Muzyka

Cradle of Filth – Hammer of the Witches

Opublikował

dnia

hammer of the witches cover

Muzycy Cradle of Filth zapowiadali, że ich najnowszy album będzie najlepszym, najmocniejszym, najcięższym i w ogóle naj od jakiś dziesięciu lat. Szybko zrobiłem rachunek i wyszło, że „Hammer of the Witches” musi się mierzyć z okresem pomiędzy „Thornography” a „Manticore and Other Horrors”. Powiedzmy sobie szczerze… W przypadku tego zespołu, to żadne wyzwanie…

Nie będę ukrywał, że sam kiedyś również poddałem się fali uwielbienia dla ekipy Dani’ego Filtha i zapamiętale wsłuchiwałem się we wszystkie wydawnictwa popełnione przez zespół. Fascynacja trwała oczywiście od „Principle of Evil Made Flesh” (nie będę udawał prawdziwka, który znał dema – poznałem je dużo później) po „Midian”, gdzie wyznaczyli granicę między swym wyjątkowym stylem opartym na inklinowaniu do black metalu motywów gotyckich, heavy metalowych i teatralnych, a muzycznym cyrkiem, jakim stali się później. Nie powiem, jeszcze kilka płyt potem przewinęło się przez odtwarzacz, ale raczej z sentymentu i ciekawości, niż faktycznego zainteresowania zawartym na nich materiałem. Coraz bardziej komiczne okładki, image Dani’ego i wreszcie całkowicie wymieniony skład jasno przekreśliły dla mnie ten zespół, tak więc do przechwałek podszedłem bardzo sceptycznie.

Nie ocenia się płyty po okładce, ale dzieło Arthura Berzinsha, wraz z klasycznym, czarno-białym logo dało nadzieję, że może coś w tym kiczowatym kabarecie się zmieniło. I nie chodzi tylko o nowy makijaż lidera. Prawda jest jednak taka, że rzeczywiście, Dani przewietrzył skład i nagrał album, jakiego brakowało w dyskografii od lat. Daleko mu do takich arcydzieł jak „Vampire”, czy trzech pierwszych płyt, niemniej słychać, że wrócił zespół, który nie tylko szokuje gotyckim cyrkiem dla nastoletnich dziewczynek, ale naprawdę potrafi grać. Już od otwierającego całość intra „Walpurgis Eve” słychać dawno zapomniany klimat starych horrorów i mrocznych opowieści (te skrzypce), a im dalej w las, tym ciekawiej. A przede wszystkim rzeczywiście, brutalnie, ostro i ciężko, jak za dawnych (choć nie najdawniejszych) czasów. Dani drze się jak zawsze, na szczęście odpuszczając sobie melodyjne zaśpiewy, a Martin Skaroupka (okazjonalnie plumkający na parapecie) tłucze w bębny jak trzeba, choć trzeba uczciwie przyznać, że do Nicholasa Barkera, czy nawet Adriana Erlandssona, sporo mu brakuje. Nic nie powiem o nowym basiście, Danielu Firth, bowiem jego robota w gruncie rzeczy zlewa się z całością, wybijając się jedynie w tych momentach, gdzie cichną pozostałe instrumenty. Ciekawym powiewem świeżości jest głos harfistki Lindsay Schoolcraft, która kontynuuje rolę Sarah Jezabel Divy, ale ze znacznie mniejszym nadęciem, przy jednoczesnym wczuciu się w klimat kompozycji, co daje naprawdę dobre efekty. Największym atutem są niewątpliwe nowi gitarzyści – Ashok i Rich Shaw, których pochodzenia omawiać tutaj nie będę, wystarczy, że napiszę, iż panowie sypnęli naprawdę świetnymi riffami, a przy niektórych solówkach aż nadstawiałem z radością uszu. To jest to! Do tego jeszcze dochodzi koncept związany z czarownicami i rzeczywiście, można poczuć się jak w domu, szczególnie, że niektóre kompozycje brzmią jak zaginione utwory z okresu „Cruelty and the Beast” i „Midian”. Weźmy chociaż takie „Right Wing of Garden Triptych”, czy numer tytułowy. Że już nie wspomnę o „The Vampyre At My Side”, bodajże najostrzejszym w zestawie. Jest dobrze, czasem nawet bardzo, ale problem tkwi gdzie indziej. Wszystkie te kompozycje wylatują z głowy zaraz po wysłuchaniu, zlewają się w całość, mieszają z poprzednim dorobkiem i w głowie zostaje uczucie mętliku. Takie piwne puste kalorie. Niby znów jest pazur, ciężar, klimat, ale gdzieś w tym wszystkim zgubiła się wyjątkowość i unikalność. Jakby zespół za wszelką cenę starał sobie przypomnieć o swojej tożsamości. Udało im się, może następnym razem pójdą krok dalej?

4 out of 6 stars

Recenzent: Łukasz Radecki

Cradle of Filth – Hammer of the Witches
Label: Nuclear Blast (2015)
Dystrybutor: Mystic Production

Polecamy także