Film

Zło we mnie

Opublikował

dnia

Dla laików horrorowej sztuki debiut Oza Perkinsa może okazać się nudnawy, natomiast według mnie tylko takie filmy grozy mają sens i tylko takie wypełniają swoją podstawową misję – wzbudzają grozę.

Po powrocie z seansu „Rings” miałem wyrzuty sumienia. To był jeden z najgorszych filmów, jakie widziałem, ale sprzedany bilet to sprzedany bilet, a tylko to motywuje producentów do tworzenia kolejnych obrazów, w których chcą zawrzeć jak najwięcej elementów tego, co przyniosło sukces. Wyrzuty dodatkowo się pogłębiły, kiedy w mikrosali najmniejszego z gdańskich multipleksów znalazły się tylko dwie osoby chętne do zobaczenia „February” (koszmarne polskie tłumaczenie tytułu celowo zostało pominięte). Zacznę więc od apelu – kupcie bilety i wspierajcie art-house’owe horrory. Już wyjaśniam dlaczego warto.

Po pierwsze, dokładnie wszystkie komercyjne horrory bazują na manipulacjach biologicznymi odruchami. Kiedy dźwięki z otoczenia na chwilę przygasają, by nagle zaatakować wrzaskiem, orkiestrą symfoniczną oraz innymi chtonicznymi hałasami, ludzki organizm nie może zareagować inaczej niż wzburzeniem. Dlatego na przykład w „Rings” jedną z najstraszniejszych scen jest ta, w której… główna bohaterka otwiera parasolkę. Konsekwencje stosowania tego zabiegu są bardzo poważne. Na długości około dziewięćdziesięciu minut (tyle zazwyczaj trwa horror) reżyserzy wielokrotnie budują napięcie, ale tylko do bardzo niskiego poziomu, po czym następuje rozładowujący je „jump scare” i proces rozpoczyna się na nowo. Ostatecznie dostajemy więc zaledwie kilka podskoków w siedzeniu i niewiele ponadto. Perkins nie poszedł tą drogą. W jego debiucie otrzymujemy nieustanny wzrost napięcia, a gdy wreszcie przychodzi moment „spuszczenia powietrza”, nie trzeba żadnych hałasów i wymyślnych efektów komputerowych, wystarczy gra aktorska. Tutaj ujawnia się druga ważna cecha „February”.

Zombie, wampiry, wilkołaki, potwory, kosmici – każde z nich zostało w historii filmu przynajmniej raz zobrazowane w taki sposób, że jeszcze długo po napisach końcowych trudno było się pozbierać, ale nie ma nic bardziej przerażającego niż sam człowiek. Michael Myers, Jack Torrance czy Norman Bates (swoją drogą Oz Perkins jest synem Anthony’ego Perkinsa, odtwórcy głównej roli w „Psychozie” Hitchcocka) są o tyle straszniejsi od ksenomorfa czy Draculi, że nie można na uspokojenie powiedzieć sobie: „To tylko film, takie rzeczy nie mogą dziać się naprawdę”. Życie zna przecież wiele tragicznych scenariuszy, które potrafią przyćmić ekranową fikcję. W „February” zawarto wprawdzie wątek paranormalny, niemniej to ukazanie ludzkiego okrucieństwa w bardzo realistyczny, ale nie przerysowany jak chociażby w „Pile”, sposób decyduje o poczuciu zagrożenia i dopuszczeniu myśli, że to wszystko mogłoby się wydarzyć naprawdę.

Garstka zaangażowanych w przedsięwzięcie aktorów i aktorek doskonale realizuje wizję reżysera. Znakomicie spisują się przede wszystkim trzy młode aktorki w głównych rolach z Emmą Roberts na czele. Córka Erica Robertsa – jednego z baronów współczesnego kina klasy Z – doskonale sprawdziła się w pastiszowym serialu „Scream Queens”, ale w roli wymagającej znacznie większej dramaturgii również odsłania duży potencjał. W drugoplanowych rolach pojawiają się doświadczeni rzemieślnicy – uwielbiany za Ajaxa w „Wojownikach” i znienawidzony za Raidena w „Mortal Kombat 2” James Remar oraz Lauren Holly, czyli pamiętna Mary Swanson z „Głupiego i Głupszego” – a każdy z nich otrzymał wystarczająco dużo czasu ekranowego, aby przedstawić się nie jako postać zapychające fabułę dodatkowym wątkiem, lecz jako jej istotne ogniwo. Oszczędne, proste dialogi na papierze musiały wyglądać banalnie, ale w połączeniu z pauzami, mimiką i muzyką sugerującą zagrożenie w nawet najniewinniejszych wymianach zdań przyczyniają się do realizowania najważniejszego konstrukcyjnego założenia – ciągłego budowania napięcia.

Tym, co dodatkowo może zirytować widzów lubujących się w mainstreamowym horrorze będzie także to, co w moim odczuciu jest trzecią silną zaletą „February” – film Perkinsa nie ma wyraźnego początku i zakończenia, a nawet rozwinięcie w części środkowej jest do tego stopnia zagmatwane, że niektórym osobom może wydawać się niezrozumiałe, innym natomiast pretensjonalne. Reżyser posłużył się tu montażowym zabiegiem znanym jako efekt Kuleszowa, który – w bardzo dużym skrócie – wykorzystuje naturalne skłonności odbiorcy do wiązania poszczególnych scen ze sobą, choć faktycznie ich stosunek do siebie jest odmienny. Po mistrzowsku wykorzystano ten zabieg w „Arrival”, gdzie scenę z pochmurną główną bohaterką poprzedza scena śmierci jej chorej córki, co natychmiast zostaje odebrane jako związek przyczynowo-skutkowy, ale z czasem okazuje się nie być tak oczywiste. Nie będę zdradzać, w jaki sposób zostało to wykorzystane w „February”, ale między innymi z tego powodu film może być interpretowany na bardzo wiele sposobów, a nie każdy widz lubi, kiedy zmusza się go do współudziału w tworzeniu scenariusza.

„February” nie jest horrorem dla każdego. To obraz wymagający skupienia, zaangażowania i otwartej głowy, więc dla osób traktujących strach jako wartość czysto rozrywkową, która najlepiej smakuje zagryzana popcornem, będzie to po prostu strata czasu. Jeżeli są natomiast wśród was śmiałkowie gotowi podjąć wyzwanie rzucone przez reżysera, porzućcie wszelkie wahania i pędźcie do kina.

6 Stars

Recenzent: Jarosław Kowal

Zło we mnie
Tytuł oryginalny: February/The Blackcoat’s Daughter
Kraj: Kanada, USA (2015)
Reżyseria: Oz Perkins
Obsada: Emma Roberts, Kiernan Shipka, Lucy Boynton, James Remar
Dystrybutor: Kino Świat

Polecamy także