Film

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

dnia

Oto doskonały przykład kolejnej części serii powoli zaczynającej zjadać swój ogon. Po wcześniejszych, lepszych lub gorszych pomysłach kontynuowania serii o X-Menach („Ostatni bastion”, „Pierwsza klasa”) twórcy postanowili dalej kręcić maszynką do robienia pieniędzy z pomysłów Marvela i z braku możliwości ciągnięcia w nieskończoność filmowych wątków postanowili nakreślić… genezę X-Menów od początku. I niestety – nie do końca im to wyszło.

Koncepcja podróży w czasie jest tak stara, jak kino SF. Tak więc reżyser Bryan Singer wraz ze scenarzystą Simonem Kinbergiem nie wymyślili nic nowego. Okej, można uznać za oryginalny sposób przeniesienia Wolverine’a (Hugh Jackman) do przeszłości, ale poza tym – standard. Nasz bohater ma więc cofnąć się do lat 70., by zapobiec zabójstwu twórcy Strażników – Bolivara Traska (Peter Dinklage). To właśnie jego śmierć miała przekonać rząd amerykański do zatwierdzenia kontrowersyjnego projektu robotów i rozpoczęcia eliminacji mutantów jako zagrożenia dla obronności, bezpieczeństwa i amerykańskiego stylu życia w ogóle. Wojna ta ma doprowadzić do czasów, które poznajemy na początku filmu – mrocznej, posępnej antyutopii, gdzie wszystko jest szare, bure i ponure. Co ma nam zapewne podprogowo zasugerować, jakim to złym pomysłem jest podnoszenie ręki na populację mutantów i zaakcentować, że dla ludzkości ogółem taka wojna też się źle skończy. Wiadomo, każdy konflikt pociąga za sobą ofiary. Tak więc najtęższe umysły spośród mutantów – profesor Xavier (Patrick Stewart) i Magneto (Ian McKellan) – o dziwo, pogodzeni na stare lata w walce z wspólnym wrogiem – wymyślają sposób przeniesienia Wolverine’a w przeszłość, gdzie może odnaleźć ich młodsze (i ładniejsze) wersje (James MCAvoy i Michael Fassbender), a przede wszystkim zapobiec katastrofie.

Cóż, każdy fan SF wie, że grzebanie w przeszłości jest niedopuszczalne, bowiem zmian wynikłych z ciągów przyczynowo-skutkowych nie da się przewidzieć. Ale twórcom Marvela niejedno wybaczamy, więc – idąc za ciosem – godzimy się na ten zabieg i tutaj. Fabuła skacze jak opętana z jednego planu czasowego do drugiego, mamy spektakularne akcje, są walki, pościgi i szaleńcze zwroty akcji. Czyli jest wszystko, co powinno mieć klasyczne, pulpowe kino fantastyczne. Ale coś tu jednak nie gra. Twórcy chcieli dobrze, próbując rozpisać nową genezę X-Menów, ale nie do końca podołali z wykonaniem. Wizualnie niby dużo się dzieje, ale jakoś tak to wszystko naciągane (ciągle dzwonią nam w głowie dzwoneczki – przecież to było inaczej, coś się nie zgadza). Nie jesteśmy w stanie uwierzyć w nową odsłonę, bo zarówno scenarzysta, jak i reżyser tak mocno chcieli ze sobą połączyć mnogość wątków, że żadnego nie zdołali zarysować wystarczająco wyraziście. Owszem, jest tu kilka scen wartych obejrzenia (chociażby Quicksilver – w tej roli wyśmienity Evan Peters – w trakcie uwalniania Magneto), ale jest ich stanowczo zbyt mało, by ułożyć się w zgrabny film.

Twórcy stanowczo nie wykorzystali potencjału, jaki dawał im czas akcji nowego filmu. Powrót do przeszłości, do złotych lat rocka, do tętniących życiem przemian społeczno–politycznych, które jeszcze nie do końca przebrzmiały, pokłosie Woodstocku i eksplozja rocka to przecież najbardziej przerysowany w popkulturze okres dziejów. I w „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” pojawiły się próby, by to pokazać, by wykorzystać ten potencjał osadzenia fabuły w takim a nie innym wycinku amerykańskiej historii.(Quicksilver ze swoją perspektywą zwolnionego czasu i muzyką w słuchawkach – świetne, ale takiego tła muzycznego, takiej dźwiękowej ilustracji czasów brakowało w całej reszcie filmu). I dlatego efekt końcowy jest mdły, nijaki, pozostawiający niedosyt.

A przecież mogło być dobrze. Aktorzy naprawdę grają świetnie, trochę maskując niedociągnięcia fabularne i brak kontroli realizatorów nad całością. Jako samodzielny film ta produkcja widza zamęczy. Zagubi się on w odmętach wielowątkowej, zapętlonej historii. Fani X-Menów będą zaś stale słyszeć brzmiący gdzieś w głowie głosik jęczący: „WTF?”

I pozostaje czekać, co będzie dalej, bo na 2016 ten sam duet: scenarzysta/reżyser już zapowiada kolejną odsłonę serii – „X-Men Apocalypse”. Jednym słowem, strach się bać.

3 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie
Tytuł oryginalny: X-Men: Days of Future Past
Kraj: USA, Wielka Brytania (2014)
Reżyseria: Bryan Singer
Obsada: Hugh Jackman, James McAvoy, Michael Fassbender, Evan Peters
Dystrybutor: Imperial CinePix

Polecamy także