Muzyka

The Crown – Death Is Not Dead

Opublikował

dnia

thecrown2015

Ekipę Johana Lindstranda pamiętam jeszcze z czasów, kiedy stawiali pierwsze kroki jako Crown of Thorns i byli jednymi z niewielu melodyjnie grających zespołów, które trafiały w gusta ortodoksyjnego death metalowca, jakim wówczas byłem. Możliwe, że odpowiadał za to rock n’ rollowy feeling wszystkich kompozycji grupy, na pewno nie bez znaczenia był mocny, głęboki ryk wspomnianego wokalisty, który wyróżniał formację od szeregu innych, często bardziej znanych zespołów uprawiających melodyjny death metal (którego idei nigdy tak naprawdę nie pojąłem). Przyznaję jednak, że dokonania The Crown straciłem z oczu w okolicach trzeciego albumu, już pod nową nazwą – „Hell is Here”. Słyszałem potem fragmenty „Deathrace King” i nagranej już z Tomasem „Śpiewam wszędzie” Lindbergiem „Crowned in Terror”, ale zasadniczo co się u nich działo przez ostatnie kilkanaście lat, nie wiedziałem. Z wielką radością pochwyciłem więc w ręce jeszcze świeżutki, pachnący krwią i siarką album „Death is not Dead”.

Pomijam głupiutki tytuł. Czas się zatrzymał, ja znów jestem dwudziestolatkiem, a w The Crown porykuje Johan Lindstrand, podczas gdy chłopaki przygrywają mu soczystą mieszankę starego, szwedzkiego death metalu, thrashu i rock n’ rolla. Już pierwszy numer (pomijam intro), bardzo energiczny „Headhunter” cofa nas na początek lat 90., gdy kanon ekstremy wyznaczały zespoły pokroju Entombed, Edge of Sanity czy Unleashed. Utwór kipi od melodii, ale nie jest przez nie zdominowany i zmiękczony, jak to później bywało w przypadku In Flames i całej masy ich naśladowców. Jeśli dorzucić do tego fenomenalne rockowe solówki, otrzymamy wspaniały otwieracz, który doskonale opisuje obecną kondycję grupy.

A ta jest znakomita! Trudno coś zarzucić poszczególnym kompozycjom. Rewelacyjnie pędzi „Iblis bane”, kapitalnie wpasowuje się w klimat nieśmiertelny (nomen omen) „Eternal” z repertuaru Paradise Lost (odegrany nuta w nutę), solówkami znów zachwyca „Speed Kills (Full Moon Ahead)”, a taki „Herd of Swine” to już zmasowany atak brutalności rzadko u Szwedów spotykanej. Może „Horrid Ways”, jak na mój gust jest nazbyt melodyjne, może „Struck by Lighting” i „Ride to Ruin” nie porywają tak bardzo jak inne kompozycje, ale to tylko świadczy o różnorodności materiału, co wcale nie jest takie oczywiste w tak wąskiej szufladzie gatunkowej.

O tym, że chłopakom tam czasem trochę ciasno świadczy fenomenalna kompozycja instrumentalna „Meduseld”. Swobodne balladowanie przeradza się heavymetalową hybrydę, której nie powstydziliby się najwięksi ze sceny, a taka Metallica mogłaby sobie przypomnieć, jak się komponuje ciekawe instrumentale. Inna sprawa, że utwór nacechowany jest specyficznym „szwedzkim” sznytem, a pod koniec pobrzmiewa w nim Iron Maiden czy nawet… Wishbone Ash. Zamykający całość utwór „Godeater” to solidny walec, ale poza ciężarem i programowo świetnymi solówkami nie wnosi nic nowego do płyty. Bo i nie musi. To naprawdę udany powrót zarówno The Crown jak i do ery, gdy death metal był muzyką wolności i buntu, a nie ścigania się ze światłem, łamania palców gitarzystów i miażdżenia słuchacza ścianą dźwięków. To był dobry czas. Jak i ta, wydana właśnie, płyta.

5 out of 6 stars

Recenzent: Łukasz Radecki

The Crown – Death Is Not Dead
Label: Century Media (2015)
Dystrybutor: Universal Music Polska

Polecamy także