii poświęconej Wiedźminowi został pobrany ponad 2,3 tys. razy i spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem fanów twórczości Sapkowskiego. Cieszy nas to szczególnie – gdybyśmy opublikowali tę pozycję w formie drukowanej, ten zasięg i odzew byłyby nieosiągalne.

Członkowie reprezentowanego przez Państwa Stowarzyszenia są aktywni nie tylko jako organizatorzy licznych konferencji. Wielu z nich publikuje w uznanych ogólnopolskich periodykach naukowych (m.in. w „Tematach z Szewskiej”, „Literaturze i Kulturze Popularnej”, „Kulturze Popularnej”); jest wśród Was również osoba, która otrzymała wyróżnienie w konkursie Polityki na pracę magisterską dotyczącą historii PRL-u. Jednocześnie nie wszyscy Państwo pracują zawodowo jako naukowcy. W jaki sposób udaje się Wam pogodzić konieczność pracy zarobkowej z pasją popularyzowania wiedzy?

Większość z nas rzeczywiście nie pracuje jako naukowcy zatrudnieni na uczelni, a łączenie pracy zawodowej z nauką bywa trudne. Ale to również dzięki temu satysfakcję przynosi nam każda inicjatywa, która spotyka się z dużym zainteresowaniem. Dlatego też jesteśmy szczególnie zadowoleni, że na nasze wykłady popularyzatorskie przychodzą zarówno stali bywalcy, jak i nowe osoby, cieszy nas też pozytywny odbiór kolejnych publikacji Trickstera.

Tom „Groza w kulturze polskiej” to nie jedyna publikacja sygnowana przez Stowarzyszenie. Ma ona jednak charakter szczególny, bowiem inicjuje zarazem monografii wieloautorskich poświęconych marginaliom rodzimej popkultury. Skąd pomysł na taką inicjatywę? Czy planują już Państwo tematykę kolejnych tomów?

Na początku lat 90. Alina Madej napisała w jednym ze swoich tekstów „Trzon historii polskiego filmu stanowią filmy złe, filmy nieznajdujące publiczności, filmy z obowiązku jedynie odnotowywane w filmografiach”. Skupianie się w badaniach na tym, co kanonicznie, uznane za wartościowe, uświęcone przez narrację historyczną, sprawia, że sami sobie usuwamy sprzed oczu ogromnie ważną część naszej kultury. Mieliśmy wrażenie, że taki właśnie los spotkał polską grozę, analizowaną rzadko i wybiórczo. Dlatego też zdecydowaliśmy poświęcić jej cały tom. Dzięki temu mogliśmy przynajmniej częściowo uzupełnić tę lukę. Mamy nadzieję, że w następnej kolejności uda się nam również opublikować artykuły poświęcone kampowi w kulturze polskiej.

Traktują Państwo termin groza w sposób bardzo szeroki, nie ograniczając się do prezentacji różnorodnych nurtów „fantastyki z dreszczykiem”. Czy nie obawiają się Państwo, że wykorzystanie w funkcji hasła rozpoznawczego tak migotliwego znaczeniowo terminu może doprowadzić do nieporozumień?

Pracując nad tą publikacją, świadomie zrezygnowaliśmy z narzucania autorom jednej definicji terminu „groza”. Ważniejsza od terminologicznej ścisłości była dla nas szeroka perspektywa badawcza. Chcieliśmy bowiem zobaczyć, w jaki sposób wątki, motywy, schematy, które wywodzą się z imaginarium grozy, funkcjonują w odmiennych, często zaskakujących kontekstach. Dzięki temu mamy w naszym tomie jednocześnie artykuł Radosława Pisuli analizujący grozotwórcze wątki w filmowej trylogii o Panu Kleksie i tekst Krzysztofa Siwonia omawiający, w jaki sposób w oficjalnym dyskursie kształtowano wizerunek Zdzisława Marchwickiego jako potwora. Gdybyśmy przyjęli wąskie rozumienie terminu „groza”, te teksty by się tam nie pojawiły.

groza3

Czym w świetle Państwa propozycji jest nurt kultury grozy? Jaką funkcję społeczną współcześnie spełnia? Czy jest ona tożsama z tą, którą spełniał niegdyś?

Nie wiem, czy można udzielić tu jednoznacznej odpowiedzi. Siedemnaście artykułów składających się na „Grozę w kulturze polskiej” pokazuje przede wszystkim, że mówienie o jakiejś jednej, ponadhistorycznej funkcji spełnianej przez grozę czy horror, byłoby zbyt dużą redukcją. Wątki i motywy tego rodzaju pojawiają się w tak różnorodnych narracjach i tak wielu kontekstach, że chyba nie sposób sprowadzić ich do tylko i wyłącznie jednej funkcji.

Część szkiców pomieszczonych w tomie dotyczy tekstów kultury powstałych w okresie sprzed 1989 roku. Czy są one atrakcyjne również dla współczesnego odbiorcy? Na czym polega ich urok? Czy Państwa pokolenie odnajduje w nich coś więcej, niż egzotykę przeszłości?

Bardzo się cieszymy, że w tomie znalazło się tak wiele analiz tekstów, które nie są tekstami współczesnymi – zależało nam na wskazaniu, że groza w polskiej kulturze funkcjonowała od dawna i że nie jest to tylko domena współczesności. Szczególnie dobrze unaocznia to artykuł Michała Wolskiego, który prześledził funkcjonowanie w rodzimej kulturze postaci wampira. Sądzę, że dzisiejszy odbiorca może być przede wszystkim zaskoczony tym, jak różnorodne były to teksty i na jak różne sposoby potrafiły one przekształcać znane motywy. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na film „Lubię nietoperze” z 1986 roku, w którym kwestia związków wampiryzmu, kobiecości i seksualności zostały rozwinięte w zupełnie zaskakujący i nietypowy sposób. Tymczasem wielu z nas może być nieświadoma tego, że w Polsce powstawały jakiekolwiek narracje wampiryczne.

Podczas lektury tomu „Groza w kulturze polskiej” można zauważyć, że stosują Państwo różnorodne metodologie, za pomocą których badają Państwo teksty kultury; nie brak wśród nich i klasycznej metody filologicznej, i badań kulturowych, ale też i metody zbliżonej do założeń Nowej Historii Filmu, skodyfikowanej niegdyś przez Thomasa Elsaessera. Czemu służy taki „patchwork metodologiczny”?

Już sam przedmiot badań – a więc kultura popularna – wymusza na nas sięganie po różnorodne metodologie i odmienne perspektywy. Jest to bowiem fenomen wielowymiarowy, który można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Słynną ekranizację „Frankensteina” z 1931 roku możemy oczywiście potraktować jak pewien tekst, który ma w widzach wzbudzić uczucie strachu, i analizować to, w jaki sposób reżyser wykorzystuje przestrzeń czy obraz, aby wywołać w odbiorcach tę emocję. Ale możemy spojrzeć na „Frankensteina” pod zupełnie innym kątem, tak jak zrobił to w naszym tomie Szymon Makuch, który sprawdził, w jaki sposób w przedwojennej prasie polskiej pisano o „Frankensteinie” i innych filmach z Borisem Karloffem. Obie te kwestie są bardzo istotne, obie też mówią nam coś ważnego o kulturze lat 30. Gdybyśmy ograniczyli się tylko do jednej metody, wiele kwestii by nam po prostu umknęło.

Na koniec tradycyjnie pytamy o plany na najbliższą przyszłość.

Już 19 i 20 maja zapraszamy do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej na kolejną konferencję: „Tradycja po drugiej stronie lustra” poświęconą obecności baśni, mitów, legend i klasyki literackiej w przestrzeni kultury popularnej.

Cały czas pracujemy również nad kolejnymi publikacjami – w toku jest m.in. proces wydawniczy tomu poświęconego grom RPG. Mamy nadzieję, że jeszcze w tym roku będziemy mogli udostępnić kilka interesujących pozycji poświęconych popkulturze. Zapraszamy do śledzenia naszej działalności – wszystkie informacje znaleźć można na naszej stronie internetowej lub profilu na Facebooku.

W imieniu Czytelników Grabarza Polskiego dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiał: Adam Mazurkiewicz

Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także